Indie Katarzyny Mazurkiewicz

Danuta Hernik
opublikowano: 2018-03-29 22:00
zaktualizowano: 2018-03-30 12:44

Współwłaścicielka agencji podróżniczej Terra Incognita twierdzi, że oboje z mężem mają naturę korników — lubią wracać w to samo miejsce i drążyć. Po każdej wyprawie wiedzą, czego jeszcze nie widzieli. I po co mają wrócić, o jakiej porze roku, w jakie święto, w które miejsce...

Do Indii jeżdżę ciągle — z grupami i prywatnie. Tam był nasz pierwszy wyjazd po studiach, pierwsze silne wrażenia. To kraj bardzo różnorodny. Ważne są tam relacje z ludźmi i nie można ich zaplanować. Indie są bardzo intensywne i takie dają doznania. Zwłaszcza kiedy zwiedza się miasta, bodźce są bardzo silne. Dużo ludzi, kolorów, klaksony, nawoływanie, ruch... Atakowane są wszystkie zmysły: wzrok, słuch, węch, dotyk i w końcu smak. Jeśli ktoś nie lubi ludzi, interakcji i nie radzi sobie z niespodziewanym kontaktem, niech nie jedzie do Indii. Jeśli ktoś wymaga wolnej przestrzeni wokół siebie, niech nie jedzie do Indii. Jeśli ktoś nie znosi intensywnych zapachów — kadzideł, przypraw, moczu, ulicznego gotowania, niech nie jedzie do Indii. Jeśli ktoś nie może znieść chodzących wolno krów, kóz, psów i śmieci na ulicach, to niech tam nie jedzie. Z drugiej strony, nie spotkałam się tam z sytuacją, zdarzającą się niestety w Warszawie, że ktoś brzydko pachnie w metrze z powodu braku higieny. To banał, ale też prawda, że Indie się kocha albo się ich nie znosi. Znam wielu ludzi, którzy — jak ja — wracają tam.

Różne światy. Najczęściej turyści, jadąc do Indii, oglądają Tadż Mahal, Agrę (Czerwony Fort), Dżajpur, Waranasi... To wcale nie jest zły wybór, bo pokazuje różnorodność tego kraju. Jako program podróży daje się zrealizować w kilka dni. Ja dzielę sobie Indie na południowe, północne i Himalaje. To są całkiem różne światy. Ten złoty trójkąt Delhi, Agra, Dżajpur — program obowiązkowy — proponuję nieco wzbogacić. Trasę da się zrobić w dziewięć dni z Polski do Polski. Najlepiej w grupie czteroosobowej, optymalnej przy wynajmie samochodów. Dobrze zaplanować sobie podróż w czasie, kiedy jest jakieś hinduistyczne święto. To dodaje podróży smaku i pozwala przybliżyć żywą kulturę Indii.

Święto kolorów i radości. Z Delhi do Matury, miejsca narodzin Kriszny, jest około 150 km. Warto tam pojechać, kiedy jest święto Holi, w czasie którego ludzie znaczą się wzajemnie kolorowymi farbami. To bardzo fotograficzny element zwiedzania Indii. Kolory są intensywne, nasycone, trudno uniknąć pomalowania. Barwniki można kupić na ulicznych straganach.

Holi jest ruchomym świętem. W tym roku było 1-2 marca, w 2019 będzie 20-21 marca. To święto ma kilka znaczeń: jest nazywane festiwalem kolorów, świętem radości, wybaczenia i nowego początku. Mogą w nim brać udział na równych prawach przedstawiciele wszystkich kast społeczności hinduistycznej i wyznawcy innych religii. Jest związane z nadejściem wiosny, ale nie tylko. W dniu święta Holi, jeśli jest się z kimś skłóconym, trzeba wybaczyć i prosić o wybaczenie. W przeddzień święta pali się wielkie ogniska, wokół których ludzie modlą się, śpiewają, tańczą. Ogniska symbolizują spalenie Holiki. Król demonów Hiranyakashipu oczekiwał, że wszyscy będą się do niego modlili. Tymczasem jego syn Prahalad wolał modlić się do dobrego boga Wisznu. Demon postanowił go zgładzić. Kazał swojej siostrze, Holice, która miała dar przechodzenia przez ogień, by wniosła chłopca w płomienie. Okazało się jednak, że dar przechodzenia przez ogień działał, gdy Holika wchodziła weń sama. Gdy wkroczyła z bratankiem, zginęła w płomieniach, a chłopiec ocalał dzięki swoim modlitwom. Druga opowieść głosi, że gdy najwyższy bóg hinduizmu Kriszna był jeszcze niemowlęciem, jego wuj chciał podstępnie pozbyć się świętego dziecka. Sprowadził kobietę demona o imieniu Putana, która miała nakarmić maleństwo zatrutym mlekiem ze swojej piersi. Kriszna wyssał z niej nie tylko mleko, ale też krew, pozbawiając ją życia. Jednak, chociaż ocalił swoje życie, po tym wydarzeniu został ślad — skóra Kriszny przybrała sinoniebieski kolor. Młody bóg wstydził się swojego wyglądu, a sytuacja stała się jeszcze trudniejsza, gdy zakochał się w jasnoskórej pasterce o imieniu Radha. Wtedy matka poradziła mu, by pomalował twarz dziewczyny na taki kolor, jaki sam miał. Od tej pory malowanie twarzy stało się tradycją, ma przynosić szczęście i powodzenie. W niektórych miejscach w święto Holi kobiety okładają mężczyzn kijami lub zdartymi z nich koszulami, a w miastach Barsana i Nadagon odbywają się regularne bitwy na farbowanie między kobietami i mężczyznami. W święto Holi każdego wolno posypać barwnym proszkiem i polać wodą. To żywioł i jednocześnie kwintesencja kolorowych, różnorodnych Indii. Szczególnie turyści narażeni są na tę kolorową „napaść”. Nie ma w tym żadnego niebezpieczeństwa, nie ma agresji. To radosne święto i sympatyczny obyczaj. Posypując proszkiem, życzy się posypanemu szczęśliwego święta Holi. Problem w tym, że barwniki są silne i trwałe, zostają na ciele i we włosach przez wiele dni. Ubranie po święcie Holi nadaje się do wyrzucenia. Warto o tym pamiętać, kiedy wychodzi się tego dnia na ulicę.

Wzbogacony złoty trójkąt. Niespełna 40 km od Agry leży miasto Fatehpur Sikri wzniesione przez cesarza Agbara Wielkiego jako stolica Wielkich Mogołów. Tam na Bramie Zwycięstwa znajduje się inskrypcja: „Świat jest tylko mostem, przejdź, ale nie buduj na nim [...]”. Paradoksalnie miasto z powodu braku wody zostało opuszczone przez mieszkańców i przez wieki stało wyludnione ze swoimi pięknymi budowlami, świątyniami i grobowcami. Na spotkanie z przyrodą i ewentualny nocleg polecam Park Narodowy Keoladeo, rezerwat ptaków w okolicach miasta Bharatpur. Jest tam ponad 370 gatunków ptaków, które najlepiej oglądać rano i wieczorem. Maharadżowie niegdyś polowali tam na ptaki, dziś to rezerwat — można sobie wypożyczyć rower lub wynająć rikszę z rikszarzem, który zna się na ptakach i pokaże ciekawe miejsca do ich podglądania. Następnie można autobusem przejechać do Dżajpuru z piękną radżastańską architekturą i pałacem maharadży, stamtąd wrócić pociągiem do Delhi i zwiedzić miasto.

Stolica o wielu obliczach. Delhi to aglomeracja licząca 26 mln mieszkańców. Niemal każda stacja metra pokazuje nam właściwie inne miasto. Stare Delhi to wąskie uliczki, bazary, dziewiętnastowieczna zabudowa i zabytki z dynastii Wielkich Mogołów. Inny przystanek, gdzie jest Brama Indii (zbudowana na cześć żołnierzy indyjskich, którzy zginęli w czasie I wojny światowej i na wojnach z Afganistanem), to Delhi zbudowane przez Anglików. Wysiadamy na stacji w okolicach Connaught Place i widzimy centrum finansowo-biznesowe. Na krańcowych stacjach znajdują się korporacyjne cities. Na południu Delhi znajdziemy dwunastowieczne ruiny Qutub Minar. Kiedy muzułmanie przejęli władzę nad hinduskimi Indiami, choć byli mniejszością, władali krajem aż do nadejścia Anglików i pozostawili po sobie liczne pamiątki kultury.

Święte miasto. Po drodze do Waranasi warto zajrzeć do Orczy, średniowiecznego miasteczka poza głównym szlakiem turystycznym, ale zachwycającego pięknymi pałacami i strzelistymi świątyniami. Druga miejscowość to Kadżuraho z pozostałościami wielkiego kompleksu świątyń i słynnymi rzeźbami erotycznymi. Waranasi jest duszą Indii, kwintesencją hinduizmu. Niezwykłe. Jedno z najstarszych miast w kraju. Święte miasto hinduizmu, z gąszczem wąskich uliczek, z ceremoniami modlitewnymi nad Gangesem. O wschodzie słońca i tuż przed zachodem wierni modlą się, medytują, śpiewają mantry, puszczają na wodę ofiary w postaci roślinnych łódeczek i dokonują rytualnych ablucji. Tu płoną stosy pogrzebowe... Hinduiści wierzą, że gdy ktoś umrze i zostanie „pochowany” w Waranasi, to wyzwala się z kręgu reinkarnacji i od razu trafia do hinduskiego nieba. O zachodzie słońca nad Gangesem odbywa się ceremonia jedności wody i ognia zwana Arti Pudża. Uczestniczący w niej bramini zapalają pochodnie i kadzidła. W Waranasi na odcinku kilku kilometrów ciągną się słynne schody (ghaty) nad brzegiem Gangesu. Kiedy spaceruje się tym nabrzeżem, widać przenikanie się sacrum i profanum — z jednej strony modlitwa, kąpiący się pielgrzymi, stosy pogrzebowe, a tuż obok gigantyczna pralnia w wodach Gangesu i pasterze kąpiący bawoły... Woda w Gangesie na wysokości Waranasi nie jest czysta — to powszechnie wiadomo. Pływają w niej śmieci, zwierzęta, jedzenie, spływają ścieki z miasta i odpady fabryczne. A wody z Gangesu używa się do gotowania i picia. Kąpiący się pielgrzymi nie chorują, nie ma epidemii w mieście. To fenomen. Ponoć święta rzeka ma niezwykłe właściwości samooczyszczające. Stwierdzono, że poziom tlenu w jej wodach jest znacznie wyższy niż w innych rzekach, a bakterie, m.in. zarazki cholery, giną bardzo szybko.

Uwagi praktyczne. W podróży do Indii zawsze trzeba mieć przy sobie wydruk wizy lub kopię w telefonie. Linie lotnicze nie wpuszczą na pokład samolotu bez promesy wizy. Bilety kolejowe, zwłaszcza kiedy planujemy przejazd nocny, trzeba kupić z wyprzedzeniem. Można to zrobić przez internet lub agencję. Dwa tygodnie przed podróżą raczej nie dostanie się już biletu na pociąg. Jeżeli się jest w kilka osób, to nawet na dłuższą trasę warto wynająć taksówkę z kierowcą. Jest dużo linii lotniczych, którymi można przemieszczać się po Półwyspie Indyjskim za niewielkie pieniądze. Kieszonkowcy są w tłumie i trzeba o tym pamiętać — nie wkładać pieniędzy do zewnętrznych kieszeni. Trzeba też pamiętać o odpowiednim stroju (długi rękaw i nogawki) przy zwiedzaniu świątyń. Zęby bezpieczniej myć wodą z butelki. Jedzenie uliczne tylko po obróbce termicznej, nie jemy sałatek i innych surowych potraw. &

 

 Katarzyna Mazurkiewicz

Przewodnik wypraw poznawczych i trekkingowych, lubi opowiadać o świecie i ludziach podczas wypraw i pokazów slajdów. Od 1994 r. prowadzi z mężem Andrzejem agencję podróżniczą Terra Incognita, oferującą autorskie wyjazdy w różne miejsca świata, specjalizującą się w Indiach i Himalajach. Organizuje festiwal podróżniczy Terra, którego odbyło się dotychczas 17 edycji. Z zawodu przewodnik, z wykształcenia filolog polski.