Maluch bez blichtru

Karol Jedliński
opublikowano: 2008-05-15 00:00

Wadowice nie tylko Maspeksem stoją. Dzisiejszy debiutant na GPW zaczął robić łóżeczka dziecięce. I choć są małe, zysk dają nie najmniejszy.

Widoki przez okno pociągu jak najbardziej budujące: mercedesy szefów obuwniczego potentata Badury, transport maszyn rolniczych giełdowego Pronaru i wreszcie Maspex. Olbrzymie hale, ciąg tirów czekających na załadunek, nieco sfatygowany baner informujący, który sok pomarańczowy jest Polaków ulubionym. Wysiadka na dworcu w Wadowicach. Taksówki ni widu, ni słychu.

— Eee, wozy stoją dopiero na rynku. Idź pan, to i kremówkę se zje — zachęca miejscowy kolejarz.

Mówią, że najlepsze ciastka, ale i tak nierewelacyjne, to tu z Krakowa przyjeżdżają. A do rynku kawałek. Jeszcze dalej jednak do siedziby dzisiejszego debiutanta Dreweksu. Ulokował się na obrzeżach miasta, w Tomicach. Jacek Szczur, wiceprezes spółki, już jedzie.

— Tylko proszę nie sugerować się fasadą. Prawdziwa wartość kryje się w środku — przestrzega wiceprezes, zanim podjedziemy pod niewysoki, szary budynek.

Za parking robi ubita mikstura gruzu i ziemi. Niedługo ma być lepiej. Budynek na pewno nie przypomina tego na ulicy Książęcej, będącego siedzibą GPW. Zmajstrowany w latach 70., służył niegdyś za punkt skupu żywca.

— Będziemy go odnawiać i rozbudowywać, ale nie z pieniędzy z giełdy i nie w pierwszej kolejności — zaznacza Piotr Polak, prezes i główny udziałowiec spółki.

Szewc bez mebli

Gabinet prezesa — też za wielkie słowo. Ciasny pokój w oldskulowej tapecie, okna drugiej czystości. Tu pachnie latami 90. i drewnem, bo to tu jest polski lider w produkcji łóżeczek dziecięcych.

— Blichtr blichtrem, ale dla inwestorów najważniejsze jest to, ile spółka zarabia, a nie, jaki mam fotel — przekonuje 41-letni Piotr Polak i zawiesza wzrok na swoim biurku, naprędce skleconym z jakichś płyt.

Powiedzenie, że szewc bez butów chodzi, w tym regionie Polski ma podwójne dno. Od Kalwarii Zebrzydowskiej, przez Lanckoronę i Kleczę, aż do Wadowic ciągną się dwa nurty rodzinnych biznesów: jedni tłuką buty, gdy drudzy strugają meble. I tak całe wsie, miasteczka i pokolenia.

— Jak łatwo się domyślić, pochodzę z rodziny stolarzy, spod Wadowic — mówi szef Dreweksu.

Zaprasza na zaplecze, czyli do kilku pokaźnych, nowych hal. A tam stosy zapakowanego towaru i kilka większych, całkiem świeżych maszyn, strugarek, wiertarek i tych lakierujących. Na dwie zmiany pracuje prawie 200 osób. Flagowe produkty: łóżeczka Sara i Napoleon a także komplety mebli z hipopotamem, lwem czy kaczuszką. Słodko i całkiem masowo sprzedaje się tego prawie 140 tys. sztuk rocznie. To główne źródło dochodów, ale niejedyne. Są jeszcze wszelkie dodatki, zabawki, pościel, teraz produkowane już głównie w Chinach.

— W to inwestowałem przez ostatnie lata. Na fasadę przyjdzie czas — podkreśla Piotr Polak.

Strach z łóżeczka

Ale w Azji nie było łatwo znaleźć dobrego dostawcę. Przez parę miesięcy Drewex trzymał w rezerwie ekipę polskich szwaczek. Chińczycy podołali, czasem aż za bardzo.

— Z jednej z chińskich fabryk dostaliśmy katalog niby ich, a tak naprawdę naszych produktów. Na zdjęciach widać było nawet logo Dreweksu. Azjaci pytali jednak, jakim prawem ich podrabiamy — śmieje się Piotr Polak.

Rocznie spółka potrafi zarobić ponad dwa miliony złotych, przy ponad dwudziestu milionach przychodu. Prognozy finansowe pokazują jedynie powolny wzrost w przyszłych latach. Ale oferta się sprzedała, była nawet 10-procentowa redukcja.

— Prognozy, męczeni przez analityków, robiliśmy maksymalnie pesymistyczne. Tak, by potem, jeśli korygować, to w górę — uspokaja Piotr Polak.

W ofercie publicznej Drewex zbierze 4,5 mln zł. Takie sumy spotyka się raczej już tylko na New Connect.

— Decyzja o GPW zapadła w 2006 r., kiedy o New Connect nikt jeszcze nie słyszał. Zainwestowaliśmy w przygotowania do GPW, liczyliśmy też na większą wycenę oferty, bo patrzyliśmy przez pryzmat hossy. A ta emisja pewnie nie będzie ostatnia — tłumaczy właściciel Dreweksu.

Dzięki giełdzie Drewex kupi m.in. topową strugarkę, która będzie równie wydajna, co wszystkie trzy razem, obecnie wykorzystywane w zakładzie. Jej wartość to 400 tys. euro.

— Pracujemy prawie pełną parą, sprzedajemy na pniu, ale rezerwy są. Szybsze maszyny i lepsza organizacja pracy je wydobędą — przekonuje Piotr Polak.

Nie został, jak jego przodkowie, chałupniczym stolarzem. Wykorzystał szansę pierwszego zamówienia od znajomego z Niemiec. Ten chciał na gwałt łóżeczek dziecięcych. Piotr Polak miał w ręku trochę doświadczenia, dyplom magistra inżyniera mechanicznej technologii drewna i pietra. Żadnej ekipy, maszyn, lokalu, jedynie zlecenie.

— Bierz, nie wahaj się — przekonał go ojciec.

Wypaliło, złapało, zaczął jeździć na targi, dobijać się do hurtowni. A po latach, gdy Drewex okrzepł, ojciec powiedział mu:

— Ja tylko tak gadałem, ale na twoim miejscu w życiu bym się nie zdecydował.

Właściciela Dreweksu nie złamała opinia jednego z hurtowników, z którym zetknął się na początku:

— Rynek jest ułożony, tu nie ma miejsca na nowych, na dodatek na wszystkim okrakiem siedzą Meble Vox — przekonywał.

Szef nie przyjechał

Po latach spotkali się przypadkiem na targach Kind & Jugend w Kolonii. Drewex miał pokaźne stoisko i pełno klientów.

— Byli tacy, którzy dowiadując się, że produkuję łóżeczka dziecięce, traktowali mnie z góry. Że niepoważne, że na pewno nie mam pieniędzy na maszynę, więc po co zawracam im głowę — wspomina właściciel firmy.

Dlatego też nie tylko unowocześnił logo, wymyślił nowe marki, ale także kupił lexusa. Początkowo jeździł polonezem cargo, potem fordami. Jednak za każdym razem spotykały go podobne historie. Podjeżdżał do klienta i słyszał sakramentalne:

— A to szef nie przyjechał?

Jest więc japoński SUV. Są też wyprawy z Ryszardem Pawłowskim i grupą zapaleńców. W sobotę wylot w wysokie góry. Piotr Polak zdobył kilka sześciotysięczników, choroba zmusiła go do poddania się przy próbie wejścia na ośmiotysięcznik Cho-Oyu w Himalajach. Właśnie w górach poznał Wojciecha Jankowskiego, jednego z członków rady nadzorczej spółki. To dobry duch w firmie, absolwent renomowanych zachodnich uniwersytetów, pracował m.in. jako doradca prezesa Prokomu.

— Góry wyciszają, martwisz się tylko o to, żeby ci nie zmarzł tyłek. Choć debiut na GPW też daje niezłego kopa — przyznaje Piotr Polak.

Znika na trzy tygodnie, w Ekwadorze. W planach ma zdobycie Chimborazo (6267 m n.p.m.). GPW, fasada i łóżeczka będą daleko. Dzięki położeniu blisko równika szczyt jest najdalej oddalonym miejscem od środka ziemi. n

Nazwiska cyrkułu

Wadowice to nie tylko Karol Wojtyła. Tam do gimnazjum uczęszczał Emil Zegadłowicz, tam urodził się Maciej Zembaty, poeta, satyryk i tłumacz piosenek Leonarda Cohena. Pierwsze wzmianki o miejscowości pochodzą z 1327 r. Już w XIX w. Wadowice stały się rozległym cyrkułem 10 miast, dwóch osad targowych i 340 wsi z ludnością liczącą 350 tys. osób.

Napał na Nepal

Nie każdy elektryk zostaje prezydentem. Inżynier elektryk Ryszard Pawłowski został wybitnym alpinistą. Dotąd ten 58-latek był uczestnikiem ponad stu wypraw w różne góry świata. Dziś zajmuje się głównie organizowaniem komercyjnych wypraw w Andy i w Himalaje. W młodości nie mógł poświęcić zbyt wiele czasu na wspinaczkę — jednocześnie pracował w kopalni i studiował. Kiedy w końcu udało mu się wyjechać w góry — wspinał się nawet w trudnych warunkach, np. w deszczu. „Rzucałem się na góry, jak głodny na jedzenie” napisał w „Smaku gór”, więc w środowisku wspinaczy nazywa się go Napałem. Zdobył 10 z 14 ośmiotysięczników, w tym kilka razy Mount Everest i raz K2. Na szczycie Aconcagui stanął 20 razy.

Szczyty i łóżka

5897

m n.p.m. Tyle liczy Cotopaxi, czynny wulkan w Ekwadorze, który zamierza zdobyć Piotr Polak.

275

zł Tyle kosztuje łóżeczko Julia od Dreweksu.

190

osób Tylu pracowników zatrudnia spółka.

Katastrofy w śniegu

Chimborazo, na który wejdzie właściciel Dreweksu, to wygasły wulkan w Kordylierze Zachodniej w Andach. Jednocześnie jest najwyższym szczytem Ekwadoru. Liczy 6267 m n.p.m. Odległość od jądra ziemi na jego szczycie sięga 6384,4 km, dwa kilometry dalej niż do wierzchołka Everestu. Po raz pierwszy górę zdobył w 1880 r. Anglik Edward Whymper. W języku keczua Chimborazo oznacza wielką śnieżną górę. Granica śniegu przebiega na 4,8 tys. metrów, mimo bliskości równika. Nie brakuje też tutaj dramatów: w 1976 r. samolot z 59 pasażerami na pokładzie zniknął z radarów właśnie w rejonie tej góry. Po 26 latach, w 2002 r. znaleziono maszynę i ofiary katastrofy na zboczu Chimborazo, na wysokości 5,4 tys. m n.p.m.

Karol Jedliński

Możesz zainteresować się również: