Nie opłaca się menedżerom odchodzić z bankrutującej firmy. Zdaniem radcy prawnego Bartosza Sierakowskiego, wspólnika kancelarii Zimmerman i Wspólnicy, taki wniosek płynie z uchwały Sądu Najwyższego (SN) podjętej w ubiegłym tygodniu. Sąd rozpatrywał możliwość orzeczenia zakazu prowadzenia działalności gospodarczej dla byłego członka zarządu spółki z o.o. na wniosek jej wierzyciela. Wierzycielem stał się jednak w okresie, w którym menedżer nie pełnił swojej funkcji, przy czym spółka była niewypłacalna już w chwili, gdy postanowił on odejść z zarządu. Sąd Najwyższy uznał, że do złożenia wniosku o zakazanie prowadzenia działalności przez członka zarządu spółki kapitałowej uprawniony jest każdy jej wierzyciel, a nie tylko ten, którego wierzytelność istniała w okresie pełnienia przez daną osobę funkcji członka zarządu (sygn. akt III CZP 48/16). — To precedensowa uchwała. Pogląd sądu stanowi podstawę do egzekwowania odpowiedzialności za długi firmy powstałe także po odejściu z jej zarządu — komentuje Bartosz Sierakowski. Podkreśla, że to powinno być przestrogą dla menedżerów przed pochopną decyzją o ucieczce z zarządu bankrutującej firmy.
— Pozostawienie upadającego biznesu samemu sobie zawsze generuje kolejne długi. Karą dla odpowiedzialnych za ich powstanie może być wyeliminowanie ich z obrotu gospodarczego nawet na 10 lat. Lepiej odpowiednio zareagować, składając wniosek o ogłoszenie upadłości, czy rozpocząć restrukturyzację i dzięki temu dać sobie szansę obrony przed ewentualnym orzeczeniem zakazu prowadzenia działalności — stwierdza radca. Jak mówi, upadłość jest często postrzegana jako dowód, że komuś nie powiodło się w biznesie, i niektórzy menedżerowie wolą odejść, aby swoimi nazwiskami nie firmować porażki bądź uniknąć odpowiedzialności za jej długi. © Ⓟ