Internet na razie nie stanieje

Karol Wieczorek
24-04-2002, 00:00

Proponowane obecnie przez regulatora modele rozliczeń międzyoperatorskich, wbrew obietnicom, nie spowodowały obniżenia kosztów komutowanego dostępu do Internetu. Sytuację mogłoby zmienić wprowadzenie — wzorem państw zachodnich — regulacji pozwalających dostawcom Internetu na oferowanie nielimitowanego ryczałtu na dostęp dial-up. Wydaje się jednak, że regulatorowi brakuje woli do podjęcia konkretnych decyzji.

Z telefonicznego, czyli komutowanego (dial-up), dostępu do Internetu korzysta większość użytkowników Internetu zarówno w Polsce, jak i w krajach zachodnioeuropejskich oraz w Stanach Zjednoczonych. W przypadku Wielkiej Brytanii odsetek użytkowników dial-up wynosi nieco ponad 80 proc., a we Francji — 70 proc. W Polsce współczynnik ten (wg badań TNS OBOP) sięga 75 proc., z czego 90 proc. użytkowników łączy się z Internetem korzystając z usług TP SA. I jest to dla narodowego operatora całkiem niezły interes. O ile bowiem w 2000 roku przychody z połączeń z numerami 0202122 (analogowy) oraz 0202422 (ISDN) przyniosły Telekomunikacji Polskiej ponad 300 mln zł, o tyle już w roku 2001 — prawie 500 mln zł. To więcej niż przychody z usług transmisji danych i niewiele mniej niż z dzierżawy łączy.

W rzeczywistości przychody TP SA z tytułu opłat za dostęp do sieci teleinformatycznych są jeszcze większe. W oficjalnych raportach operator nie przedstawia bowiem informacji o wpływach z połączeń z sieciami teleinformatycznymi kilkuset niezależnych dostawców Internetu (ISP). Do niedawna większość tych dostawców utrzymywała się tylko i wyłącznie z opłat wnoszonych przez klientów. Jeszcze kilka lat temu niezależni dostawcy Internetu byli traktowani przez TP SA jak zło konieczne. Nie dość, że nie dostawali oni od operatora żadnych pieniędzy za generowany ruch, to jeszcze musieli opłacać w pełnym wymiarze wszystkie koszty związane z uruchamianiem i utrzymaniem linii dostępowych. Parę lat temu zarządzający TP SA zorientowali się jednak, że bardziej opłaca się zwolnić providerów z opłat instalacyjnych, gdyż ruch generowany przez ich klientów z nawiązką rekompensuje darmowe podłączenie kolejnych linii dostępowych. Nadal jednak TP SA nie miała ochoty dzielić się przychodami z połączeń. Dopiero kilka miesięcy temu naciski providerów przyniosły efekty i operator zaczął podpisywać z dostawcami Internetu umowy, w ramach których otrzymują oni część wpływów z ruchu generowanego przez użytkowników.

Korzyści z takiego rozwiązania czerpią jednak przede wszystkim dostawcy Internetu oraz sama TP SA, która zyskuje spokój oraz nieco odciąża swoją sieć. Dla użytkowników końcowych jedyną korzyścią może być natomiast nieco lepsza jakość oferowanych usług.

Tą drogą nie uda się jednak rozwiązać najważniejszego problemu — wciąż wysokiego kosztu dostępu do Internetu.

A ponieważ komutowany dostęp do Internetu jest usługą powszechną, w walkę o obniżenie tych kosztów włączył się Urząd Regulacji Telekomunikacji (i Poczty), proponując rozwiązania analogiczne do tych, jakie obowiązują w przypadku połączeń międzystrefowych.

W pierwszym modelu rozliczeń dostawca usług internetowych (ISP) może sam ustalać wysokość opłat za dostęp do Internetu, a operator warstwy dostępowej (TP SA) fakturuje swojego abonenta za połączenie do Internetu, prowadzi billing oraz ściąga należności. Za usługi świadczone przez operatora telekomunikacyjnego dostawca Internetu ma uiszczać opłatę w wysokości 4,5 proc. wartości zafakturowanych kwot oraz wnosić opłaty interkonektowe za każdą rozpoczętą minutę połączenia.

Z kolei drugi z proponowanych przez URTiP modeli zakłada, że dostawca usług internetowych ustala wysokość opłat za dostęp do Internetu, podpisuje z abonentami odrębne umowy o świadczenie usług oraz fakturuje klientów za połączenie do Internetu i we własnym zakresie ściąga należności. Natomiast do dominującego operatora sieci lokalnej, czyli TP SA, trafiają w tym przypadku jedynie opłaty za rozpoczęcie połączenia (interkonekt).

— Regulator zaproponował dwa modele rozliczeń, które miały umożliwić dostawcy usług internetowych ustalanie ceny dostępu do Internetu. Do tego typu podmiotu należeć miała również decyzja wyboru, który z modeli ma być zastosowany, natomiast lokalny operator telekomunikacyjny nie może tego wyboru kwestionować — informuje Jacek Strzałkowski, rzecznik Urzędu Regulacji Telekomunikacji i Poczty.

Tyle teoria. A jak wygląda praktyka? Mimo że zalecenia regulatora znane są od ponad pół roku, żaden z prezentowanych powyżej modeli nie został zrealizowany. Większość dostawców Internetu porozumiała się bowiem z TP SA na jej zasadach, a zaledwie kilku, po bezowocnych negocjacjach z narodowym operatorem, złożyło wnioski do URTiP o uregulowanie tej kwestii. Do tej pory żaden z wniosków nie został rozpatrzony.

Przypadek Niezależnego Operatora Międzystrefowego (NOM) pokazał jednak, że model, w którym operator dominujący fakturuje klientów innego podmiotu, ma małe szanse na wprowadzenie. Z kolei na realizację drugiego modelu na tak rozdrobnionym rynku mogą sobie pozwolić tylko duże firmy. Zresztą nawet w ich przypadku wcale nie jest powiedziane, że byłyby one w stanie zaproponować w tym względzie ofertę lepszą niż Telekomunikacja Polska.

URTiP zawarł bowiem w swoich przepisach zasadę niedyskryminacji w zakresie stawek za połączenia z sieciami teleinformatycznymi niezależnych dostawców — w tym wprowadzenia przez dominującego operatora telekomunikacyjnego stawki zryczałtowanej za dostęp do Internetu — ale zasada ta nie obowiązuje w przypadku pakietów usług. Sęk w tym, że ryczałt rozumiany jest tu przez regulatora jako stały, nielimitowany dostęp do Internetu. Odpowiedzią TP SA na tak brzmiącą wykładnię jest oferowany od kilku miesięcy dość atrakcyjny cenowo pakiet 30 godzin dostępu do Internetu (naliczane sekundowo), który nie jest w świetle tej regulacji ryczałtem, stąd operator dominujący nie musi umożliwiać konkurentom oferowania tego typu usługi po analogicznej cenie. Z kolei, gdyby jakiś operator spróbował zaoferować tego typu pakiet w ramach obowiązującego cennika rozliczeń międzyoperatorskich, najpewniej szybko zbankrutowałby, ponieważ niezależnie od tego, czy dany użytkownik jest połączony 5 czy 55 sekund, na potrzeby interkonektu zaokrągla się te wartości w górę do równych minut.

Firmy pragnące naruszyć quasi-monopol TP SA na tym rynku muszą więc na razie czekać na działanie regulatora, który kilka miesięcy temu informował o rozpoczęciu prac nad stanowiskiem proponującym wprowadzenie zryczałtowanej opłaty za nielimitowany, komutowany dostęp do Internetu w modelu FRIACO (Flat Rate Internet Access Call Origination). Jest to coraz popularniejsza w państwach rozwiniętych usługa interkonektowa, umożliwiająca ISP oferowanie usług nieograniczonego zryczałtowanego, komutowanego dostępu do Internetu, na zasadach zbliżonych do stałego łącza transmisji danych. Niestety, obecnie Urząd Regulacji Telekomunikacji i Poczty jest pochłonięty reorganizacją oraz zmianami kadrowymi, które na dalszy plan odsunęły regulowanie rynku. Na razie nikt z URTiP nie jest nawet w stanie zagwarantować, że kwestia ryczałtu na dostęp dial-up zostanie w końcu uregulowana. Jednak wielu specjalistów nie ma złudzeń co do tego, że TP SA znajdzie sposób ma zablokowanie kolejnych prób naruszenia jej pozycji.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Wieczorek

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Innowacji / Technologie / Internet na razie nie stanieje