Konkurencja oraz równość

Urszula Światłowska
opublikowano: 2006-11-27 00:00

Wiele prywatnych placówek prowadzi działalność mając kontrakt z NFZ w kieszeni. Na razie tylko przychodnie. Szpitale jeszcze nie mogą konkurować z publicznymi.

„Puls Biznesu”: Jaka jest w tej chwili sytuacja prawna prywatnych placówek medycznych?

Marcin Halicki, prezes OZPPSZ oraz sieci klinik Lux Med: Spójrzmy na to zagadnienie z dwóch stron. Teoretycznie ogólny stan prawny daje takie same uprawnienia prywatnej służbie zdrowia jak publicznej i takie same stawia też przed nimi rygory. Według przepisów, Narodowy Fundusz Zdrowia (NFZ) powinien więc tak samo traktować podmioty prywatne i publiczne. I takie też są deklaracje szefów funduszu. Natomiast praktyka jest zupełnie inna. Członkowie naszego związku sygnalizują, że często NFZ i inne urzędy, np. Sanepid które dopuszczają daną placówkę medyczną do działalności, stosują podwójne standardy — łagodniejsze dla jednostek publicznych, ostrzejsze dla prywatnych.

Duża część polskich szpitali nie spełnia warunków stawianych przez Sanepid. Ale nikt nie chce ich zamknąć i opieczętować z powodu niedotrzymania norm. Ale trudno mi wyobrazić sobie jednostkę prywatną, która byłaby tak ulgowo potraktowana. Sanepid, bardzo stanowczo egzekwuje prawo wobec jednostek prywatnych. Choć prawo nie faworyzuje jednej czy drugiej strony, to jego wykonanie w jednostkach terenowych NFZ czy Sanepidu odbiega od tego co deklaruje „góra” tych urzędów. Od nowego roku wchodzi w życie ustawa o zakazie działalności konkurencyjnej na terenie szpitali. Jej przepisy miały w założeniu ukrócić niekorzystne zjawiska, takie jak działanie na terenie szpitali fundacji, które często bez inwestycji i to za symboliczne opłaty prowadziły działalność wykorzystując sprzęt publicznych szpitali. Pomysł był słuszny, ale realizacja zła. Nowe przepisy przy okazji spowodują, że na terenie publicznych jednostek doprowadzi się do zamierania działalności outsourcingowej, a to już nie jest takie dobre...

Jeszcze jeden przykład, na który zwracają uwagę członkowie naszego związku. Prawo o medycynie pracy. Tu prywatne jednostki konkurują między sobą oraz z Wojewódzkimi Ośrodkami Medycyny Pracy, które pełnią jednocześnie funkcje nadzorcze i same świadczą usługi. To pomieszanie ról. Niestety, wciąż konkurencja prywatnego z publicznym jest zaburzona.

No właśnie. Większość pracowni radiologicznych outsourcingują prywatni inwestorzy i co teraz?

Od momentu wejścia ustawy w życie szpital będzie mógł outsourcingować albo całą działalność, np. radiologiczną, albo wcale. Dotychczas szpital, który ma dziesięcioletni rentgen, zaspokajający potrzeby — załóżmy — w 30 procentach, ogłasza przetarg i znajduje wykonawcę pozostałych 70 proc. zapotrzebowania na badania radiologiczne. Jest prywatny inwestor, który wynajął miejsce na dziesięć lat, odnowił pomieszczenie, zainwestował w nowoczesny sprzęt. Ale w świetle nowych przepisów to już działalność konkurencyjna. Szpital z mocy prawa musi od pierwszego stycznia rozwiązać taką umowę. Ale nie ma ani słowa o odszkodowaniach dla inwestora. Ten przykład pokazuje, jak dużo jest jeszcze do zrobienia na styku tych sektorów w Polsce.

Jakie zmiany prawne poprawiłyby sytuację?

Prywatna służba zdrowia w Europie Zachodniej stanowi kilkadziesiąt procent, w Polsce jest to niewielki procent wartości świadczonych usług. Poprawie sytuacji służyłyby zmiany przepisów podatkowych, które mogłyby taki wzmocnić rozwój sektora prywatnego i odciążyć publiczny — zmniejszając kolejki, czas oczekiwania na zabiegi itd. Nie ma ulg podatkowych w PIT. Mamy nadzieję, że wejdą w podatkach przedsiębiorców. Liczymy na to, że z czasem otworzy się też możliwość wykorzystywania funduszu socjalnego w przedsiębiorstwach na zakup usług medycznych. Teraz można go wykorzystać na imprezę integracyjną, ale na usługi medyczne dla pracowników już nie.

Od ładnych paru lat prywatna służba zdrowia rozwija się, przybywa jej klientów, a z tego, co pan mówi, wynika, że wszystko jest po staremu.

Niewiele się zmieniło, jeśli chodzi o usługę szpitalną. Ponieważ uruchomienie szpitala to olbrzymie ryzyko inwestora. Otoczenie jest niestabilne, a nakłady ogromne. Dlatego działa tak mało szpitali prywatnych. Przez to nie ma też bodźca do podnoszenia jakości usług. Bo i po co? Przecież nie ma konkurencji! Zupełnie inaczej wygląda świadczenie opieki ambulatoryjnej. Tu też większość jest finansowana z NFZ, ale kontrakty na podstawową opiekę zdrowotną (POZ), tak naprawdę, w 70 procentach mają już jednostki prywatne. Wejście na rynek jest znacznie prostsze. Inwestycja w przychodnię jest tańsza i łatwiejsza niż w szpital. Przyczyna jest jasna... To pacjent decyduje, gdzie idą pieniądze z POZ. Zgłasza się tam, gdzie dostaje najlepszą opiekę medyczną, a fundusze idą za nim. Czyli następuje samoistna restrukturyzacja sektora ambulatoryjnego. Jakość usług jednostek, które współpracują z NFZ, znacznie się poprawiła. Zwłaszcza w dużych miastach, gdzie widoczna jest spora konkurencja. Jeżeli w sektorze usług szpitalnych pieniądze także szłyby za pacjentem, to pewnie w ciągu kilku lat mielibyśmy przepływ pacjentów do lepszych szpitali publicznych i prywatnych. Wtedy inwestorzy prywatni na wolnym rynku mogliby działać. Dziś możliwości przyciągnięcia pacjenta dzięki kontraktowi z NFZ są niewielkie i odbywają się na niezbyt jasnych zasadach.

Jak to jest naprawdę z tymi kontraktami? Wiele jednostek dobrze sobie radzi w tym układzie... Ale słychać też głosy, że wyceny są zaniżane...

Są takie przypadki, ale są też takie, gdy NFZ wycenia zabiegi bardzo dobrze. Jednostki prywatne, które bardzo pilnują kosztów, mogłyby się utrzymać z kontraktów z NFZ. Problemem nie jest wycena, tylko brak dostępu do tych kontraktów w jakiejś sensownej skali. Jeżeli w mieście jest szpital publiczny, który ma kontrakt w pełnym wymiarze, a potem w tym samym mieście wybuduję nowoczesny szpital prywatny i stanę do przetargu w lokalnym NFZ — to wcale nie jest powiedziane, że dostanę kontrakt. Może się też okazać, że będzie to 10 proc. tego, co mógłbym wykonywać — mimo wyższej jakości usług i standardu szpitala.

Ale współpraca z POZ układa się?

Tu przychody z NFZ składają się z dwóch części. Jedna to tzw. stawka kapitacyjna, czyli swego rodzaju opłata za gotowość, która trafia tam, gdzie pacjent składa deklarację. Dodatkowo kontraktuje się świadczenia specjalistyczne. Tu są ostre limity. Na szczęście NFZ przyznaje je w miarę proporcjonalnie. W związku z tym wybór pacjenta wpływa na kształtowanie właściwych proporcji w kontraktowaniu usług specjalistycznych. Gdy da się pacjentowi możliwość wyboru, to i NFZ będzie działał bardziej elastycznie, bez konieczności odgórnych interwencji.

A co z systemem ubezpieczeń…

Ministerstwo Zdrowia przygotowywało projekt założeń nowych regulacji dotyczących równoległych ubezpieczeń — pacjent ma możliwość dodatkowego ubezpieczenia. I te pieniądze będą w tym szpitalu, do którego zawędruje. Tylko że w założeniu ministerstwa to jest tanie ubezpieczenie, które ma poprawić komfort pobytu w szpitalu i wybór lekarza prowadzącego. Nie na to czekają pacjenci.

Kolejki zostają?

Tak. Pacjentowi w Polsce najbardziej potrzebne jest skrócenie czasu oczekiwania na wizytę! Ten projekt jest nie do końca przemyślany. Istnieje ryzyko, że nie wzbudzi zainteresowania.

Czy współpracują państwo z Ministerstwem Zdrowia przy tej inicjatywie?

Na razie zgłosiliśmy zastrzeżenia... Założenia zostały przygotowane przez urzędników. Mam do nich wielki szacunek, ale trzeba posłuchać tych, którzy mają doświadczenie rynkowe i po prostu wiedzą, co się sprzeda. Teraz ministerstwo zaprosiło nas do rozmów.

Jak powinien wyglądać taki system, by się sprawdził.

Należy dążyć do systemu, w którym pacjent będzie decydował, gdzie nabędzie usługę. A ponadto trzeba dać możliwość takich równoległych ubezpieczeń zdrowotnych, aby pieniądze z NFZ, nawet niekoniecznie w całości, poszły za pacjentem. Na przykład jeżeli operacja kosztuje 1 tys. zł refundowane publicznemu szpitalowi, to gdy pacjent pójdzie do prywatnego, ten dostanie od NFZ 800 zł. Tam operacja jest droższa, załóżmy, że kosztuje 1,5 tys. Trzeba więc znaleźć dodatkowe 700 zł. Można je wziąć z prywatnego ubezpieczenia. Wtedy szpital prywatny dostaje pełną kwotę. A w NFZ kolejka oczekujących na zabieg skróci się o jedną osobę — przecież nie wszystkich stać na dodatkowe ubezpieczenia —w NFZ zostało tymczasem 200 zł. Dwie korzyści.

To sposób na likwidację kopert i praktyki, że aby się dostać do profesora w danym szpitalu, trzeba wykupić u niego trzy wizyty w prywatnym gabinecie? Społeczeństwo i tak płaci...

Według statystyk społeczeństwo polskie przeznacza na leczenie prywatne 10-15 mld zł. Przy tej skali wydatków nie może być mowy o elitarności. Ważne jest, aby część pieniędzy, które trafiają do szarej strefy, weszły do oficjalnego obiegu, w ramach systemu rynkowego.

Marcin Halicki, prezes Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Prywatnej Służby Zdrowia