Nudziarz, który ugryzł niedźwiedzia

opublikowano: 29-10-2010, 00:00

Na Zanzibarze jest ziomalem-kitesurferem. W Formule 1 — sponsorem. A w polskich finansach 35-letni Jakub Zabłocki, prezes X-Trade Brokers, to objawienie roku

Połowa października, Budapeszt. Na pobliskim torze wyścigowym Hungaroring kilka osób z X-Trade Brokers (XTB) szaleje bolidami F1. Ekstrafrajda, adrenalina, marzenie każdego dużego chłopca. Brakuje tylko jednego kierowcy. Jakub Zabłocki, prezes firmy, owszem, szaleje, ale w biurze węgierskiej centrali XTB. Przez kilkanaście godzin mobilizuje zespół, ustawia menedżerów, a jak już się nie da inaczej, to i ściśnie za co trzeba.

— Kuba się nie poddaje. Konsekwencja to cecha, której można mu pozazdrościć — przyznaje Rafał Skiba, którego przyjaźń z Jakubem Zabłockim zaczęła się 10 lat temu w BRE Banku.

— Na korcie do squasha gra bardzo ambitnie, nie odpuszcza ani na chwilę. Trochę jak Andrzej Klesyk, prezes PZU — żartuje Amadeusz Król, były prezes AWR Wprost.

— Umiem mobilizować zespół — przytakuje sam zainteresowany.

I chwilę później przyznaje, że wciąż nie do końca wychodzi mu jeden z trudniejszych trików w kitesurfingu. Ale pracuje i nad tym.

Młokos na 500

— Nie znam faceta. Firmę, owszem — tak odpowiada niemal każdy polski biznesmen starej daty pytany o Jakuba Zabłockiego.

Gdy podrążyć temat, okazuje się, że no, może słyszeli nieco więcej. Ale o takim młokosie nie za bardzo chcą rozmawiać. Nie ich poziom. Wiekowy oczywiście. Bo na początku października Jakub Zabłocki z przytupem wszedł na przyszłoroczną listę stu najbogatszych Polaków. Wyrzuci z niej pewnie jakiegoś posuniętego w latach właściciela fabryki dywanów czy sieci myjni.

Przy jego nazwisku znajdzie się, oprócz spisu posiadanych aktywów, liczba 500. Mniej więcej tyle milionów złotych może być wart pakiet akcji platformy z instrumentami finansowymi X-Trade Brokers. Kilka tygodni temu amerykański fundusz Enterprise Investors odkupił duży pakiet mniejszościowy firmy za ponad 220 mln zł. I oczekuje, że przez kilka lat Jakub Zabłocki szybko będzie się piął w górę na listach bogaczy.

— Na tym rynku wyścig dopiero się rozpoczął. Zwykle oczekujemy, że sprzedamy spółkę za dwuipółkrotność naszej inwestycji. Tu nasze apetyty są dużo większe — mówi Sebastian Król, partner w Enterprise Investors.

— Nie myślę o listach najbogatszych i ile już mam. Nie rozważam też kupna bentleya czy samolotu, nie zajmuję się planowaniem, ile to pałaców z balustradami wybudować. Myślę, jak rozwijać biznes. To jest mój fetysz. Nudny jestem, nie? — przekornie pyta Jakub Zabłocki.

Dom ma w miarę zwyczajny, kolega z czasów liceum projektował. Gdzie tam w Konstancinie. Na Białołęce. Do tego szybki mercedes, ale to żadna limuzyna z kierowcą. Nawet gadżeciarzem nie jest — w kieszeni marynarki dzwoni dość zwyczajny samsung.

Dopchać się do sceny

35-latek ze Zgierza nie zgrywa ważniaka. Przez lata był ofensywnym finansistą, teraz jest głową biznesu, w którym główne role grają dźwignia finansowa, czas i technologia. Dlatego Jakub Zabłocki nie zna Kulczyka, Staraka czy Solorza-Żaka. Bo i po co mu to? To ludzie z pokolenia jego rodziców. Oni pewnie nie słuchają polskiego rapu, nie fruwają nad falami oceanów, a i na rozmowie z Lewisem Hamiltonem nie bardzo im zależy. Konta na Facebooku nie mają. Nie słuchają Kalibra 44, nie dopchali się pod scenę, gdy na Open’erze grał Faith No More. Jak to mówi biznesowa młoda fala — starsi nie ogarniają takich tematów.

Za to niepozorny Zabłocki, owszem, choć jego twarz, nieopatrzona na okładkach gazet i w plotkarskich serwisach, nie przywołuje żadnych skojarzeń.

— Teraz wyszło, że jestem w centrum uwagi. Ale wolę schodzić z linii. Gwiazdorzenie do niczego nie jest mi potrzebne, moje ego nie cierpi. Wizerunek firmy też nie, bo wolę, żeby się kojarzyła z jakością usług i serwisu — przekonuje Jakub Zabłocki.

Twierdzi, że po transakcji z Enterprise Investors nie skoczył mu testosteron. Nie było wielkiego: "Wow, jaki jestem wspaniały"?

— Kiedyś, jeszcze w moich początkach w finansach, miałem takie "wow", ale szybko schłodziłem głowę. Chcę być normalnym facetem i cenię znajomych, którzy odnieśli wielki sukces w interesach, a wciąż można z nimi normalnie o wszystkim pogadać — wykłada prezes X-Trade Brokers.

— W biznesie to bulterier i niełatwy przeciwnik, ale grający fair. Poza biznesem chętniej pokazuje wrażliwość. Niedawno siedzieliśmy przy cygarze i whisky, było miło. Nagle Kuba musi iść. Pilnie. Bo przypomniał sobie, że psa zamknął w zimnym garażu i szkoda mu zwierzaka — opowiada Paweł Jacek Gmoch, prezes Central Group.

Ostatnie tygodnie to dla Zabłockiego długie i męczące negocjacje z inwestorami. 15 godzin dziennie biegania za biznesem przez dwa miesiące wystawiły rachunek: zaległości treningowe w squasha będzie odrabiał miesiącami. Przymiarki funduszu inwestycyjnego to ekstranadzorca w firmie. Grzebanie w papierach, podchwytliwe pytania, a do tego działania wywiadowcze, włącznie z badaniem reputacji prezesa w jego środowisku. Zdał celująco. Nagroda?

— Teraz ograniczam pracę do połowy doby — deklaruje.

— Ciekawe do której, bo bywa, że potrafił zadzwonić przed północą i zdziwionym głosem przepraszać, że mnie obudził. Bo przecież nie podejrzewał, że już zarywa noc — dopowiada jeden z wieloletnich pracowników X-Trade Brokers.

International rakieta

Siedzimy w reprezentacyjnej sali siedziby X-Trade Brokers, w której głównym motywem jest wznosząca się linia wykresu notowań. Ostro do góry, niczym wyniki platformy foreksowej w ostatnich latach. W zeszłym roku zarobiła w sumie 48 mln zł. W tym roku, działając na 10 rynkach w Europie, chce wyraźnie poprawić wynik. A następne 3-5 lat to już ma być rakieta napędzana rozwojem w Ameryce Południowej i Europie. Polska dawno stała się za ciasna.

Scenariusz wchodzenia na nowe rynki zwykle jest ten sam. Standardowo XTB szuka miejscowych menedżerów i prawników, którzy pomogą zdobyć odpowiednie pozwolenia na działalność w danym kraju. Na tym etapie do gry wkracza Jakub Zabłocki. Wkłada stonowany garnitur, wrzuca laptopa do plecaczka, wsiada do samolotu i klasą ekonomiczną leci zdobywać rynek. Gdy wszedł na spotkanie w Hiszpanii, czekało na niego osiem par ciekawskich oczu z kancelarii prawnej.

— Dlaczego was tak wielu? Taka trudna sprawa z tym foreksem? — zapytał.

— Nie tam, zaraz trudna. Byliśmy ciekawi, że firma z Polski chce produkty finansowe tu sprzedawać — odpowiedział szef kancelarii, a jego zdziwione oczy nie kłamały.

Z tyłu głowy miał przypuszczenie, że X-Trade Brokers i tak będzie sprzedawać na Zachód ziemniaki albo węgiel. Dopiero pół godziny konkretnej rozmowy o twardym biznesie finansowym spowodowało, że Hiszpanie zapomnieli o handlowych stereotypach.

— Polska nie jest kolebką usług finansowych, dlatego nie przypinamy sobie znaku "Teraz Polska". Jesteśmy "international", mamy topowe usługi i tyle — kwituje Jakub Zabłocki.

Wtóruje mu Sebastian Król z Enterprise Investors, sugerując, że jeśli debiut giełdowy, to dlaczego nie w Londynie. Zabłockiego taka wizja nie przeraża. Idzie za ciosem, a do przodu pcha go nie tyle chciwość, ile niespełnienie. Najpierw mówi o czołowej dziesiątce w branży za kilka lat. Potem podnosi poprzeczkę do okolic podium.

— XTB jako międzynarodowa instytucja finansowa notowana w Londynie lub Frankfurcie, o kapitalizacji 1,5-2 mld euro. Taki biznes da mi zaspokojenie ambicji — oświadcza Jakub Zabłocki.

Rzucić żyletki

Gdzieś pod koniec podstawówki i na początku liceum ten rodowity zgierzanin zaczął ładować się frustracją. Ludzie o dekadę, dwie starsi robili biznesy życia, a on uczył się skoku przez kozła na wuefie. No i liderował szkolnemu zespołowi, dając głos i gitarę do coverów Tiltu czy Kultu.

— Spieszyło mi się, by zacząć zarabiać poważne pieniądze. Jak zaczynałem liceum, to upadała komuna. Prasa budowała wizerunek sukcesu. Na pierwszych stronach gazet pojawiali się wielcy mistrzowie biznesu z dobrym życiem, wakacjami w Turcji i fajną dziewczyną. Rosło we mnie ciśnienie, że świat mi ucieka — bo można było zarobić duże pieniądze, nie będąc specjalistą — że urodziłem się o 10 lat za późno. Czas prostych biznesów się skończył, gdy wszedłem na scenę — tłumaczy prezes XTB.

Syn szanowanych naukowców, mikrobiologa i chemiczki, wystał się w ogonkach po pomarańcze i papier toaletowy, ale na pociąg z szyldem "prywatyzacyjne strzały stulecia" już się nie załapał.

— Może i nie ma co rozpaczać, bo — z drugiej strony — sam zrobiłem biznes na pomyśle w zachodnim stylu, a nie dzięki układom i dojściom w ministerstwach — przekonuje menedżer.

Studia ekonomiczne na Uniwersytecie Łódzkim ukończył w niecałe cztery lata, oczywiście z wyróżnieniem. Rzucił się w finanse, dłuższe i krótsze epizody. Zaczynał w Banku Przemysłowym, a skoro dobrze mu szło, to zaraz wskoczył w szeregi Gillette. Wygrał konkurs "Grasz o staż" w "Gazecie Wyborczej". Ale w żyletkach — nuda.

— No, dosłowna nuda, ale że akurat było trudniej zmienić pracę, to tak tkwiłem tam przez półtora roku. Zarabiałem więcej niż rodzice z 20-letnim stażem pracy, ale w dziale finansowym nie było wtedy miejsca na kreację. Były za to korporacyjne modele, które się uzupełniało. Wtedy zostałem mistrzem świata. W Microsoft Office — podśmiewa się Jakub Zabłocki.

I już na serio dodaje:

— Nie chciałem wchodzić w korporację. Pofrunąłem dalej.

Kryzys sukcesu

Trafiła się jedyna ciekawa odmiana bankowości — inwestycyjna, w mocnej ekipie BRE Banku. Tu już było na ostro. Wtedy poznał dewizę jednego z królów Wall Street w latach 80. Taką, że makler musi codziennie wstawać do pracy gotów ugryźć niedźwiedzia w dupę.

— W BRE była fajna robota. Miałem własne, jeszcze jednoosobowe, przedsiębiorstwo, sam zdobywałem klienta, sprzedawałem mu produkty i brałem marżę. No i nawiązałem dobre znajomości — wspomina Jakub Zabłocki.

Obsługiwał wtedy także późniejszego głośnego bankruta — Interbrok. Cóż, taki zawód. O wspólnikach w XTB do dziś nie chce mówić. Bombardowany nazwiskami domniemanych akcjonariuszy firmy nie potwierdza ani nie zaprzecza.

— Nie wchodząc głębiej w sprawy akcjonariatu, mogę wprost powiedzieć, że to ja jestem głową tego biznesu — podkreśla.

Pomysł na X-Trade Brokers dojrzewał ponad cztery lata. Wyłożył kilkaset tysięcy złotych oszczędności, by rozepchać się w niszy. Klienci chcieli dostępu do instrumentów finansowych na nowych zasadach — usług 24 godziny na dobę i niższych spreadów niż w bankach. Więc dostali. Choć część bankowego światka mówiła wprost:

— Kuba, to szemrany biznes. Stracisz reputację i kariera złamana.

— Ryzykował dużo. Inny na jego miejscu pewnie ze dwa razy już by się wycofał. Po ostatnim tygodniu można powiedzieć, że Kuba zdobył mistrzostwo świata. I zapewne nie jest to jego ostatnie słowo — mówi Rafał Skiba, który pozostał wierny tradycyjnej bankowości.

Zabłockiego na swoim szybko dopadły kryzysy. Głównie dlatego, że biznes... wypalił. Z początkowej kadry menedżerskiej nie ostał się nikt. Bankowcy od inwestycji to nieraz indywidualistyczne kalkulatory z ambicjami. Chcieli części biznesu. Zabłocki się nie zgodził. W 2005 r. sam niecierpliwie wyczekiwał na licencję domu maklerskiego. Sprawa otarła się o prokuraturę, Komisja Nadzoru Finansowego zgłosiła nieprawidłowości. Skończyło się umorzeniem, a licencję XTB dostał. Ruszył z ostrą ekspansją za granicę.

Normalnie kosmos

Gdy firma wzniosła się do lotu, to prezes też. Latem czy zimą zaczął fruwać nad falami na desce z latawcem, czyli na kitesurfingu. W zeszłym roku kilka tygodni spędził na Zanzibarze. Tam spotkał młodszego od siebie trenera z Polski Roberta Szymańskiego.

— Że jaki ma biznes? Za tyle pieniędzy? Nic nie mówił, normalnie kosmos. Gadaliśmy o desce, dziewczynach, jedliśmy złapane ryby z grilla i mieszkaliśmy w niewyszukanym hotelu — dziwi się Robert Szymański.

To na Zanzibarze Zabłocki próbował nauczyć się kite loopa, niełatwego, ale efektownego triku. I już prawie umie.

— Trud tego triku polega na tym, że w razie niepowodzenia upada się dość boleśnie. Tak było z Kubą. Cała plaża dziwiła się, że on po kolejnej "glebie" wstaje i próbuje raz jeszcze — wspomina Robert Szymański.

Niemal połowa znajomych Jakuba Zabłockiego na Facebooku to ludzie zakręceni na punkcie kitesurfingu. Czyżby prezes szedł w profeskę? Zaprzecza, mówi, że jest za stary i że prędzej zrobi doktorat. Mozolnie odbudowuje kolejną sportową miłość — squasha. Ale teraz najważniejszy chyba sport w życiu to ten, który ma dać sukces firmie. Czyli Formuła 1. X-Trade Brokers sponsoruje zespół McLarena, wykłada kilka milionów euro rocznie na Lewisa Hamiltona i spółkę.

— Taki marketing działa. Zgłaszają się więksi klienci, jesteśmy szanowani za granicą — uważa Jakub Zabłocki.

Działa też o tyle, że w McLarenie spotkał wyścigową wersję siebie.

— Hamilton jest jeszcze niższy ode mnie, ale to twardy facet. Mocny uścisk dłoni, orientacja na wynik. Jak mu się coś nie podoba, szczerze mówi. Prędzej czy później znów będzie mistrzem świata — sumuje Jakub Zabłocki.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu