Kto ma w garści zielone certyfikaty

Podkomisja ds. energetyki sprawdzi, dlaczego firmy płacą wysoką opłatę zastępczą — kosztem własnych zysków, branży OZE i odbiorców energii.

— Trudno było zapanować nad emocjami — tak o czwartkowym posiedzeniu sejmowej podkomisji ds. energetyki mówi jej szef Andrzej Czerwiński. Burzliwe dyskusje wspomina też Wojciech Cetnarski, prezes Wento (inwestującego w projekty wiatrowe), który na posiedzeniu reprezentował Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej. Jaki temat wywołał tak gorące emocje? Podkomisja zajęła się załamaniem na rynku zielonych certyfikatów. Dostrzegła niepokojące zjawiska.

— Chcemy przeanalizować, dlaczego część firm uiszcza opłatę zastępczą, zamiast umarzać certyfikaty, skoro opłata jest na poziomie 286,74 zł za MWh [za 2012 r. — red.], a cena certyfikatu od kilku miesięcy spada, ostatnio do 130 zł — mówi Andrzej Czerwiński. Średnio za świadectwo pochodzenia energii z OZE trzeba było w ubiegłym roku zapłacić ok. 251 zł — o ponad 12 proc. mniej, niż wynosiła opłata zastępcza.

Po co płacić więcej?

Zielone certyfikaty wprowadzono, żeby wspierać rozwój odnawialnych źródeł energii. Mechanizm działa następująco: każdy producent energii musi udowodnić, że osiągnął określony na dany rok obowiązkowy udział zielonej energii w portfolio. Świadectwa pochodzenia energii, czyli — w przypadku OZE — zielone certyfikaty, przyznaje Urząd Regulacji Energetyki. W efekcie firmy wiatrowe, biogazownie etc. mają nadmiar zielonych certyfikatów w stosunku do obowiązku, a firmy z sektora energetyki konwencjonalnej — niedobór. To stymuluje handel. Wielkie firmy energetyczne kupują, a drobniejsi skalą przedsiębiorcy z sektora OZE — sprzedają. Można jednak uniknąć konieczności handlowania certyfikatami i wiążących się z tym kosztów transakcyjnych. Po to wymyślono opłatę zastępczą. Przez kilka lat cena zielonych certyfikatów utrzymywała się na poziomie nieznacznie niższym od opłaty zastępczej (odgórnie wyznaczanej). Ale w minionymroku te dwie wartości po raz pierwszy się rozjechały. I tu pojawia się zjawisko, które podkomisja chce wyjaśnić. Czyli dlaczego firmy wciąż są skłonne uiszczać opłatę, zamiast kupować certyfikaty, czym dodatkowo pogłębiają zapaść na tym rynku (bo rośnie nadpodaż zielonych papierów).

— Podkomisja długo dyskutowała na ten temat — przyznaje Wojciech Cetnarski.

Ile stron, tyle wyjaśnień

Z danych resortu gospodarki przedstawionych na posiedzeniu podkomisji wynika, że w 2012 r. z tytułu opłaty zastępczej wpłynęło do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (NFOŚiGW) 326 mln zł. Andrzej Czerwiński szacuje, że tę kwotę można przeliczyć na dodatkowe 1,2 TWh popytu na zielone certyfikaty. Popytu, który zmniejszyłby skalę nadpodaży, wynikającej z nadspodziewanie szybkiego rozwoju sektora OZE. Kwotę 326 mln zł można by też uznać za sumę utraconych korzyści sektora OZE (które mogłoby uzyskiwać większe przychody z tytułu sprzedaży certyfikatów), wielkiej energetyki (która mogłaby kupować tańsze certyfikaty w miejsce droższej opłaty) oraz konsumentów energii (którzy mogliby płacić mniej, bo opłata zastępcza stanowi element taryfy, więc zwiększa cenę prądu).

— Wystąpimy do NFOŚiGW o listę firm, które uiściły opłatę. Przeanalizujemy tę kwestię — zapowiada Andrzej Czerwiński.

Możliwych wyjaśnień rysuje się kilka, a każde ma zwolenników i przeciwników. Sektor OZE wini wielką energetykę zawodową, która uiszczając opłatę, miałaby grać na spadek ceny zielonych certyfikatów, pozbywając się w ten sposób konkurencji i budując przyszłe zyski. Za kilka lat nadpodaż zniknie i będzie można sprzedać tanio kupione i od lat parkowane (czyli nieumarzane) certyfikaty. Wielka energetyka odrzuca wszelkie teorie spiskowe i wskazuje na klasyczny mechanizm podaży i popytu.

Recepty też się mnożą

Niezależnie od przyczyn resort gospodarki ma liczne pomysły, jak ulepszyć mechanizm certyfikatów.

— Jesteśmy w trakcie dyskusji nad tymi propozycjami — mówi Andrzej Czerwiński.

Z prezentacji przedstawionej podkomisji wynika, że po pierwsze, resort gospodarki proponuje podwyższenie obowiązkowego udziału energii z OZE, który na 2013 r. wynosi 12 proc. Miałoby to spowodować zwiększony popyt na certyfikaty, choć wiąże się też z wieloma rodzajami ryzyka (m.in. niepożądanym wzrostem w segmencie współspalania). Poza tym, resort proponuje m.in. wprowadzenie zakazu uiszczania opłaty zastępczej wtedy, gdy cena certyfikatów spada poniżej 75 proc. jej wartości. Albo — zupełna nowość — wprowadzenie obligo giełdowego dla certyfikatów.

Poza tym, tradycyjnie, dyskutowana jest kwestia ograniczenia wsparcia dla technologii spalania wielopaliwowego, likwidacja wsparcia dla dużych zamortyzowanych elektrowni wodnych, ograniczenie wsparcia dla elektrowni wiatrowych.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Magdalena Graniszewska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Kto ma w garści zielone certyfikaty