Nie wierzę w Revoluta czy TransferWise’a

opublikowano: 29-12-2019, 22:00

O przejściu do konsultingu, rozczarowaniu bankami w USA, przyszłości bankowości i o tym, dlaczego nie wierzy w Revoluta — mówi Sonia Wędrychowicz, najbardziej znana na świecie Polka w branży bankowej, która przechodzi z JP Morgan do McKinsey w Dubaju.

„Puls Biznesu”: Po wielu latach pracy w największych bankach przechodzisz do oddziału McKinseya w Dubaju. Dlaczego do konsultingu?

Sonia Wędrychowicz-Horbatowska to najbardziej rozpoznawalna Polka w światowym sektorze finansów, uchodzi za eksperta od cyfrowej transformacji. Z bankowością związana jest od 1994 r. Zaczynała w polskim oddziale Citibanku, gdzie doszła do pozycji wiceprezesa. W 2012 r. wyjechała do Malezji, by kierować bankiem Standard Chartered. Następnie przeniosła się do Singapuru, by dla banku DBS zbudować cyfrowe banki w Indiach i Indonezji, które zdobyły liczne nagrody za innowacyjność. Kolejnym krokiem był Nowy Jork, w którym odpowiadała za cyfrową transformację banku detalicznego JP Morgan Chase. Od stycznia będzie doradcą ds. cyfrowej transformacji w firmie McKinsey w Dubaju.
Zobacz więcej

Światowa wędrówka

Sonia Wędrychowicz-Horbatowska to najbardziej rozpoznawalna Polka w światowym sektorze finansów, uchodzi za eksperta od cyfrowej transformacji. Z bankowością związana jest od 1994 r. Zaczynała w polskim oddziale Citibanku, gdzie doszła do pozycji wiceprezesa. W 2012 r. wyjechała do Malezji, by kierować bankiem Standard Chartered. Następnie przeniosła się do Singapuru, by dla banku DBS zbudować cyfrowe banki w Indiach i Indonezji, które zdobyły liczne nagrody za innowacyjność. Kolejnym krokiem był Nowy Jork, w którym odpowiadała za cyfrową transformację banku detalicznego JP Morgan Chase. Od stycznia będzie doradcą ds. cyfrowej transformacji w firmie McKinsey w Dubaju. Fot. ARC

Sonia Wędrychowicz: W którymś momencie doszłam do wniosku, że mogę mieć o wiele większy wpływ na to, co się dzieje na świecie, dzieląc się wiedzą i doświadczeniem z szerszą gamą firm, a nie pracą dla jednej. Poza tym pracowałam już w Malezji, Singapurze i USA, bardzo chciałam pojechać na Bliski Wschód, bo tam jeszcze mnie nie było. Chciałam poznać nowy rynek. Kolejny powód to chęć czerpania z innych branż — będę miała do czynienia nie tylko z sektorem finansowym, ale także telekomunikacyjnym i e-commerce.

Z Nowego Jorku na Bliski Wschód to jak z bieguna na biegun…

Z Singapuru do Nowego Jorku jest 15 tys. km, więc teraz po prostu cofam się o około 10 tys. A poważnie — najtrudniejszy jest pierwszy raz. W moim przypadku był to wyjazd z Polski do nieznanej Malezji. To duża zmiana, każda kolejna była mniejsza. Najbardziej niesamowity był pobyt w Singapurze, nauczyłam się tam najwięcej, zobaczyłam, że świat najszybciej pędzi do przodu właśnie w tej części globu. Dużym rozczarowaniem były Stany Zjednoczone, zarówno jeżeli chodzi o stan zaawansowania transformacji cyfrowej, jak również braku przekonania, że trzeba coś z tym zrobić.

Jak to? Przecież z USA wywodzą się najbardziej innowacyjne firmy na świecie…

I to jest niesamowite. W kraju Apple’a, Google’a i Facebooka właściwie niemożliwe jest zapłacenie Apple Payem gdziekolwiek, płatności bezstykowe praktycznie nie istnieją. Największy postęp to karta z chipem do terminala i kodem PIN. Z drugiej strony są miejsca w Dolinie Krzemowej, gdzie można podobno za kawę płacić bitcoinem, ale nawet tam bardzo trudno było zapłacić za pomocą Apple Paya. Gdy chciałam ustawić stałe zlecenie — opłatę za wynajem mieszkania w Nowym Jorku — okazało się, że coś takiego nie istnieje. Zasugerowano mi czek. Gdy poirytowana powiedziałam, że jestem liderem transformacji cyfrowej i nie będę wystawiać żadnych czeków, uspokojono mnie sugestią, że… mogę wystawić czek przez aplikację mobilną. Zaczęłam więc drążyć i okazało się, że wystawiony czek był następnie drukowany i wysyłany pocztą do odbiorcy, a oboje mieliśmy rachunek w tym samym banku.

Prawdziwa innowacja…

To był dla mnie szok. Jeszcze większym był fakt, że Amerykanie uważają to za normalne. Nie ma parcia na postęp, które widziałam w Azji, szczególnie w Chinach, gdzie spotykałam ludzi, którzy od siedmiu lat ani razu nie zapłacili gotówką, gdzie na targach rolnicy za miskę ryżu czy za parę owoców, które sprzedawali, przyjmowali płatności za pomocą kodów 3D.

Na tle USA nasza bankowość nie wygląda źle.

Oczywiście. Jest jednak jeden problem — gdy ostatnio na kilku kongresach posłuchałam przedstawicieli polskich banków, to odniosłam wrażenie, że zaczyna się wśród nich pojawiać poczucie, że jesteśmy już tak bardzo zaawansowani, że niewiele musimy robić. To pułapka, sygnał, że trzeba bardziej otworzyć się na świat i zobaczyć, co nowego się w nim dzieje. Mieliśmy to szczęście, że przeskoczyliśmy czeki i od razu weszliśmy w przelewy i karty. Teraz nadchodzi czas, żeby znowu zrobić kolejny krok. Takim superrozwiązaniem jest na przykład Blik, który będzie jednym ze standardowych sposobów płatności w Dubaju, ale możemy pójść jeszcze krok dalej i zintegrować rozwiązania bankowe w ramach aplikacji, których na co dzień używamy, np. komunikatorów.

Niedawno Google zaczął oferować konta bankowe. Tacy gracze to zagrożenie dla banków?

Czekałam na to. Banki w USA są tak strasznie aroganckie i pewne siebie, że uważały, że to się nigdy nie stanie. Facebook ma już 2 mld aktywnych użytkowników miesięcznie, z Google’a korzystamy 5 mld razy dziennie. Tym firmom jest bardzo łatwo uzupełnić czynności, które za ich pomocą wykonują użytkownicy, o transakcję finansową, a według badań 80 proc. naszych aktywności kończy się transakcją. Revolut czy TransferWise wchodzą w bardzo standardowe usługi bankowe i dają je za darmo. To jest ich główna przewaga. Jak zaczną pobierać opłaty, stracą większość klientów, bo dlaczego miałabym robić coś przez Revoluta, skoro opłaty będą podobne jak w moim banku. Do Google’a natomiast idziemy po informacje, a dodatkowo otrzymujemy ofertę usługi finansowej, dołożonej do czegoś, co już istnieje. To może się udać — Google ma wielomiliardową rzeszę klientów, którzy go uwielbiają, a przede wszystkim ogromną wiedzę na ich temat. Wie, czego szukają, dokąd jeżdżą, dzięki temu może dostarczać im usługi bankowe na zupełnie innym poziomie. Będzie mógł stworzyć segment dla każdego użytkownika — segment o wielkości jednego człowieka. W odróżnieniu od banków, które mają segment masowy czy premium, Google może stworzyć segment, który będzie się nazywał Sonia Wędrychowicz albo Grzegorz Nawacki. Będą mogli nam dać dokładnie to, czego potrzebujemy.

A kwestia zaufania? Przez lata banki mówiły, że zaufanie to jest ich wartość, która będzie trzymała klientów.

Zgadzam się z bankami. Google, Facebook, Amazon, Apple na pewno zawojują rynek niewielkich transakcji finansowych, więc nawet jeżeli istnieje ryzyko straty pieniędzy, nie będzie to dla nas wielka strata. Mam natomiast dużo wątpliwości, czy ludzie będą w stanie zawierzyć nawet takim gigantom i powierzyć im oszczędności życia. Sporo czasu minie, zanim tak się stanie, nie mówiąc już o tym, że musiałyby za tym pójść zapewniające bezpieczeństwo depozytów duże regulacje, co oznacza ogromne koszty.

Przez lata słyszałem, że telekomy zawojują sektor płatności, ale tak się nie stało. Może także tym razem to, co wydaje się logiczne i naturalne, nie nastąpi.

Telekomy przespały swoją szansę. Nie potrafiły do końca wykorzystać informacji, które posiadały o klientach, ale prawda jest też taka, że przez restrykcyjne regulacje nie mogły zrobić wiele więcej. Niektóre próbowały współpracować z bankami, ale żadna z takich ofert na świecie nie osiągnęła spektakularnego sukcesu. Głównie dlatego, że każda ze stron koncentrowała się na tym, co wyciągnąć z tej relacji dla siebie jako korporacji, żadna natomiast nie patrzyła oczami klienta, co on tak naprawdę mógłby zyskać. W przypadku technologicznych gigantów jest inaczej. Google i Apple mają już ogromne doświadczenie i sukces z systemami do płatności. W Apple Payu przypisuje się kartę banku, no to Apple stworzył własną. A jaka była odpowiedź amerykańskich banków? „Mamy 50 mln kart, nie musimy się bać”. Nie doceniły jednej rzeczy — w przeciwieństwie do nich Apple może każdego dnia zmieniać swoją ofertę w zależności od reakcji klientów. Ma wirtualną kartę, która może być transferowana bez barier i bez granic — na cały świat. To jest bardzo ważne.

Wracając do zaufania. Może dla młodych Google czy Facebook są tak samo wiarygodną marką, jak PKO BP czy mBank?

Co jakiś czas słyszy się o włamaniach i kradzieży danych z techgigantów, o kradzieży danych z banków o wiele mniej, tak jakby komuś zależało, aby te informacje ukrywać, ale może kiedyś się to zmieni. W Chinach ponad 90 proc. transakcji detalicznych dokonuje się przez WeChata i Alipaya. Cały czas jednak skarbonką są banki — ludzie ściągają z banku na elektroniczną portmonetkę tyle, ile im potrzeba na bieżące funkcjonowanie. Ale czy kolejnym krokiem Alipaya nie będzie zarządzaniem majątkiem? To zasadne pytanie.

Czyli banki zostaną sprowadzone do przechowalni pieniędzy?

Może tak być, bo nawet sektor pożyczek działa już prężnie poza bankami. Na pewno banki mają bardzo dużą szansę na zachowanie dominacji w obsłudze korporacji. Nie słychać przecież o Revolucie dla firm ani o tym, że powstają platformy, które przejęły finansowanie handlu czy ogromne pożyczki korporacyjne. W przyszłości banki będą skarbonką dla osób indywidualnych i partnerem dla korporacji.

Nie wiem, jak w Azji, ale w Europie pewnie ta wizja się nie ziści, bo to sektor bardzo silnie regulowany. Tak naprawdę Google, chcąc być bankiem, musiałby utrzymywać kapitał, mieć ludzi od ryzyka i tak dalej.

Dlatego depozyty są pod znakiem zapytania, natomiast płatności, przewalutowania, płacenie rachunków, czyli większość codziennych transakcji będzie przejęta przez duże firmy technologiczne. Zupełnie inną szansę widzę natomiast dla start-upów. Jeżeli będą dawały wartość dodaną w postaci takich rozwiązań, które nie są oferowane przez banki, ale są komplementarne, np. chatboty, jakieś rozwiązania analityczne, których nie opłaca się robić od zera, tylko warto je kupić, to mają szasnę się rozwijać.

Chyba największą pułapką dla fintechów jest to, że kiedy osiągną znaczącą skalę, a banki zobaczą, że usługa jest popularna, to ją wdrażają u siebie, np. mBank zmienił ofertę na de facto analogiczną do Revoluta.

Właśnie dlatego nie wierzę w Revoluta czy TransferWise’a. Dają troszeczkę bardziej przyjazny interfejs, ale można go stworzyć za niewielkie pieniądze również w bankach. Jeżeli inwestorzy przestaną im pozwalać na marnowanie pieniędzy i zaczną wymagać zysków, to w którymś momencie firmy te będą musiały pobierać opłaty. Stracą wówczas przewagę, a klienci nie będą mieli powodu, by wchodzić do osobnej aplikacji. Wierzę natomiast w start-upy, które dają przyjazne dla klienta rozwiązania w obszarze bezpieczeństwa, wygody korzystania czy np. zarządzania finansami osobistymi. Te będą się integrowały z bankami i odnosiły sukces.

036950dd-4556-4e30-aabc-314ab0b280bd
Frankowicze kontra banki
Informacje dla zadłużonych we franku szwajcarskim. Rozstrzygnięcia z sal sądowych, opinie prawników, bankierów i zainteresowanych problemem
ZAPISZ MNIE
Frankowicze kontra banki
autor: Kamil Zatoński
Wysyłany co dwa tygodnie
Kamil Zatoński
Informacje dla zadłużonych we franku szwajcarskim. Rozstrzygnięcia z sal sądowych, opinie prawników, bankierów i zainteresowanych problemem
ZAPISZ MNIE

Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa.

Kliknij w link w wiadomości, aby potwierdzić subskrypcję newslettera.
Jeżeli nie otrzymasz wiadomości w ciągu kilku minut, prosimy o sprawdzenie folderu SPAM.

Blik ma szansę podbić świat?

To jest fantastyczne rozwiązanie. Agendy rządowe w Dubaju już podpisały umowę licencyjną, jest więc duża szansa na wejście Blika do Azji. Szczególnie należałoby zaoferować go dużym firmom w Chinach, ale także w Singapurze i krajach ościennych. Blik powinien mocno skupić się na promocji usług z punktu widzenia bezpieczeństwa, bo to największe zagrożenie dla całego procesu cyfryzacji. Jeżeli w którymś momencie zdarzy się włamanie do tych systemów, ludzie przestaną im ufać i znowu wrócimy do gotówki i papieru.

Wracając do przeprowadzki — czy to było szukanie wyzwania w tamtej części świata, czy też to wyzwanie szukało Soni Wędrychowicz?

Bardzo chciałam tam pojechać, bo po doświadczeniach w Europie, wieloletnich w Azji, w USA została mi tak naprawdę jeszcze tamta część świata. Potem to już tylko Afryka i Ameryka Południowa, ale tam będę miała trochę problemów z językiem. Ponadto w Dubaju jest taka sama szkoła, do jakiej chodzi moja córka, a zależało mi na stabilizacji dwa lata przed jej maturą. Trzeci powód to grono znajomych, m.in. z banku z Singapuru, którzy tworzą w Dubaju cyfrowy bank od zera. Powiedzieli, że jest tam bardzo duży popyt na usługi konsultingowe, jest parcie na transformację, a nie ma lokalnego know-how.

A plany i oczekiwania wobec nowego kulturowo miejsca pracy?

Z jednej strony na pewno chcę poznać rynek, ludzi, nawiązać kontakty, zrozumieć tamtą część świata. Tam wszystko się będzie rozwijało, wszystko będzie szło do przodu. To fascynujące znowu obserwować, jak poszczególne części świata reagują na Google’a czy Facebooka, jak szybko się adaptują do tych zmian, jak to jest kulturowo zdeterminowane i kto tak naprawdę jest w stanie osiągnąć sukces w tak szybko zmieniającym się świecie. Z drugiej strony bardzo chcę zobaczyć, jak transformacja cyfrowa odbywa się w różnych branżach, nie tylko w finansach. Nie ukrywam też, że w którymś momencie chciałabym otworzyć własną firmę konsultingową, więc takie doświadczenie na tym rynku będzie bardzo cenne.

Czyli następny przystanek to już własna firma?

To moje marzenie. Myślę jednak o tym, aby za jakiś czas otworzyć ją w Azji. Tam mam najcenniejsze kontakty i bardzo wielu przyjaciół. Chciałabym tam wrócić.

Butikową firmę czy z ambicjami na dużą? Firmy z tzw. wielkiej czwórki też kiedyś były małe.

Nie. Chcę być raczej konsultantem, który współpracuje z dużymi firmami. Teraz taki model jest dosyć popularny. Duże firmy, takie jak McKinsey, zatrudniają konsultantów z zewnątrz, na poszczególne projekty. Potrzebują ludzi, którzy mają praktyczną wiedzę. Być może to będzie kolejny przystanek na mojej drodze.

Jak długi jest kontrakt?

Podpisałam go na rok z założeniem, że chcę się przekonać, jak to jest. Nigdy jeszcze nie pracowałam w konsultingu i na tamtym rynku. Zobaczymy, czy mi się spodoba, czy zechcę zostać dłużej, czy może robić coś nowego.

Digitalizacja wywróciła świat mediów i bankowości o 180 stopni. Dotknie wszystkie branże?

Fryzjer albo paznokcie się raczej nie zdigitalizują…

…ale umawianie się na wizyty tak.

Nie zmienia się to, co robimy, tylko jak. Tak naprawdę nie zmienił się sens tego, co robią media. Nadal przekazują informacje, zmieniła się tylko forma — zamiast druku jest ekran. Esencja, czyli informacja, została wzbogacona przez elementy, które były niedostępne przed erą cyfryzacji: multimedia, elementy klikalne. Ludziom, którzy mówili: jak ja się odnajdę w tej nowej rzeczywistości, ja nic nie wiem, nic nie umiem, nie jestem przygotowany, mówiłam: właśnie wy jesteście najbardziej cennymi pracownikami, bo wiecie, na czym polega nasza działalność. Musicie tylko się douczyć, w jaki sposób zmienić sposób jej dostarczania za pomocą cyfrowych kanałów.

Jest jakaś granica innowacji?

Mam nadzieję, że nie ma. Jak myślimy, że dochodzimy już do ściany, to pojawia się coś zupełnie nowego i zaczyna nas sprowadzać na zupełnie inne tory. Wszystko dąży w kierunku sloganu mojego banku w Singapurze „less banking, more living”, czyli by bankowość, transport, umawianie się na wizyty itp. stały się tak wygodne, że praktycznie niezauważalne.

Jedna aplikacja do wszystkiego to byłoby coś, ale na razie zmierzamy do tego, że potrzebna będzie aplikacja do zarządzania aplikacjami.

Nie bez kozery ludzie w Chinach mają tylko dwie aplikacje, a korzystają albo z WeChata, albo z Alipaya. Mówi się, że wstają z WeChatem i kładą się spać z WeChatem, bo w tej jednej aplikacji mają wszystko, co im potrzebne — od porannego budzika po aplikację czatową: mogą rozmawiać z ludźmi, wysłać im pieniądze, zamawiać taksówkę, płacić w metrze, zamawiać samolot, pociąg, spa itp. i za to wszystko nią płacą. Uważam jednak, że za chwilę aplikacje znikną, zastąpią je Alexa i asystent Google’a, czyli pudełko, któremu zadajesz pytania i uzyskujesz odpowiedzi. Wydając komendy głosem, będziemy załatwiać sprawy życiowe, bankowe, umawiać wizyty, sprawdzać newsy itp.

Słuchałem wystąpienia założyciela Alibaby, który mówił, że wkrótce dzięki digitalizacji i robotyzacji będziemy mniej pracować — maksymalnie cztery dni w tygodniu. Będziemy więc mieć dużo więcej czasu i system edukacji powinien się przygotować do jego kreatywnego wykorzystania. To będzie prawdziwa rewolucja, na którą ludzkość może być nieprzygotowana, gdyż nasze pokolenie jest przyzwyczajone do pracy po dwanaście godzin dziennie.

Uwielbiam Jacka Ma i jego filozofię. Imponuje mi to, że nikt, nawet McDonald’s, nie chciał go przyjąć do pracy, a on się nie poddał. Wszyscy uważali, że jest mało zdolny, a stworzył niesamowitą firmę, którą wszyscy podziwiają. Wszyscy się boją, że roboty przejmą naszą pracę, ale może gorsza jest scena z filmu, gdzie na plaży są same roboty, a w tle pracują ludzie. Warto postawić pytanie, do czego zmierzamy — żeby pracować mniej i bardziej wartościowo czy prościej i więcej.

Ja chętnie miałbym boty w redakcji, ale nie po to, żeby zastąpiły dziennikarzy.

Żeby ułatwiły wszystkie bezsensowne czynności.

Tak. Czyli napisanie tekstu na podstawie Excela, że spółka giełdowa X miała przychody takie i takie… o tyle wyższe…

Ale jaka jest wartość dodana tego? Zero.

Szkoda wykwalifikowanego dziennikarza, żeby nad tym siedział…

Tak. W średniowieczu czy okresie przed rewolucją przemysłową ludzie byli zaangażowani przez większość czasu w dosyć podstawowe prymitywne czynności. To, co się stało przez ostatnich około 200 lat, spowodowało, że ludzkie życie nabrało zupełnie innej jakości. Mamy więcej czasu na to, żeby myśleć, czytać, poznawać świat i rozwijać nasze zdolności. Myślę, że podobnie stanie się teraz, w kolejnym skoku — robotyzacja odbierze nam zupełnie proste czynności, np. jaki jest sens jechania z San Francisco do Nowego Jorku ciężarówką, skoro może to zrobić pociąg albo samochód bezobsługowy. Człowieka można wykorzystać do tego, żeby coś stworzył, żeby dodał wartości społeczeństwu. Myślę, że wszystko zmierza w tym kierunku.

A co z fascynacją blockchainem?

Jestem fanką tej technologii, ale w sytuacjach, kiedy ma to sens. Bardzo dużo ludzi wpada w pułapkę, chcą robić wszystko na blockchainie, bo to modne. Ta technologia ma sens wtedy, kiedy chcemy oznaczyć pewne rzeczy w taki sposób, żeby one nie zostały zmienione i żebyśmy mogli do nich sięgnąć w każdym momencie. Widzę na przykład duże jej zastosowanie w sektorze medycznym — w różnych krajach byłam u dziesiątków lekarzy, w różnych klinikach i teraz chciałabym mieć dostęp do tych wszystkich danych w Dubaju.

A kryptowaluty?

Jestem fanką kryptowalut pod warunkiem, że są zabezpieczane prawdziwą wartością. Czyli jestem fanką wszystkich stablecoins, które są albo emitowane przez państwo. Na przykład Singapur planuje emisję swojej waluty e-SGD, czyli singapurskiego dolara, który jest kryptowalutą do rozliczeń na całym świecie. Wierzę w takie rozwiązania jak w Mongolii — są tam plany wydawania kryptowaluty zabezpieczonej zasobami naturalnymi, czyli będzie stała za nią konkretna wartość, rząd i będzie można ją wymienić. Nie za bardzo natomiast jestem przekonana do bitcoina, ethereum i innych tego typu walut. Mam wrażenie, że cały czas ich popularność jest napędzana przez pewne grupy interesów. Wydaje mi się, że przyszłość będzie należeć do kryptowalut, ale takich, które są zabezpieczone, działają w systemie i stoją za nimi instytucje międzynarodowe lub państwa.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Rozmawiał Grzegorz Nawacki

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy