Hossa na GPW jest specyficzna

Adam Torchała, Bankier.pl
opublikowano: 16-10-2017, 22:00

Kursy rosną, ale nie szaleńczo. Gorączki zakupów nie ma, debiutów jak na lekarstwo, a fundusze cierpią na brak świeżej gotówki

Z czym kojarzy się giełdowa hossa? Ze wzrostem szerokiego rynku i biciem rekordów przez spółki, masą debiutów oraz taksówkarzem polecającym nam spółkę, w którą właśnie zainwestował oszczędności życia. Choć w ostatnich dniach słowo „hossa” odmieniane jest przez wszystkie przypadki, nie obserwujemy żadnej z tych cech charakterystycznych.

Czy więc możemy w ogóle mówić o hossie? Już na początku rozwiejmy wątpliwości — hossę mamy niezaprzeczalnie, jest ona jednak bardzo specyficzna. Skąd tak mocne przekonanie o tym, że właśnie trwa hossa? WIG i WIG20 wprawdzie nie pobiły historycznych rekordów, jednak ten pierwszy ma go na wyciągnięcie ręki. Podobnie zresztą jak drugi, gdy weźmiemy pod uwagę dywidendy (są one odejmowane od indeksu, mimo iż zasilają konta akcjonariusza). Dodatkowo oba indeksy są obecnie notowane najwyżej od dziesięciu lat, a więc szczytu poprzedniej hossy.

Hossa bez maluchów

Choć główne indeksy śrubują wieloletnie maksimum, to średnie i małe spółki popadły w marazm. Najbardziej widać to po sWIG80, który od marca regularnie traci na wartości i obecnie notowany jest najniżej od stycznia 2017 r., podczas gdy WIG i WIG20 w tym roku są na przeszło 25-procentowych plusach, sWIG80 od ostatniej sesji grudnia 2016 r. zyskał ledwie 4,0 proc. Lepiej radzi sobie mWIG40, który w tym roku zyskał 17,8 proc. Całość zwyżki pochodzi jednak z początku roku i od marca ciężko mówić o jakiejkolwiek hossie na tym indeksie. To raczej podążanie w bok.

Przyczyn takiego stanu rzeczy szukać można m.in. we wcześniejszych latach. Rok 2016 był rokiem średnich spółek, zaś 2015 — małych. WIG20 w tych latach był najsłabszym z czwórki najważniejszych warszawskich indeksów. Jeszcze większe różnice obserwowano w roku 2013. Można więc powiedzieć, że indeks ten odrabia wcześniejsze straty. Na tej wymienności korzysta WIG, zawsze jest bowiem jakaś siła, która pcha ten indeks w górę, bądź wyhamowuje jego spadki. Dlatego też spoglądając na szeroki rynek widać porządny trend wzrostowy.

Inna sprawa, że istnieją rzeczywiste podstawy do istnienia dysproporcji. W 2015 r. i na początku 2016 spółki z WIG20 — zdominowanego przez podmioty pod kontrolą skarbu państwa — były pod polityczną presją. Później, gdy nie wszystkie najgorsze scenariusze się zrealizowały, było z czego odbijać. Zmieniła się także sytuacja na ważnych dla państwowych spółek surowcach. Natomiast małe spółki coraz częściej narzekają na brak rąk do pracy i presję płacową. Za dysproporcją przemawiają też twarde liczby.

Suma zysków spółek z WIG20 była w pierwszym półroczu 2017 o 65 proc. wyższa niż przed rokiem. W przypadku sWIG80 suma ta spadła o 28 proc. Giełdowa rzeczywistość oddaje w tym wypadku fundamenty. Taka dysproporcja w zyskach, a w konsekwencji w notowaniach, to pierwsza poważna ułomność hossy. Przykładowo, w latach 2003-06 wszystkie indeksy rok w rok notowały dwucyfrowe stopy zwrotu. Obecnie dobra kondycja gigantów przysłania problemy wielu mniejszych firm. Wielu, bo oczywiście nie wszystkich. Mimo dysproporcji na GPW obserwujemy przewagę rosnących spółek nad spadającymi, daleko nam jednak do stanu rynku, w którym wszystko rośnie. Na plusie w tym roku są 232 podmioty uznające GPW za rynek rodzimy, na minusie zaś 188. Dodatkowo średnia spółka zyskała w 2017 r. 3,4 proc., a więc jeszcze mniej niż słaby sWIG80.

Gdzie jest Kowalski?

Hossa ma jeszcze drugą ułomność. W sierpniu można było odtrąbić spory sukces. Nie dość, że łączne obroty wzrosły na GPW w pierwszym półroczu 2017 r. o 46 proc. względem pierwszego półrocza 2016, to walnie przyczynili się do tego inwestorzy indywidualni. Ich udział w ogólnych obrotach wyniósł 18 proc. i był najwyższy od pięciu lat. Sam wzrost udziału był zaś najmocniejszy od przełomu 2008 i 2009 r. Dane te dawały jasny sygnał — dobra postawa spółek zachęciła inwestorów do powrotu na giełdę. Problem polega jednak na tym, że wzrost ten napędzili najprawdopodobniej inwestorzy już na GPW obecni. Po prostu aktywniej inwestowali, bądź przesunęli na giełdę większą część swoich oszczędności.

Gorączki giełdowej w Polsce nie widać. Poza sporadycznymi nagłówkami o hossie i dobrych wynikach pojedynczych spółek, niewiele się jednak w mediach o najszerszym zasięgu o giełdzie mówi. Niegdyś, gdy trwała hossa, giełdą interesował się każdy, ludzie dyskutowali o tym na ulicach, teraz prędzej usłyszymy dyskusję dwóch wujków o bitcoinie, niż o ciekawych spółach z GPW. Być może zmieni się to po wybiciu historycznych rekordów, na razie jednak owej gorączki brak.

Dowody na brak dopływu nowych inwestorów na giełdę są dwa. Po pierwsze, fundusze polskich akcji notują znaczące odpływy kapitału. W sierpniu było to 186 mln zł, we wrześniu zaś aż 280 mln zł (najwięcej od czerwca 2016 r.!). By znaleźć ostatni miesiąc z porządnymi napływami, trzeba się cofnąć do początku roku. Po słabej drugiej połowie 2015 r. i fatalnym 2016 r. w styczniu i lutym 2017 r. zainteresowanie funduszami polskich akcji zwiększyło się.

Kontynuacji funduszowej hossy jednak nie było. W marcu, maju i czerwcu zanotowano spore odpływy, w lipcu i kwietniu zaś saldo było bliskie zeru. Inwestorzy nie porzucili funduszy na rzecz inwestowania na własną rękę. Po pierwsze, wciąż lokują pieniądze w TFI, zamiast tych akcyjnych wolą jednak te bezpieczniejsze. Wysokie napływy utrzymują się niezmiennie w bezpiecznych funduszach (obligacyjnych i pieniężnych), które we wrześniu odnotowały łącznie 1,2 mld zł napływów (trzeci miesiąc z rzędu z wynikiem powyżej 1 mld zł). Po drugie zaś wcale nie widać ożywienia w domach maklerskich.

Wystarczy spojrzeć na liczbę rachunków — od roku w zasadzie się nie zmienia. Wskaźnik pełza w bok w okolicach siedmioletnich (!) minimów. Trudno o mocniejsze dowody, że zwykłego Kowalskiego obecna hossa omija. Przyczyn małego napływu nowych inwestorów można szukać w wielu miejscach. Pierwsze to awersja do ryzyka — być może Polacy nauczeni licznymi finansowymi porażkami, teraz bardziej cenią bezpieczeństwo? Druga to dość rachityczny charakter zwyżek. Raz w górę ciągnie jeden indeks, raz drugi, wspólnego „frontu wzrostu” jednak brak, co również może zniechęcać do rynku. Trzeci element to debiuty, a raczej ich niedostatek.

Przez lata sporo nowych inwestorów pojawiało się na rynku wraz z wielkimi prywatyzacjami. Bank Śląski, PKO, PZU, JSW, czy nawet — choć w zdecydowanie mniejszym stopniu — Energa. Ten rok nie jest wcale taki zły. Był przecież debiut Play — największa prywatna oferta na GPW. Duże oferty przygotowali także Dino, Griffin, czy GetBack. Wciąż jednak nie widać chmary spółek ciągnących na GPW. Wprawdzie mówi się o szykowanych ofertach, liczb się jednak nie oszuka. W tym roku na GPW zadebiutowało pięć spółek (ujmując transfery z NewConnect 9). Pięć, a mamy już październik.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adam Torchała, Bankier.pl

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Hossa na GPW jest specyficzna