Czytasz dzięki

Odbicie V już było, czas na resztę pierwiastka

opublikowano: 27-04-2020, 22:00

Powrót indeksów do poziomów z marcowych dołków jest mało prawdopodobny, ale nie oznacza to, że zaraz będą dużo wyżej, zakłada Mikołaj Raczyński, szef departamentu zarządzania funduszami Noble Funds TFI

Nawet jeśli epidemia COVID-19 za kilka tygodni nie zniknie, to jeśli nie nastąpi gwałtowny wzrost zachorowań, giełdy nie powinny wrócić już do marcowych dołków. Osiągnęły je bowiem w szczycie panicznej wyprzedaży, w czasie gdy banki centralne nie uruchomiły jeszcze programów pomocowych. Z takiego założenia wychodzi Mikołaj Raczyński, szef departamentu zarządzania funduszami Noble Funds TFI. Zarazem jednak rozwiewa nadzieje na szybki powrót indeksów giełdowych do poziomu sprzed koronawirusowego krachu.

Zyski z pierwszego kwartału 2020 r. można porównać do
tych, na jakie X-Trade Brokers DM, którego prezesem jest Omar Arnaout, pracował
zazwyczaj dwa lata.
Zobacz więcej

DWA LATA W TRZY MIESIĄCE:

Zyski z pierwszego kwartału 2020 r. można porównać do tych, na jakie X-Trade Brokers DM, którego prezesem jest Omar Arnaout, pracował zazwyczaj dwa lata. Fot. WM

— Jeśli ktoś czeka ciągle na odbicie w kształcie litery V, to muszę go zmartwić. Wydaje mi się, że ta sytuacja już miała miejsce. Mieliśmy bardzo silne spadki skoncentrowane w krótkim okresie i potem bardzo agresywne odreagowanie. Teraz najbardziej prawdopodobny scenariusz to powolne wspinanie się indeksów na coraz to wyższe poziomy albo trend boczny. Całość cyklu odrabiania strat przez indeksy giełdowe może więc przypominać znak pierwiastka, przy czym pierwszą jego część mamy już za sobą — tłumaczy Mikołaj Raczyński.

Nasz rozmówca podkreśla, że obserwując indeksy jako wskaźniki szerokiego rynku, nie można zapominać, że są one wypadkową sytuacji wielu spółek. Ich sytuacja może być zaś skrajnie różna.

— Najlepszym przykładem jest porównanie spółek technologicznych do banków i spółek eksponowanych na ceny ropy naftowej. Przed kryzysem pierwsze miały zazwyczaj mniejsze zadłużenie od spółek z tradycyjnych sektorów gospodarki i w obecnej sytuacji mogą jeszcze paradoksalnie zwiększyć przychody. Banki z kolei borykają się z obniżkami stóp procentowych, a spółki wydobywcze z niskimi cenami surowców — wskazuje Mikołaj Raczyński.

Całkowite odrobienie strat przez jedne spółki i dalsze ubijanie dna przez inne dla barometru szerokiego rynku może oznaczać właśnie to miejsce, w którym jest większość indeksów giełdowych — gdzieś pomiędzy szczytem hossy a dołkiem ostatniego krachu.

HOSSY NIE BĘDZIE: Zdaniem Mikołaja Raczyńskiego, szefa departamentu zarządzania funduszami Noble Funds TFI, giełdy czeka teraz prawdopodobnie powolne wspinanie się indeksów na coraz to wyższe poziomy lub trend boczny. [FOT. WM]

Mikołaj Raczyński zakłada, że od lata gospodarki powinny wracać do normalnego funkcjonowania. Zastrzega jednak, że nie wiadomo, jak będzie wyglądać ta normalność. Istnieje ryzyko, że zupełnie inaczej niż przed pojawieniem się koronawirusa. Uderzenie kryzysu było nagłe i bardzo silne. Z danych ujawnionych przez część polskich banków wynika, że wydatki gospodarstw domowych spadły o 20-30 proc. Według szefa departamentu zarządzania funduszami Noble Funds TFI, jeśli pominąć wzrost cen żywności wywołany suszą, rodzi to istotne ryzyko deflacji.

— Ważne jest to, jak konsumenci będą zachowywali się dalej. Czy w miarę wychodzenia gospodarek z hibernacji wznowią zakupy, czy ciągle będą się obawiali o sytuację materialną — zaznacza Mikołaj Raczyński.

Jego zdaniem można przyjąć za pewnik, że będą się obawiali. Pytanie — jak bardzo i na ile te obawy są w stanie złagodzić programy pomocowe uruchamiane przez rządy i banki centralne. Nasz rozmówca nie zgadza się ze stawianą często tezą, że inflację napędzą programy skupu aktywów uruchamiane przez banki centralne. Zarówno takie jak NBP, nakierowane na obligacje skarbowe, jak i takie jak amerykańskiego Fedu, który jest gotów wykupywać z rynku nawet długi z kart kredytowych czy kredyty samochodowe.

— Skup obligacji przez bank centralny powoduje wzrost rezerw w sektorze bankowym i wzrost podaży pieniądza, jeśli połączony jest z emisją nowego długu przez państwo. Obniża również stopy procentowe w gospodarce. Ale skup aktywów sam w sobie nie powoduje, że pojawia się inflacja. Inflacja pojawia się wtedy, gdy ludzie zaczynają wydawać pieniądze albo gdy zaczynamy stymulować już rozgrzane gospodarki. W sytuacji gdy wyparowało 20-30 proc. popytu, trudno mówić o takiej sytuacji — wyjaśnia Mikołaj Raczyński.

Zaznacza zrazem, że skup aktywów na tak szeroką skalę jak to robi amerykański Fed powoduje coś, co można nazwać „inflacją aktywów”. I jest to sytuacja, którą obserwujemy już od poprzedniego kryzysu. Mikołaj Raczyński uważa, że właśnie przez „inflację aktywów” odbicie w kształcie litery V już się odbyło. Biorąc pod uwagę wycenę wskaźnikową (np. cena do prognozowanego zysku), indeksy giełdowe są bowiem wysoko.

c3b39424-8c30-11e9-bc42-526af7764f64
Opowieści z arkusza zleceń
Newsletter autorski Kamila Kosińskiego
ZAPISZ MNIE
Opowieści z arkusza zleceń
autor: Kamil Kosiński
Wysyłany raz w miesiącu
Kamil Kosiński
Newsletter z autorskim podsumowaniem najciekawszych informacji z warszawskiej giełdy.
ZAPISZ MNIE

Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa.

Kliknij w link w wiadomości, aby potwierdzić subskrypcję newslettera.
Jeżeli nie otrzymasz wiadomości w ciągu kilku minut, prosimy o sprawdzenie folderu SPAM.

— Indeksy nie wróciły do poziomów ze stycznia czy lutego, ale w międzyczasie istotnie spadły oczekiwania dotyczące przyszłych zysków spółek. Biorąc to pod uwagę, indeksy są na poziomach najwyższych od wielu lat. Oczywiście nie oznacza to, że nie mogą być jeszcze wyżej. Stopy procentowe są najniższe od lat — podkreśla Mikołaj Raczyński.

Przestrzega też przed nadziejami na zyski z ropy naftowej.

— Jeżeli gospodarki będą się odmrażały, będą przywracane połączenia lotnicze, to cena ropy wzrośnie. Ale nie da się na tym w łatwy sposób zarobić pieniędzy, bo kontrakty terminowe na ropę już uwzględniają stopniowy wzrost jej cen. Kupowanie kontraktów terminowych na ropę czy funduszy ETF na nich opartych nie jest dzisiaj dobrą strategią — twierdzi Mikołaj Raczyński.

Szef departamentu zarządzania funduszami Noble Funds TFI jest też sceptyczny wobec złota.

— Przede wszystkim uważam, że lepiej jest mieć amerykańskie obligacje skarbowe niż złoto. W obu przypadkach mówimy bowiem o aktywie uznawanym za bezpieczne i wycenianym w dolarach amerykańskich. Ceny kruszcu będą zapewne wspierane w dłuższym terminie ujemnymi realnymi stopami procentowymi, ale w tym kontekście wolałbym mieć po prostu obligacje indeksowane inflacją — zapewnia Mikołaj Raczyński.

Ryzykowna gra długiem

Ekspert Noble Funds TFI uważa, że rentowności obligacji krajów, które przed kryzysem koronawirusowym miały relatywnie dobrą sytuację budżetową, oraz rachunku obrotów bieżących — w tym Polski — nadal powinny się utrzymywać na niskim poziomie. Czy tak niskim jak obecnie, to zależy od sytuacji epidemiologicznej. Ewentualny wzrost rentowności nie będzie jednak duży.

— Rada Polityki Pieniężnej nie podniesie stóp procentowych ani w roku 2020, ani 2021. Trudno więc sobie wyobrazić, by rentowności polskich obligacji 10-letnich powędrowały z powrotem w okolice 2,5 proc. — mówi specjalista z Noble Funds TFI.

Zaleca przy tym nie patrzeć na obligacje rynków wschodzących jako na jednorodną grupę.

— Mamy w tej grupie Polskę i Tajlandię, których sytuacja jest bliższa rynkom rozwiniętym, ale też Turcję czy Rosję, których sytuacja jest dużo bardziej skomplikowana. W przypadku krajów, które już przed kryzysem miały problemy, lub gospodarek surowcowych nie spodziewam się, by rentowności ich długu istotnie spadły — zaznacza nasz rozmówca.

Jego zdaniem waluty tych krajów mogą być też pod stałą presją, gdyż każde umocnienie waluty będzie wykorzystywane do obniżek stóp procentowych. Także złotemu mogą nie służyć takie decyzje, jak odwołanie zaplanowanego na czwartek 30 kwietnia przetargu obligacji przez Ministerstwo Finansów.

— Nabywcy obligacji by się znaleźli. Oczywiście łatwiej jest je wyemitować do BGK, skąd odkupi je NBP. Pytanie, czy trzeba robić to za wszelką cenę. Ja bym jednak namawiał, by nie wykorzystywać tego mechanizmu od razu. Takie operacje generują skutki uboczne. Np. obniżanie rentowności banków. A banki potrzebują kapitałów na wzrost akcji kredytowej. Są już dociśnięte przez obniżki stóp procentowych, a uniemożliwienie im kupna obligacji, nieobjętych tzw. podatkiem bankowym, zmusza je do trzymania w NBP większej ilości rezerw, które są opodatkowane. Jeżeli taki proces emisji obligacji skarbowych byłby kontynuowany, to w perspektywie kilku kwartałów rodzi to ryzyko osłabienia złotego. O ile nieco słabszy złoty nie powinien być dla polskiej gospodarki negatywny, to trzeba pamiętać, że jest jakiś poziom kursu waluty, który negatywnie wpływa na zaufanie konsumentów — przypomina Mikołaj Raczyński.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kamil Kosiński

Polecane