Grecja musi zostać

Hellada na pokładzie strefy euro to być albo nie być dla światowych rynków akcji

To nie strat banków na greckich papierach boją się rynki. Samobójczy gol Grecji mógłby spowodować odpływ depozytów i pociągnąć na dno cały sektor finansowy południa Europy. W piątek światowe rynki wreszcie odetchnęły po fatalnej serii spadków.

Od początku miesiąca z giełd wyparowały 4 bln USD. Dzień rozpoczął się na solidnych minusach, jednak w miarę upływu czasu inwestorzy z coraz większą nadzieją oczekiwali na szczyt liderów państw G8. Bez większego echa przechodziły natomiast negatywne informacje.

Wrażenia na inwestorach nie zrobiła agencja Moody’s, która w czwartek wieczorem ścięła oceny czterech hiszpańskich regionów i 16 banków. Otuchy dodawały nadchodzące z Grecji sondaże. W nadchodzących wyborach partie proreformatorskie wcale nie są skazane na sromotną porażkę.

Choć radykałowie cieszą się znacznym poparciem, ogromna większość Greków chce pozostania w strefie euro. Wielu Greków populistyczne hasła opozycji wręcz przestraszyły. Z każdym dniem nowej kampanii wyborczej z krajowych banków ubywało coraz więcej depozytów. Klienci instytucji obawiają się o zachowanie przez nie wartości w przypadku, gdyby Grecja wróciła do drachmy.

— Ostatnie sondaże mogą być przełomem. Jeżeli zostaną potwierdzone przez kolejne, będzie można powiedzieć, że ryzyko wyjścia Grecji ze strefy euro znacząco się oddala — ocenia Marek Rogalski, analityk DM BOŚ.

Depozyty w niebezpieczeństwie

To odsuwa ryzyko realizacji negatywnego scenariusza, którym jest bankowa panika. Zagrożone nią mogłoby być całe południe Europy, gdyby w Grecji po raz kolejny nie udało się stworzyć rządu zdolnego do przeprowadzenia pakietu oszczędności. Na jego powołanie jest czas do początku lipca, wtedy bowiem fundusze się skończą. Skutek to nie tylko niekontrolowana niewypłacalność, ale też być może powrót do drachmy.

— Odpływ depozytów z portugalskich, hiszpańskich czy włoskich banków sięgnąłby w ciągu kilkunastu miesięcy 20–30 proc. — uważają analitycy Société Générale.

Na razie wartość depozytów jest stabilna. Gdyby jednak oszczędzający zaczęli obawiać się powrotu do dawnych walut, mogliby zacząć wycofywać kapitał. To zmusiłoby banki albo do wyprzedaży aktywów, albo do zaoferowania klientom wyższego oprocentowania. To nie koniec możliwych problemów. Bank of America wylicza, że w czarnym scenariuszu opuszczenie strefy euro przez

Grecję kraje unii walutowej przypłaciłyby 5–procentowym spadkiem PKB. Dwa z każdych trzech banków pogrążyłyby się w stratach. Przeciętnie wyparowałoby 15–20 proc. ich kapitałów, co zmusiłoby je do sięgnięcia po dodatkowe fundusze w wysokości 100 mld EUR.

To jeszcze bardziej zwiększyłoby presję na światowy sektor finansowy, bo niezależnie od rozwoju sytuacji w strefie euro, 29 największych przedstawicieli branży będzie musiało w 7 lat pozyskać 450 mld EUR, aby sprostać bardziej rygorystycznym wymogom kapitałowym.

Bez przygotowania

W czarnym scenariuszu wskaźniki kapitału podstawowego większości europejskich instytucji zanurkowałyby głęboko poniżej wartości wymaganych przez regulatorów. Inwestorzy częściowo uwzględnili już w cenach dalszy spadek wartości aktywów banków.

Za każde euro wartości księgowej hiszpańskiego banku płaci się jedynie 40 centów, co pokazuje, że rynki oczekują, iż w najbliższych latach straty zmuszą banki do zawiązania rezerw sięgających pozostałych 60 centów na każde euro.

Wyjście Grecji mogłoby jednak oznaczać, że te szacunki i tak są zbyt optymistyczne. Zdaniem Lorenzo Bini Smaghiego, byłego członka zarządu Europejskiego Banku Centralnego, „Grexit” mógłby uczynić na rynkach znacznie większe spustoszenie, niż ktokolwiek się spodziewa.

— Mylą się ci, którzy twierdzą, że rynki są dobrze przygotowane na Grecję poza strefą euro, a większość kosztów z tym związanych ponieśliby sami Grecy. Nie doceniają kanałów, jakimi kryzys finansów i panika bankowa mogą rozprzestrzeniać się z kraju do kraju — zauważa Lorenzo Bini Smaghi.

Azjatycka przestroga

O tym, jak szybko w takim wypadku mogą potoczyć się zdarzenia, świadczy przebieg kryzysu w Azji sprzed 15 lat.

— Kiedy jedna gospodarka załamie się pod ciężarem kryzysu, rynki zwykle przerzucają uwagę na następną. Gdyby do tego doszło w Europie, konsekwencje byłyby niewyobrażalne — ostrzega Zeti Akhtar Aziz, szefowa banku centralnego Malezji. Nie są to puste słowa. Kiedy w lipcu 1997 r. walutę zdewaluowała Tajlandia, malezyjski ringgit stracił w ciągu kolejnych sześciu miesięcy… 89 proc.!

Dlatego zdaniem Aziz potrzebne są działania zmierzające do pobudzenia wzrostu gospodarczego, a wszelkie oszczędności powinny być wprowadzane stopniowo. Absolutnym priorytetem jest jednak zatrzymanie Grecji w strefie euro. Gdyby to się nie udało, odpływowi depozytów z banków w zagrożonych kryzysem krajach towarzyszyłby spadek zaufania instytucji do siebie.

Podobnie jak po upadku Lehman Brothers, banki przestałyby sobie pożyczać. Konieczny byłby program skupu toksycznych aktywów, na wzór amerykańskiego TARP, a banki musiałyby zostać dokapitalizowane. Potrzebny byłby także masowy dodruk pieniądza, na wzór tego, jaki 3,5 roku temu rozpoczął Fed.

— Gdyby Grecja wyszła ze strefy euro, EBC musiałby błyskawicznie działać. Zważywszy, że nastąpiłoby to na skutek odcięcia jej od finansowania przez sam bank, dla EBC taka sytuacja nie byłaby zaskoczeniem — zauważa Joe Wiesenthal, amerykański komentator.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marek Wierciszewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy