Od kilku tygodni coraz głośniej mówi się o „repolonizacji” czy też „udomowieniu” banków, które należą do zagranicznych inwestorów. W rękach obcego kapitału jest 67 proc. rynku bankowego. Nie chodzi o to, żeby zastąpić go polskim, bo akurat pojawia się taka okazja, gdyż spółki matki w Europie mają bardzo poważne problemy. Zwolennicy „repolonizacji” przekonują, że leży to w żywotnym interesie całej polskiej gospodarki. Zagraniczny kapitał, napływający do Polski od połowy lat 90. ubiegłego wieku, unowocześnił nasz system bankowy, dokapitalizował, rozwinął i wykształcił kadry. Przez lata odgrywał rolę czynnika stabilizującego. Niestety, w obecnej zawierusze finansowej przestaje ją odgrywać. Spora część zagranicznych banków obecnych w Polsce korzystała w przeszłości ze wsparcia swoich rządów, inne z pewnością będą musiały po nie sięgnąć w przyszłości. Tzw. stress testy przeprowadzone przez Europejski Nadzór Finansowy pokazały, że zdecydowana większość z nich potrzebuje dokapitalizowania. Powoli materializują się spekulacje, że banki, by odciążyć część kapitałów, zmniejszą akcję kredytową również w swoich spółkach zagranicznych. Wczoraj „Financial Times” napisał, że austriacki bank centralny poinstruował krajowe banki, by ograniczyły pożyczki dla swoich spółek w środkowej Europie. Polski to nie dotyczy. Na razie. Jedna dziesiąta aktywów sektora — 130 mld zł — stanowią pożyczki od spółek matek, z których banki finansują działalność kredytową. Nikt nie zagwarantuje, że zagraniczne centrale się o nie nie upomną.
Europejski sektor bankowy ma problem nie tylko z niewystarczającymi kapitałami, lecz — jeszcze większy — z płynnością. Według danych MFQ, banki strefy euro finansują akcję kredytową tylko w 35 proc. z depozytów. Reszta pochodzi z rozmaitych papierów dłużnych. Lewar jest potężny. W Polsce stosunek kredytów do depozytów wynosi około 111 proc., 10-11 proc. nadwyżki pochodzi z pożyczek zaciągniętych w spółkach matkach. Zwykle są to wieloletnie linie kredytowe. Mogą być jednak w każdej chwili wypowiedziane. Nawet jeśli nie w całości, to wystarczy, że centrala zażąda kilku miliardów, a pojawi się problem.
— Znowu wybuchnie wojna depozytowa, bo banki, żeby spłacić zobowiązania wobec matki, będą musiały ściągać depozyty z rynku — wyjaśnia jeden z bankowców.
Ile to kosztuje, pamiętamy jeszcze z poprzedniej wojny depozytowej w 2009 r., kiedy wyniki sektora spadły o połowę, m.in. z tego powodu.
Na horyzoncie pojawiło się niedawno jeszcze jedno zagrożenie — dyrektywa CRD4 Komisji Europejskiej, mocno wspierana przez duże instytucje finansowe. Zakłada ona, że płynność należy liczyć i monitorować nie w poszczególnych bankach, działających na lokalnych rynkach, lecz na poziomie grup kapitałowych.
— To bardzo groźna dla Polski propozycja. Stwarza ryzyko drenażu płynności polskich banków przez zagraniczne centrale, co wpłynie na ich zdolność kredytową. Wszystko odbywałoby się poza kontrolą KNF — mówi przedstawiciel jednego z banków.
Nasi rozmówcy uważają, że ogromną rolę do odegrania ma w najbliższej przyszłości właśnie nadzór.
— Czasy są takie, że trzeba grać ostro. Nie może być tak, że jakiś zagraniczny bank, który bez wsparcia państwa nie miałby racji bytu, sprzedaje aktywa w Polsce bez ścisłego porozumienia z naszym nadzorem — mówi przedstawiciel jednego z dużych banków.
Przypomina, że w czasie prywatyzacji sektora bankowego w Polsce jednym z najważniejszych zobowiązań inwestorów zagranicznych była rękojmia stabilności i dobrego zarządzania bankiem.
— Banki w kraju są stabilne, ale nie matki. Warunek stabilności od dłuższego czasu nie jest więc wypełniany. Uważam, że jest to argument, który można w umiejętny sposób rozegrać w obecnych czasach, m.in. po to, by uniknąć chaotycznej wyprzedaży aktywów w Polsce przez zagraniczne banki — mówi nasz rozmówca.
OKIEM EKSPERTA
Wspólny interes
ANDRZEJ POWIERŻA
analityk DM Banku Handlowego
Pomysł z zabezpieczeniem stabilności sektora bankowego jest sensowny, bo dla największych banków istotne jest, żeby nie było banku, który będzie miał problemy z płynnością i zacznie gwałtownie ściągać depozyty, bo to negatywnie uderzy w pozostałych graczy. Gdyby w Polsce upadł średniej wielkości bank, składka na Bankowy Fundusz Gwarancyjny byłaby monstrualna. Tak kiedyś było ze Wschodnim Bankiem Cukrownictwa, który kupiło 12 banków i potem sprzedało, bo to było tańsze niż ponoszenie kosztów jego bankructwa. Taka operacja byłaby od razu odpowiedzią na pytanie: po co PKO BP ma wspierać konkurenta. Odpowiedź: lepiej podtrzymać kogoś, niż pozwolić, żeby upadając, wszystkich podciął.