Nie możemy zablokować budżetu UE

  • Ignacy Morawski
opublikowano: 17-11-2020, 22:00

Polska i Węgry szykują się do zablokowania pakietu Next Generation, czyli wieloletnich ram budżetowych Unii Europejskiej na lata 2021-27 i towarzyszącego im potężnego funduszu rekonstrukcji. Powodem jest planowane wprowadzenie przez UE mechanizmu, zgodnie z którym kraje naruszające praworządność mogą mieć blokowane wypłaty – jeżeli tak zdecyduje większość krajów członkowskich.

Spór na pewno będzie bardzo ostry, ale Polska jest w sytuacji, w której ze względu na interes własny nie może zablokować budżetu. Straty finansowe byłyby za duże. Krążąca wśród polityków i ekspertów rządu koncepcja, że Polska może relatywnie łatwo zasypać dziury finansowe wywołane ewentualną blokadą, jest niestety błędna. Utrata tych funduszy może potencjalnie oznaczać spowolnienie procesów rozwojowych w Polsce.

Zacznijmy od tradycyjnego budżetu UE, opartego na wieloletnich ramach finansowych. Mamy z niego otrzymywać około 1,5 proc. PKB netto rocznie, co jest równe około 40 proc. wartości inwestycji publicznych realizowanych w kraju. Można sobie wyobrazić efekty cięcia o połowę wydatków infrastrukturalnych w kraju, który ma przed sobą wyjątkowo radykalną transformację energetyczną, wciąż bardzo słaby system transportu kolejowego i jest raczej słabo przygotowany do rewolucji cyfrowej.

Niektórzy politycy twierdzą, że blokada nowych ram finansowych nie wyrządzi Polsce szkód, ponieważ budżet UE będzie funkcjonował na podstawie tzw. prowizorium budżetowego, czyli po prostu przedłużenia dotychczasowych zasad finansowania. Niestety, to założenie może okazać się błędne. Do wypłaty konkretnych pieniędzy są potrzebne nowe rozporządzenia i bardzo możliwe, że po prostu dużą część pieniędzy stracimy. Inny argument polityków rządowych jest taki, że możemy po prostu sami wyemitować obligacje i sfinansować program inwestycyjny. Niestety, to też jest niemal niemożliwe. Budżet państwa po kryzysie będzie tak napięty, że nie da się wprowadzić dużego programu inwestycji bez bardzo bolesnych cięć w innych dziedzinach.

Przejdźmy do funduszu rekonstrukcji, który jest pierwszą w historii próbą sfinansowania dużego programu inwestycji z długu emitowanego przez Unię Europejską. Mamy z funduszu otrzymać około 5 proc. PKB w formie bezpośrednich grantów, z czego aż 70 proc. ma być przyznane w okresie dwóch lat – oznacza to podwojenie (!) transferów w relacji do tradycyjnego budżetu UE w krótkim okresie. Drugie tyle mamy otrzymać w formie atrakcyjnych pożyczek, które będziemy spłacali przez 30-40 lat. Są one znacznie bardziej atrakcyjną formą finansowania niż emisja długu publicznego.

Rezygnacja tylko z pieniędzy funduszu rekonstrukcji oznaczałaby obniżenie rocznego wzrostu PKB w Polsce o około 1 pkt proc. przez kilka lat. Gdybyśmy stracili część pieniędzy z tradycyjnego budżetu, straty będą jeszcze większe, co w okresie postepidemicznym jest niemożliwe do zaakceptowania.

Spór polityczny jest poważny. Mechanizm kontroli praworządności jest kontrowersyjny, nie ma bowiem bardzo dokładnie zdefiniowanych kryteriów jego stosowania. Można sobie wyobrazić, że zostanie otwarta furtka do kwestionowania alokacji finansowych w sytuacjach nie zawsze przejrzystych. Z drugiej strony, płatnicy netto do budżetu unijnego chcą gwarancji, że wspierają kraje, które nie niszczą praworządności, i ten postulat należy zrozumieć. Warto też dostrzec, że nie przeszkadza to w Europie nikomu oprócz Polski, gdzie dokonano ewidentnego politycznego skoku na Trybunał Konstytucyjny, oraz Węgier, gdzie trwa budowa politycznej oligarchii, finansowanej m.in. z pieniędzy UE.

Trudno mi sobie wyobrazić, że ten spór mógłby zakończyć się faktycznym wyjściem Polski z mechanizmu funduszu rekonstrukcji lub ograniczeniem budżetu UE. Koszty byłyby zbyt potężne.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane