Niebagatelnie dobre okulary

AGNIESZKA RODOWICZ
opublikowano: 30-08-2017, 22:00

Łukasz Marzecki wady wzroku nie ma. Jeśli nosi okulary, to przeciwsłoneczne bądź zerówki. Dla stylu. Robi je… z drewna. Mają piękne kształty i desenie. Oprawki Niebagatela sprzedaje w Polsce, Singapurze i Dubaju, konsekwentnie realizując plan stworzenia globalnej luksusowej marki.

Łukasz Marzecki z Grodziska Mazowieckiego studiował stosunki międzynarodowe na Uniwersytecie Warszawskim. Potem pracował w korporacji sprzedającej usługi logistyczne. Po dziewięciu latach miał dość, choć finansowo wiodło mu się dobrze. — Byłem zmęczony nieuczciwością firmy wobec mniejszych klientów, handlowaniem wirtualnym towarem i staniem w warszawskich korkach — twierdzi. Przed gwiazdką w 2009 r. jego ówczesna partnerka zajmująca się dekupażem robiła prezenty. On też zapragnął zrobić coś własnymi rękami. Pomyślał o okularach. Z drewna. I zrobił je z jednego kawałka sosny.

Łukasz Marzecki nie ma wady wzroku. Nosi okulary od słońca, albo dla stylu.
Wyświetl galerię [1/5]

Łukasz Marzecki nie ma wady wzroku. Nosi okulary od słońca, albo dla stylu. Marek Wiśniewski

— To nie mogło się udać — śmieje się Łukasz Marzecki, pokazując „okularopodobny” kształt. Wycięte z jednego kawałka drewna okulary są bardzo kruche. Teraz już o tym wie, ale siedem lat temu był w tej sprawie zupełnie zielony. Zaczął więc odwiedzać stolarzy i męczyć ich pytaniami. Wszyscy odpowiadali, że drewniane okulary pękną. Szukał zatem w internecie. Bez skutku. Przez dwa lata prosił też różnych stolarzy, by przyjęli go na naukę. Zjawiał się u nich po pracy, w korporacyjnym garniturze. Odmawiali. Bali się, że ktoś, kto nigdy nie miał w rękach kawałka drewna ani piły, zrobi sobie krzywdę. Pewnego dnia latem Łukasz Marzecki przyjechał do kolegi nad jezioro. Zrzucił garnitur, wskoczył do wody i powiedział, że do biurowej pracy już nie wróci. Przez pierwsze miesiące odpoczywał, jeździł na rowerze do lasu i znowu marzył o robieniu drewnianych okularów. W końcu wziął do ręki narzędzia, by spróbować. Przez pół roku nic mu nie wychodziło. Sporo czasu spędził wtedy na forach szkutniczych, żeglarskich, dekarskich, szukając informacji o pracy z drewnem.

— Byłem zalogowany na tylu stronach, że miałem specjalny zeszyt z loginami i hasłami, by się w tym nie pogubić — wspomina Łukasz Marzecki. Parzył drewno, by potem je wyginać. Podpatrywał znanego producenta mebli giętych. Próbował bez końca, słuchając muzyki Leszka Możdżera, która go uspokajała. I po pewnym czasie coś zaczęło wychodzić.

— Kiedy pytałem stolarzy, jak zrobić okulary z drewna, by były odporne i elastyczne, mówili, że to niemożliwe. Nikomu nie przyszło do głowy, by sklejać drewno warstwowo. Sam znalazłem odpowiedź na moje pytanie — opowiada producent. Dzisiaj robi okulary klejone z cieniutkich warstw drewnianych fornirów połączonych specjalnym lepiszczem. Opracowana przez niego technologia pozwala wygiąć każdy rodzaj drewna.

Warsztat w sadzie

Początkowo jednak nawet znajomi pukali się w głowę, bo przecież wcześniej Łukasz Marzecki nie miał nawet śrubokręta w dłoni. Miał jednak wiele uporu i cierpliwości. I miejsce do pracy. Pracownię urządził w dawnym biurze firmy transportowej ojca. Ma tam piły stolarskie, brzeszczoty, pilarki i inne narzędzia do robienia drewnianych detali.

— Musiałem się nieźle naszukać, by skompletować sprzęt dobrej jakości. Bo pracuję w bardzo twardym drewnie egzotycznym. Wiele narzędzi wykonał też dla mnie ojciec — mówi Łukasz Marzecki. Warsztat stoi obok jego domu rodzinnego w sadzie dziadka. — Jak mi się coś nie uda, to wychodzę do ogrodu i rzucam psu zabawkę. Zrywam też obumarłe patyki z małego drzewka, żeby mieszać nimi kleje. Mógłbym kupić mieszadła, ale po co, skoro natura sama daje — śmieje się Łukasz Marzecki.

Początkowo nie miał pieniędzy, więc bywało, że brakowało mu dwóch złotych na pędzelek do lakierowania drewna. Nie umiał też rysować ani projektować w komputerze. Korzystał z pomocy projektanta. Według jego projektów powstawały laserowo wycinane szablony z metalu. Przykładał je do sklejonych kawałków drewna i wycinał piłą. Wcześniej wyginał sklejone drewno pod krzywiznę soczewek.

— Wycinanie oprawek to duża sztuka. Trzeba to robić precyzyjnie pod kątem. Nie tylko oprawki czy zauszniki, ale nawet dziurki na zawiasy i rowki na soczewki. Każdy zawias przeginam ręcznie, by okulary dobrze leżały na głowie. Po wycięciu elementów trzeba je jeszcze ręcznie polakierować aerografem. To niemal tak precyzyjna robota jak wykonywanie tatuażu — opowiada. I to jedyny etap pracy, którego nie wykonuje sam. Po lakierowaniu (kilka warstw co 24 godziny) trzeba oprawki wypolerować papierem ściernym.

— Z zamkniętymi oczami wyczuwam, gdzie jest nierówno, co muszę doszlifować — mówi producent. Z czasem nauczył się projektować w komputerze. Potem doszedł do etapu, kiedy okulary były już trwałe, ale nie dało się do nich włożyć każdego rodzaju soczewek. W końcu jednak dopracował tę technikę i teraz w oprawkach Niegabatela można osadzić soczewki różnej mocy. — Każde oprawki mają jakieś ograniczenia, moje są uniwersalne — twierdzi Łukasz Marzecki.

Więcej drewna w drewnie

Początkowo robił oprawki dość szerokie i grube. Niektórym się podobały, ale były ekstrawaganckie. Optycy byli przekonani, że drewniane okulary muszą takie być.

— Dlatego starałem się zrobić cienkie — mówi przekornie właściciel Niebagateli. Dziś jego oprawki mają dwa milimetry grubości. — Niektórzy teraz mówią: „A czemu robisz takie cienkie okulary, nie widać drewna” — śmieje się. Używa drewna egzotycznego, bo jest piękne i odporne. Fornir kupuje w lepszych składach drewnianych. Ma w Polsce do wyboru około dwustu rodzajów forniru. I wciąż odkrywa nowe gatunki drzew. — Zwracam jednak uwagę, by kupować drewno z legalnych wycinek. A noski okularów robię z ręcznie polerowanej polskiej sosny — mówi producent.

Najnowszy model okularów Pola jest z hebanu makassar. W środku zaś dla kontrastu wykorzystał kanadyjski klon rygier. Łukasz Marzecki używa też mahoniu w różnych odcieniach, czerwonego padouk, hebanu bianco, palisandru santos, wenge, brzozy karelskiej, orzecha czeczoty (czeczota to choroba drzewa, która dodaje szlachetności). — Heban bianco jest świetny na okulary przeciwsłoneczne albo dla kogoś o ciemniejszej karnacji. Bo z reguły do jasnej cery wybiera się ciemniejsze oprawki — wyjaśnia Łukasz Marzecki.

Najdumniejszy jest z okularów Telimena, które zaprojektował w kilka godzin. Nosi je m.in. główna bohaterka serialu Rodzinka.pl. Cieszą się dużym powodzeniem, bo są bardzo twarzowe i z dwukolorowego palisandru santos — jednego z najpiękniejszych gatunków drewna.

— A najpiękniejszy model to Nika. Rysowałem go dwa tygodnie i codziennie poprawiałem, aż uznałem, że linia płynie idealnie — mówi z dumą Łukasz Marzecki. — Każda oprawka jest inna. To naturalne, bo nie ma dwóch takich samych kawałków forniru — wyjaśnia projektant. Dzięki temu okulary Niebagatela są niepowtarzalne.

— Drewna nie da się wyciąć z taką samą precyzją jak tworzywo. Dlatego zawsze kilka setnych milimetra ucieknie między jednym a drugim okiem. Ale bardzo się staram, by okulary stały prosto. Muszą też równo leżeć, choć co trzecia osoba ma nierówno ułożone uszy — podkreśla producent. Opracował metodę doginania drewna, dzięki której zauszniki są elastyczne i świetnie leżą.

Latami dochodził do osiąganych dzisiaj efektów. Niekiedy się boi, że ktoś podpatrzy jego technologię. Bo czasami dzwonią ludzie, którzy pod pozorem kupowania okularów chcą się dowiedzieć, jak je robi. Były trzy inne polskie firmy, które próbowały robić drewniane okulary. Wszystkie padły. — Nie wydaje mi się, żeby to była sprawa talentu. Tylko wytrwałości. Ja się nie poddałem. I cały czas coś poprawiam — mówi Łukasz Marzecki.

Konkurencja dla Fendi

— Parę lat temu kilka firm z Polski wprowadziło na rynek okulary z jednego kawałka drewna. Optycy bardzo się zrazili, bo następnego dnia pękały. Poza Niebagatelą kilka firm sprzedaje drewniane oprawki, ale większość handluje chińskimi wyrobami sprowadzanymi za grosze, twierdząc, że produkują je w Polsce. Cały czas muszę uważać, gdyż sporo firm robi różne podchody, by podkraść moją technologię — mówi Łukasz Marzecki. Zamierza ją opatentować, ale dopiero wtedy, gdy opracuje zdrowszą metodę pracy. Chodzi o to, by szybciej kleić drewno, ponieważ lepiszcza, których się przy tym używa, są toksyczne. Łukasz Marzecki stosuje więc bardzo drogie, ale mniej uczulające materiały wykorzystywane w przemyśle kosmicznym.

— Bardzo mnie ekscytuje, że mogę połączyć tradycyjny materiał, jakim jest drewno, z zaawansowaną technologią — mówi stolarz samouk. Za granicą jest kilka manufaktur drewnianych oprawek, m.in. Shwood i Waiting 4 the sun. — Ale wielkiej firmy z tradycjami, która by była znana na całym świecie, nie ma. Niebagatela będzie pierwsza — deklaruje Łukasz Marzecki.

Ostrożnie wprowadzał swoje okulary na rynek. Po pierwsze dlatego, że optycy zrazili się przez chińskie produkty. Po drugie — nie chciał zepsuć sobie wizerunku niedopracowanym produktem. Bo Niebagatelę chce wypozycjonować między najlepszymi firmami. Planuje stworzyć kilka modeli awangardowych. Kupi je, co prawda, tylko około 10 proc. klientów, ale za to znajdą się na półkach między okularami Fendi i Toma Forda.

Pierwsze okulary sprzedawał znajomym. Potem z walizką oprawek objechał kilku optyków. Jeden kupił, drugi kupił, trzeci zadzwonił, że gdzieś widział i też by chciał. Ukazał się artykuł w gazecie, potem w gazecie branżowej. Dzisiaj okulary Niebagatela są w ponad trzydziestu salonach optycznych w całej Polsce. A także w Singapurze. A niedługo będą do kupienia w Dubaju. Producent sprzedaje je głównie do salonów optycznych, czasem w detalu, ale ten drugi kanał go mniej interesuje. — By stworzyć światową markę, okulary muszą być u optyków — twierdzi. Prognozy mówią, że w 2020 r. aż 75 proc. ludzi na świecie będzie potrzebowało korekty wzroku (okularów lub operacji), nie martwi się więc o przyszłość.

— Jakbym myślał tylko o pieniądzach, sprowadzałbym okulary z Chin. Robię je z pasji i powoli uczę się na tym zarabiać. Moim celem jest stworzenie światowej marki okularów — deklaruje Łukasz Marzecki. Marzy, że kiedyś, gdy optyk pomyśli o polskiej marce okularów, przyjdzie mu na myśl Niebagatela. Chociaż specjaliści uznali, że nie jest to dobra nazwa. W zeszłym roku wygrał konkurs na najbardziej kreatywny biznes modowy w Warszawie (organizowany przez urząd miasta). Dzięki temu dostał pomoc guru biznesu. Ci zaś stwierdzili, że nazwa Niebagatela nie przyjmie się za granicą, bo jest za trudna do wymówienia.

— Nie podoba mi się takie podejście. Najważniejsze są okulary. Mają się sprzedawać dlatego, że są dobre i ładne, a nie dlatego, że nazwa jest chwytliwa — podkreśla Łukasz Marzecki. Dzięki konkursowi wiele osób poznało jego markę. Dodało mu to wiary, że to, co robi, ma sens. I już bierze udział w kolejnym konkursie, w którym nagrodą główną jest wyjazd na targi do USA. A tam samo wynajęcie metra stoiska kosztuje około 5 tys. dolarów.

Łukasz Marzecki skorzystał też z dotacji dla bezrobotnych na otwarcie działalności gospodarczej. Za pierwszym razem jej nie dostał, bo urzędniczka uznała, że ma za małe doświadczenie w branży. Nie poddał się, chodził na praktyki do optyka i stolarzy, przyniósł zaświadczenia i dostał 22 tys. zł. Kupił za to maszyny, zamówił projekty i zapłacił za laserowe wycięcie szablonów. W sumie zainwestował w firmę 200-300 tys. zł.

Z odłożonych pieniędzy, zarobionych na boku, pożyczonych od rodziny. No i ze sprzedaży okularów. — Już się z tego utrzymuję, ale robię ich jeszcze za mało, by stworzyć globalną markę. Mam też czasami ochotę nie pracować już fizycznie, tylko projektować, nadzorować, tworzyć markę, jeździć po świecie i podpisywać kontrakty z optykami — przyznaje Łukasz Marzecki. Bo zrobienie drewnianych oprawek to żmudne i długie zajęcie. Trzeba na to około dwóch tygodni.

Marzecki marzy

Dzisiaj Łukasz Marzecki robi koło 100 okularów miesięcznie. Wprowadził do sprzedaży dziesięć modeli. Ich nazwy to w większości piękne, nieco zapomniane imiona. Oprawka kosztuje od 700 do 1000 zł. Wykonuje też zamówienia indywidualne. Zrobił na przykład okulary dla właściciela BMW w kształcie charakterystycznej atrapy w formie nerek.

— Dużo bardziej lubię takie zamówienia niż wycinanie kilku takich samych modeli. Rutyna mnie nudzi. Ale przy okazji rysowania jednego projektu indywidualnego powstają trzy dodatkowe, które można skomercjalizować. Jeśli umawiam się z klientem, że jego model do sprzedaży nie wejdzie, to okulary kosztują 3-4 tys. zł — informuje producent. Marzy mu się nie tylko stworzenie światowej marki, ale także fajny zespół pracujących dla niej ludzi, którzy się nawzajem inspirują. A jego inspiruje wszystko — od lusterka po koło samochodu. A przede wszystkim drewno. Kształt okularów Pola powstał zaś z inspiracji fasonem, jaki nosił Johny Deep, ulubiony aktor Łukasza Marzeckiego, w filmie „Dziewiąte Wrota” Romana Polańskiego.

— Chcę tworzyć markę, która będzie synonimem luksusu, ale też będzie wymagała szacunku. Do twórcy, który włożył dużo pracy w stworzenie przedmiotu, i do samego produktu — rozmarza się Łukasz Marzecki. Okulary Niebagatela są wytrzymałe jak te z tworzyw czy metalu, ale trzeba o nie dbać. Zakładać obiema rękami, by zawias się nie rozszerzał, a po zdjęciu chować do etui. Choć klienci go informowali, że nie pękły nawet po tym, jak ktoś na nich usiadł albo uderzył w nie bom na łodzi. Ale lepiej tego nie naśladować.

— No i trzeba na nie poczekać. Ludziom się to podoba. Czasami, kiedy mam okulary na stanie, są zawiedzeni, że nie muszą czekać — dodaje Łukasz Marzecki. Klientami Niebagateli są głównie osoby koło trzydziestki i starsze. Zdarza się, że przyjeżdżają do warsztatu po oprawki z innego miasta. — To mnie najbardziej cieszy. A pieniądze? Są ważne, ale nie aż tak jak satysfakcja — mówi Łukasz Marzecki. Dlatego chciałby zrobić okulary dla Leszka Możdżera. Z drewna, z jakiego jest zrobiony fortepian, na którym muzyk najbardziej lubi grać.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: AGNIESZKA RODOWICZ

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Niebagatelnie dobre okulary