Na rower i na plażę
Miło wpaść na weekend do Berlina. Zwiedzać go na rowerze i wygrzać się na plaży.
Gdzie jest ten mur? — o to najczęściej pytają turyści przyjeżdżający do stolicy Niemiec. Nie bez powodu.
Symbol zimnej wojny między Wschodem a Zachodem miał 155 km. Dziś, zwłaszcza w centrum, trudno określić, którędy przebiegał. Władze miasta po niewczasie uświadomiły sobie, że zburzyły trochę za dużo z tego, co dziś stanowi świetną atrakcję turystyczną.
Z pomocą przychodzą liczne muzea. Od niedawna wypożyczają multimedialny przewodnik „Walk the Wall”. Przypomina samochodowy GPS. Oprowadza on turystów po 15-kilometrowej trasie, wyświetlając przy tym filmy, fotografie i opisy miejsc, przez które na tym odcinku przebiegał mur. Umożliwia poznanie relacji świadków opisujących wstrząsające historie: o dzieciach z Berlina Wschodniego, budujących z klocków tylko mury czy o rodzinach rozdzielonych w wyniku podziału miasta.
Nawet bez „Walk the Wall” w kieszeni, przy odrobinie wysiłku, można znaleźć oryginalne graniczne fortyfi- kacje i okna domów, z których skakali zdesperowani uchodźcy, a nawet wspiąć się na jedną z ostatnich zachowanych wieży strażniczych. Wycieczka wzdłuż jednej z najsłynniejszych ulic Berlina Friedrichstrasse pozwala na namierzenie Checkpointu Charlie, najsłynniejszego z trzech przejść granicznych, łączących niegdyś strefy miasta kontrolowane przez USA i Sowietów.
Warto tam spędzić dłuższą chwilę. Obok stoi nie tylko Muzeum Berlińskiego Muru, ale także East Side Gallery — najdłuższy zachowany fragment muru ze słynnymi graffiti (np. Leonid Breżniew całujący w usta Ericha Honeckera).
Miasto dla cyklistów
Wzdłuż muru (a raczej tego, co z niego zostało) najlepiej poruszać się rowerem. Niemieccy kierowcy (nie jest ich wcale tak wielu — połowa berlińczyków nie ma samochodu) są oswojeni z widokiem pedałujących rowerzystów i zawsze zwalniają, gdy ci pojawiają się na ich drodze. A pojawiają się często, aż 10 proc. całego ruchu w mieście stanowią właśnie cykliści (dla porównania w Warszawie: od 1 do 1,5 proc.).
W Berlinie jest też cztery razy więcej ścieżek rowerowych niż w Warszawie. Proporcje byłyby pewnie inne, gdyby nasi urzędnicy musieli zaciskać pasa, jak ich niemieccy koledzy. Wskutek gigantycznych nakładów na rozbudowę w ostatnich latach Berlin — jak mówi promocyjne hasło — jest dziś nie tylko „sexy”, ale też „biedny” (w oryginale oczywiście kolejność jest odwrotna). Dlatego zdecydowana większość z aż 750 km berlińskich tras dla rowerzystów to nie drogie, osobne ścieżki, ale znacznie tańsze specjalne pasy, wyznaczone na jezdniach. Aby być rzetelnym — w naszej stolicy też takie są. A raczej — też taki jest. Odcinek na tyłach stadionu Polonii. Długość? Pół kilometra.
Rower w Berlinie można wypożyczyć (6-9 euro za dzień) praktycznie na każdym rogu. Jeśli wolimy zwiedzanie w grupie z przewodnikiem, warto dołożyć kilka euro i skorzystać z oferty specjalistów. Berlin on Bike, Fat Tire Bike Tours, Alex Rent a Bike to tylko część z firm od kwietnia do października urządzających kolarskie wycieczki. Najpopularniejsza jest trasa wzdłuż muru, ale można też odwiedzić miejsca związane z historią nazistowskich Niemiec albo zdecydować się na wycieczki: Szlakiem berlińskich muzeów czy dzielnic. Ta ostatnia opcja wymaga dużego wysiłku. Choć stolica Niemiec jest płaska i poznawanie jej z siodełka roweru nie powinno sprawiać kłopotu nawet mniej sprawnym kolarzom, to warto pamiętać, że Berlin jest trzy razy większy niż Londyn i aż osiem razy większy niż Paryż. Naprawdę można się zmęczyć.
A kiedy już się zmęczymy, nadchodzi czas na relaks. Wykorzystując to, że Berlin ma najwięcej dróg wodnych w Europie i więcej mostów niż Wenecja, warto odwiedzić brzegi Szprewy. Kiedyś straszyły fabrycznymi halami we wschodniej części miasta. Dziś w tych samych, ale odnowionych wnętrzach, znajdziemy wielkie dyskoteki, rywalizujące o klientów z tymi, mieszczącymi się obok, w zacumowanych u nabrzeży barkach i statkach.
Czas na plażę
Prawdziwym jednak przebojem stolicy Niemiec są kluby i bary na plaży usypanej ze świeżego piasku, przywiezionego z brzegów Morza Bałtyckiego.
Od kwietnia do października tradycyjne berlińskie kluby pustoszeją. Nie wytrzymują konkurencji. Popularne beachbary od wczesnego rana oferują zimne drinki, leżaki, hamaki, parasole przeciwsłoneczne, sztuczne palmy, boiska do gry w siatkówkę plażową, minibaseny i place zabaw dla dzieci. A wieczorem i w nocy dodatkowo muzykę, do wyboru: na żywo i graną przez didżejów. I to nawet gdy pogody brak — wtedy można schować się pod zadaszonymi pawilonami.
Większość plażowych barów pojawia się równie szybko, jak znika. Niektóre jednak na dłużej wpisują się w pejzaż stolicy Niemiec. Tych, które istnieją co najmniej kilka lat, jest około 20. Skupiają się w kilku miejscach miasta, także w ścisłym centrum. Właśnie tam znaleźć można dwa najchętniej odwiedzane przez turystów. Z jednej strony Szprewy mamy Capital Beach, z drugiej: Bundespressestrand z fantastycznym widokiem na Biuro Kanclerza, nowoczesny dworzec główny Hauptbahnhof i szklaną kopułę Reichstagu, zaprojektowaną przez słynnego architekta sir Normana Fostera.
Kolejne zagłębie barowo-klubowe znajdziemy w okolicach dworca Ostbahnhof, gdzie można wybierać między utrzymanym w stylu Dzikiego Zachodu Wild West Strandmarkt i „kosmicznym” Space Beach, który w razie gorszej pogody oferuje schronienie w charakterystycznym londyńskim piętrowym autobusie.
Swój urok ma Strandbar Mitte — z widokiem na największy w Europie inwestycyjny projekt kulturalny (koszt ponad 1,5 mld EUR), czyli wpisaną na listę światowego dziedzictwa UNESCO Wyspę Muzeów. Jeszcze okazalej prezentuje się kompleks w pobliżu hali koncertowej Arena. Oprócz tradycyjnych plażowych atrakcji oferuje też nowoczesny basen, przerobiony ze starej barki towarowej i zakotwiczony w Szprewie w taki sposób, że mamy wrażenie pływania w rzece (szczęśliwie to tylko wrażenie — barka, w przeciwieństwie do Szprewy, wypełniona jest czystą wodą).
Taka kąpiel orzeźwia, ale też otrzeźwia. Jak bumerang wraca do głowy myśl dlaczego nie można tak u nas? Lato w Warszawie smakowałoby o wiele lepiej, gdyby miasto — zamiast odwracać się od Wisły — ucywilizowałoby jej brzegi. Może za kilka lat i w naszej stolicy będzie można wyłożyć się na plaży i nic, tylko sączyć egzotycznego drinka.
Może. Na razie takie przyjemności oferuje Berlin. Stolica Niemiec to idealne miejsce na weekendowy wypad. Potwierdzają to nawet statystyki. Turyści spędzają w Berlinie średnio właśnie trochę więcej niż dwie doby. A jest ich aż ponad 7 mln rocznie. Więcej niż w Rzymie, a mniej tylko od Londynu i Paryża. Nad pozostałymi stolicami Berlin ma tę jednak przewagę, że od polskiej granicy dzieli go tylko 70 km. Więc może na rower i na plażę? Na weekend. Do Berlina.
Dawid
Tokarz
