Miecz Damoklesa wisi nad bitcoinem

opublikowano: 08-04-2021, 20:00

88 lat temu prezydent USA Franklin D. Roosevelt okradł Amerykanów ze złota i zakazał jego posiadania. Współczesna władza wchodzi w buty demokraty i coraz częściej przebąkuje o regulacji kryptowalut, stających się konkurencją dla państwowego pieniądza

Wymaga się, aby wszystkie osoby dostarczyły do 1 maja 1933 lub wcześniej wszystkie złote monety, złoty bulion i certyfikaty złota znajdujące się w ich posiadaniu do Banku Rezerwy Federalnej, jej biura lub agencji albo do dowolnego banku Systemu Rezerwy Federalnej - obwieszczenie tej treści mieszkańcy Stanów Zjednoczonych ujrzeli 5 kwietnia 1933 r. W „kraju wolnych ludzi” posiadanie złota inwestycyjnego stało się przestępstwem zagrożonym karą do 10 lat więzienia lub 10 tys. USD grzywny, co w tamtych czasach było sumą astronomiczną. Rozporządzenie wykonawcze numer 6102 wprowadzające konfiskatę złota zostało wydane przez prezydenta Franklina D. Roosevelta na kuriozalnej podstawie prawnej, jakim był Trading with the Enemy Act of 1917. Czyli ustawa z czasów I wojny światowej, podczas gdy w roku 1933 Stany Zjednoczone żadnej wojny nie prowadziły.

Za przekazane złoto Rezerwa Federalna wypłacała rekompensatę w wysokości urzędowego parytetu, czyli 20,67 USD za uncję. Sens tej operacji wyszedł na jaw już kilka miesięcy później, gdy w styczniu 1934 r. administracja Roosevelta zdewaluowała dolara, podwyższając urzędową cenę złota do 35 USD za uncję. Oznaczało to odebranie dolarowi 40 proc. jego siły nabywczej z roku 1933.

Nie wszyscy dali się obrabować. Z szacunków Miltona Friedmana wynika, że na mocy dekretu Roosevelta udało się władzom skonfiskować zaledwie 3,9 mln uncji, a więc około jednej piątej złota będącego w obiegu w marcu 1933. Nie są też znane przypadki, aby rząd USA wsadził kogoś do więzienia za gromadzenie złota”. Złotą prohibicję w USA zniesiono dopiero w roku 1974, już po zerwaniu przez Stany Zjednoczone wymienialności dolara na złoto.

Dlaczego Roosevelt zdecydował się na tak radykalny krok? Trzeba pamiętać, że czasy były wtedy nadzwyczajne (podobnie jak teraz). Amerykanie zostali ekonomicznie i psychicznie zniszczeni przez Wielką Depresję wywołaną fatalną polityką pieniężną Rezerwy Federalnej i katastrofalnie błędnymi posunięciami administracji USA za rządów Edgara Hoovera i następnie kontynuowanymi przez Roosevelta. Ale władza przy użyciu propagandy wmówiła ludziom, że zawiodły mechanizmy rynkowe (a nie ingerencja rządu) i że tylko nadzwyczajne środki mogą przywrócić wzrost gospodarczy. Mniej więcej z podobnymi trendami mamy do czynienia od marca 2020 r.

Co gorsza, ekipa Roosevelta obłąkańczo wierzyła, że przyczyną spadku aktywności gospodarczej jest deflacja i malejące ceny. W rzeczywistości było dokładnie na odwrót: to spadające ceny były skutkiem (a nie przyczyną!) gospodarczej depresji. Stąd wysnuto błędny wniosek, że wystarczy wywołać inflację (tj. podnieść ceny), aby zakończyć kryzys gospodarczy. Temu właśnie miała służyć deprecjacja dolara względem złota. Jednakże „przy okazji” ekipa Demokraty osiągnęła jeszcze jeden, bardziej dalekosiężny cel. Odbierając Amerykanom złoto, Roosevelt pozbawił ich możliwości obrony przed pełzającym złodziejem, jakim jest inflacja.

Bitcoin złotem XXI wieku?

Choć teza o tym, że bitcoin czy inne kryptowaluty zastąpią złot w roli uniwersalnego pieniądza i najpewniejszego środka tezauryzacji jest kontrowersyjna, ale mimo wszystko istnieją pewne podobieństwa między metalami szlachetnymi a bitcoinem. Ten ostatni narodził się w 2008 r. jako odpowiedź na krach finansowy, jaki o mały włos nie doprowadził do upadku powojennego ładu monetarnego. Jego twórcy (albo twórca) otwarcie głosili, że oferują coś, co ma stanowić alternatywę dla emitowanych w niczym nieograniczonych ilościach walut fiducjarnych (ang. fiat money). Ściśle ograniczona podaż i „niepodrabialność” bitcoina oraz jego niezależność od rządów i systemu bankowego w jakimś stopniu upodabniają go do złota.

Póki BTC i inne kryptowaluty pozostawały niszową ciekawostką dla technologicznych geeków i bardzo specyficznej grupy inwestorów, póty rządy i banki centralne przymykały oko na jego istnienie, bagatelizując fakt powstania nowej klasy aktywów finansowych. Gdy jednak w 2020 r. bitcoin trafił do inwestycyjnego mainstreamu, władza przestała być tak tolerancyjna.

Jak bitcoin trafił „pod strzechy”

Na początku kwietnia 2021 r. wartość rynkowa wszystkich kryptowalut po raz pierwszy w historii przekroczyła 2 bln USD. 8 kwietnia same bitcoiny warte były ponad 1 bln USD– wynika z danych CoinDesku. Dzienny obrót na platformach obsługujących kryptowaluty tylko w przypadku BTC liczony jest w miliardach dolarów. A to nie wszystko, bo szybko powstaje cała infrastruktura finansowa, umożliwiająca inwestowanie w kryptowaluty także dużym inwestorom instytucjonalnym. Inwestor ma do wyboru fundusze typu ETP/ETN, łatwe do kupienia dla każdego posiadacza rachunku maklerskiego z dostępem do giełdy nowojorskiej. Mamy „tradycyjne” fundusze inwestycyjne Grayscale’a, Bitwise czy 3iQ. W bitcoina inwestują giełdowe spółki amerykańskie (MicroStrategy, Tesla). Z kryptowalutami przeprosiły się nawet tradycyjne banki inwestycyjne, których przedstawiciele jeszcze niedawno nazywali bitcoina „oszustwem” i wieścili mu rychły upadek. Teraz Morgan Stanley oferuje swoim klientom dostęp do bitcoinowych funduszy, a Goldman Sachs uruchamia dział handlu kryptowalutami. Nad rozliczaniem płatności w BTC pracują też tacy giganci jak Visa, Mastercard, a PayPal jesienią 2020 r. zapowiedział wprowadzenie płatności w bitcoinie.

Jednym zdaniem: bitcoin albo już trafił albo zaraz trafi “pod strzechy”. Władze nie mogą już dłużej negować faktu, że pojawiła się konkurencja dla emitowanego przez banki centralne pieniądza fiducjarnego. A w warunkach, gdy ten ostatni emitowany jest w ilościach liczonych w bilionach rocznie, to perspektywa ucieczki do środka płatniczego o limitowanym „nakładzie” sprawia, że emitenci dolarów, euro czy funtów (o polskim złotym nawet nie wspominając) nie mogą spać spokojnie. O konieczności „uregulowania” bitcoina w styczniu wspomniała szefowa Europejskiego Banku Centralnego Christine Lagarde. W antybitcoinowej krucjacie wzięła udział także szefowa amerykańskiego Departamentu Skarbu Janet Yellen. Obie panie wyszły z tradycyjną rządową narracją w myśl której, wszystko, czego nie kontroluje władza, służy do „prania pieniędzy” i „finansowania terroryzmu” (zupełnie jakby sektor bankowy wcale nie był do tego wykorzystywany).

Opcja atomowa

W połowie marca gruchnęła wieść, że nad całkowitym zakazem posiadania, wydobywania i obrotu kryptowalutami pracuje rząd Indii. Penalizacja bitcoina byłaby przejawem nie tylko desperacji władzy, ale też bezpardonowym atakiem na wolność miliarda ludzi. Tylko że nie bardzo wiadomo, jak taki zakaz by egzekwowano. Czy policja wpadałaby Hindusom do domów przeszukując komputery w poszukiwaniu kryptowalutowych portfeli? Czy zatrzymywanoby do wyrywkowych kontroli smartfony sprawdzając, czy aby ktoś nie ma zainstalowanej aplikacji do obrotu „krypciochami”? Oczywiście rząd mógłby próbować blokować strony internetowe kryptowalutowych giełd, ale w świecie VPN-ów byłaby to walka z wiatrakami. O tym, jak trudno jest władzy skutecznie zakazać posiadania jakiejś waluty, dobrze wiedzą ci z nas, którzy jeszcze pamiętają czasy PRL-owskich cinkciarzy.

Zresztą istnieją już bardziej współczesne dowody nieskuteczności rządowych zakazów. W listopadzie 2017 r. rząd Maroka zakazał obrotu kryptowalutami, wprowadzając za ten proceder kary grzywny. Marokańczycy chyba niezbyt się nimi przejęli, bowiem w lutym 2021 r. na platformie P2P LocalBitcoins odnotowano rekordową wartość obrotu bitcoinem w Maroku. Kryptowalutowy rynek po prostu przeszedł do szarej strefy, oferującej anonimowość transakcji poza czujnym okiem władzy.

Wydaje się zatem, że pełna i powszechna delegalizacja bitcoina jest niewykonalna nawet w najbardziej autorytarnych jurysdykcjach. Prędzej należałoby się spodziewać rozmaitych regulacj” ograniczających możliwości wymiany walut fiducjarnych na kryptowaluty. Władze mogą uderzyć w najsłabszy punkt kryptowalutowego biznesu, jakim jest moment wymiany państwowych pieniędzy na bitcoina, ethereum i inne kryptowaluty. Taka wymiana na ogół wymaga pośrednictwa systemu bankowego lub jakiejś innej nadzorowanej przez rząd organizacji płatniczej. I zapewne w kierunku większej kontroli tych ostatnich pójdą nowe kryptowalutowe regulacje.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane