Inwestorzy robią to przy gramofonie

opublikowano: 30-01-2019, 22:00

Zarabiają? Trudno stwierdzić, bo rynek winyli pozostaje zagadkowy jak zdanie: inwestycja może być tak analogowa, jak mechaniczna bywa pomarańcza.

Zgrzytająca od przemocy „Mechaniczna pomarańcza” dźwięcznie wpasowuje się w kontekst inwestowania w nagarnia muzyczne — może nie kadrem, w którym od utworu Beethovena bohater traci przytomność, ale pewną typową dla Stanleya Kubricka, słodko-gorzką przewrotnością. Scena, w której chuligan przechadza się po sklepie z płytami w fiołkowym płaszczu, wywijając mankietami tłoczonymi w skórę boa, jest równie odrealniona, co wizja przeciętnego inwestora, któremu zobojętnieją giełdowe krachy, odkąd portfel aktywów zróżnicowany zostanie winylami. Trochę The Beatles za kilkadziesiąt funtów, coś Niemena za kilkaset złotych, a dla fasonu okładka z Davidem Bowiem rozpartym w mięsistej satynowej sukni na szezlongu? Zdaniem niektórych, tak to się właśnie robi.

Przykładowy album Davida Bowiego może kosztować i tysiąc, i kilka
euro w przypadku późnych wydań w słabym stanie zachowania. Żeby nabrać
rozeznania, warto zaglądać na platformy typu Discogs, gdzie wyceniane są nie
tylko winyle, ale również płyty CD.
Zobacz więcej

PIOSENKA DLA MAMONY:

Przykładowy album Davida Bowiego może kosztować i tysiąc, i kilka euro w przypadku późnych wydań w słabym stanie zachowania. Żeby nabrać rozeznania, warto zaglądać na platformy typu Discogs, gdzie wyceniane są nie tylko winyle, ale również płyty CD. Fot. ARC

Ciemniejsza strona

Rówieśniczka kinowej „Mechanicznej pomarańczy”, brytyjska płyta Bowiego z początku lat 70. bywa wyceniana w okolicach 1 tys. GBP, podobnie jak pierwsze tłoczenie albumu, na którym Pink Floyd przedstawił szorstką stronę życia, nawiązując do ciemniejszego policzka Księżyca. Zarówno jednak „The Man Who Sold the World” z buduarową stylizacją Bowiego, jak „The Dark Side of the Moon” nie stanowią na rynku gramofonowych płyt żadnej bezpiecznie homogenicznej kategorii, w którą bez większych rozterek warto inwestować. O wartości konkretnych egzemplarzy decydują sploty różnych czynników, a podana cena kilku tysięcy złotych jest co prawda realna, ale przy założeniu, że zarówno kartonowe opakowanie, jak i jego okrągła zawartość zachowały się w nienagannym stanie.

Podejrzanie jak u Kubricka zarysowuje się w dodatku relacja pomiędzy pozostałymi czynnikami decydującymi o stawce — jak rzadkość w obiegu ma podnosić inwestycyjną wartość, skoro o histerycznym popycie na płytę od zawsze decydowała jej popularność? Żeby zrozumieć chociaż pobieżnie pokrętne prawidła rynku tych analogowych wydań trzeba w ogóle uchwycić w stosunkowo niedawnej historii przewrót, podczas którego składowane przy śmietnikach winyle wślizgnęły się w głowy inwestorów w roli potencjalnych, mniej nudnych lokat kapitału.

Mądry kaowiec

Ponad 4 miliony gramofonowych płyt sprzedanych w Wielkiej Brytanii w 2017 r. to najgorętszy wynik od 1991 r., podaje „Financial Times”, a w obliczu tłustej statystyki zawsze zaroi się od uogólnień typu: obfite wyniki w segmencie nowych wydań z pewnością ożywiły i wtórny, kolekcjonerski rynek. Słusznie, jednak wypada wobec tej hossy zadać też pytanie, co popchnęło tłumny popyt do sklepów z płytami, skoro powszechnie dźwiękami raczą nas aplikacje pokroju Spotify’a, a większości słuchaczy pozostaje obojętne, że utworów w formacie cyfrowym nie uda się pewnie nigdy odsprzedać nikomu zyskownie.

Jak sugeruje Ludovic Hunter-Tinley, muzyczny krytykdziennika, to właśnie ta rozgorączkowana digitalizacja nagrań wywołała z czasem pospolitą i zdumiewająco sprawczą nostalgię — zapragnęliśmy na nowo albumów materialnych. Mając na uwadze, jak powszechny jest obecnie dostęp do niemal każdego zasłyszanego utworu, dobrze uporządkować sobie przy okazji wymiar strat: porzuciliśmy nie tylko rytuał kupowania płyt czy kaset, lecz także często przebieramy w ścieżkach odartych z tak nośnej wizualnej warstwy, jaką stanowiły artystyczne okładki. Czy wobec tego czas rozpocząć budowaniezbiorów od leciwych kopert z tamtych czasów i melodii, które się podobają, bo już raz się je słyszało?

Czasy Nirvany

Inwestycyjna strategia rodem z „Rejsu” z powrotem wyprowadzi nas na płyciznę, z której wynurzą się pytania: czy stare winyle będą droższe od współczesnych, a rzadsze tańsze od popularnych? Jak przystało na kapryśne obszary inwestycji alternatywnych, najkorzystniej wypadnie pozornie sprzeczny zestaw dwóch ostatnich — zwyżkowy potencjał miewają m.in. pierwsze tłoczenia albo w ogóle jakieś próbne, robocze wersje albumów z nieśmiertelnymi szlagierami, najlepiej opisane blednącym flamastrem albo z ujmującymi literówkami. Wbrew podpowiedziom intuicji, winyle kupowane jako lokata niekoniecznie muszą być jednak stare, dlatego że w przypadku okresu, w którym gramofonowa płyta była podstawowym nośnikiem przebojów, najbledszy potencjał zwyżkowy zdławi od razu potężna podaż.

Według internetowych rejestrów, wyraźniej drożeć mogą nawet wydania z lat 90., bo w końcu na tę dekadę przypadło ostre wypieranie zagracających pokój odtwarzaczy przez najróżniejsze radyjka, w które wsunąć można już było kosmicznie opalizującą następczynię — szczupłą płytę CD. Idąc tym tropem, dojdziemy też do zasady rządzącej równie dobrze sprzedażą kolekcjonerskich aut czy zegarków: drastycznie limitowane, najnowsze edycje z rozpoznawalnym logo już z natury znajdują rozentuzjazmowanych odbiorców i to zanim na dobre zagoszczą w obiegu.

Ostatnie tango

Kierując się hojnością nakładu, warto zwrócić uwagę, że sterowaniem podażą trudni się w dodatku raz wytwórnia, a raz prężniejsza od niej śmierć, chociaż mimo swojej ponurej powagi, nie zapewnia zwyżki na wieczność. Czynnik ostateczności podwoił, a niekiedy nawet potroił wartość winylowych albumów wspomnianego Bowiego na rynku wtórnym, ale już w trzy lata po jego odejściu popyt zdołał zapanować nad żałobą, a ceny zdążyły się otrząsnąć. Czy dybanie na nekrologi muzyków okaże się wobec tego zdroworozsądkową strategią na krótkoterminowy zarobek?

Być może, ale w przypadku winylowych zbiorów już sam temat inwestycyjnego horyzontu wydaje się grząski, skoro wszelkie pobożne kalkulacje opierają się na przekonaniach, że tylko asteroida mogłaby wymazać z planety hity Bowiego czy podobne oczywistości. Sąd ostateczny nad wartością inwestycyjną rozegra się tymczasem w pokoleniu, które na samo nazwisko muzyka odpowiedzieć może albo popytem, albo powątpiewaniem typu: serio, mamo?

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika A. Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu