Czytasz dzięki

Pandemia protekcjonizmu - nowy ład gospodarczy po koronawirusie

opublikowano: 26-04-2020, 22:00

Gdy wirus odpuści, ekonomiczna rzeczywistość może nie wrócić do czasów sprzed kryzysu. W siłę rośnie protekcjonizm, globalizacja się chwieje, a nad najbogatszymi wisi widmo wyższych podatków

11 marca Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła, że szerząca się po całym świecie w zastraszającym tempie choroba COVID-19, spowodowana nową odmianą koronawirusa, osiągnęła status pandemii. Minęło już niemal 1,5 miesiąca, jednak ciągle nie wiadomo, kiedy największy zdrowotny kryzys w historii współczesnego świata się zakończy i będziemy mogli wrócić do normalności. Wiadomo natomiast, że w wyniku globalnej pandemii i działań zapobiegawczych rządów światowa gospodarka doznała zewnętrznego szoku popytowo-podażowego, jakiego nie widziała prawdopodobnie od wybuchu II wojny światowej, a to zwiastuje wielki kryzys gospodarczy. Wielu pracowników i przedsiębiorców ucieszyła szybka i stanowcza reakcja państw, które przygotowały największe w historii pakiety pomocowe, mające minimalizować skalę bankructw i bezrobocia. Tego rodzaju działania rządów i banków centralnych pozostawiają jednak pytania. Czy tak wielka aktywność państw w gospodarce stanie się ekonomiczną codziennością na kolejne dekady, czy też wygaśnie, gdy tylko podmioty gospodarcze zaczną pewnie stawać na nogi?

Odwieczna wojna idei

Ekonomicznie XX w. można w dużym skrócie scharakteryzować jako światową walkę między siłami państwa i wolnego rynku o gospodarczą dominację. Okres swobodnego rozwoju kapitalizmu, zapoczątkowany wielką rewolucją przemysłową w drugiej połowie XIX w., zakończył się wraz z wielkim kryzysem w 1929 r., po którym Franklin Delano Roosevelt, prezydent USA, opierając się na pracach Johna Maynarda Keynesa, opracował program nowej gospodarczej rzeczywistości, dziś znany jako Nowy Ład. Za USA podążyła reszta świata, a przekonanie o nieodzownej roli państwa w gospodarce wzmocniła tylko II wojna światowa, podczas której większość ludzi albo dla państwa pracowała, albo utrzymywała się z państwowych zapomóg i zasiłków. Okres tej dominacji, zwanej często przez historyków „powojennym konsensusem”, zakończył się w drugiej połowie lat 70. Po kryzysie naftowym dało się po zachodniej stronie berlińskiego muru odczuć potrzebę fundamentalnej gospodarczej zmiany, która dość szybko się ziściła rękami Ronalda Reagana i Margaret Thatcher.

Dwoje polityków, prezydent USA i premier Wielkiej Brytanii, rozpoczęło proces budowaniagospodarki, jaką znamy dzisiaj — ze światowymi instytucjami, znoszeniem międzynarodowych barier handlowych i budowaniem globalnych łańcuchów dostaw. Jak zaznacza Ivan Krastev, jeden z założycieli Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych (ang. European Council on Foreign Relations), pod względem zmiany paradygmatu kryzys z 2008 r. był pewnym wyjątkiem — kolektywnie podjęto decyzję, by mimo załamania zaufania do obowiązującego modelu kapitalizmu nie zwiększać roli państwa w gospodarce, ale zaufać wolnemu rynkowi, że sam po sobie posprząta.

„Paradoks z lat 2008-09 polega na tym, że brak zaufania na rynku nie doprowadził do popytu na większą interwencję rządu” — twierdzi Ivan Krastev.

Jego zdaniem pandemia COVID-19 może doprowadzić do korekty decyzji sprzed 12 lat i wahadło dominacji w gospodarce może znów wychylić się w stronę państwa. „Teraz koronawirus pozwala na wielki powrót państwa w gospodarce. Ludzie polegają na rządzie, organizującym zbiorową obronę przed pandemią i ratującym tonącą gospodarkę. Skuteczność rządów mierzy się teraz ich zdolnością do zmieniania codziennych zachowań ludzi. To może być fundamentalna lekcja na przyszłość” — zauważa bułgarski ekspert.

Więcej państwa w gospodarce

Jakub Sawulski, ekonomista z Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE) i Szkoły Głównej Handlowej (SGH), zaznacza, że kolejne kryzysy ze swojej natury wymuszają na krajowych administracjach podjęcie radykalnych działań, które szybko stają się ogólnie przyjętym standardem.

— Po poprzednim kryzysie zostało coś nowego w polityce gospodarczej. Instrumenty polityki pieniężnej, które dziś uznajemy za naturalne i pożądane, jeszcze 12 lat temu były przez znaczną część ekonomistów uznawane za herezję. Podobnie będzie tym razem — niektóre z wprowadzanych dziś działań zostaną z nami na dłużej. Być może będzie to bezpośrednie finansowanie deficytu budżetu państwa przez banki centralne, może bezwarunkowy dochód podstawowy albo jakaś zupełnie nowa idea, którą dziś jeszcze trudno nam sobie wyobrazić — mówi ekonomista PIE i SGH.

Paweł Bukowski, ekonomista London School of Economics, podkreśla, że w jednym z aspektów polityki gospodarczej rola rządów już się zwiększyła — ogromne pieniądze wydawane na pakiety pomocowe wymuszą zwiększenie opodatkowania, zwłaszcza najbogatszych.

— Prawie wszystkie rządy państw wysokorozwiniętych przeprowadzają obecnie interwencje fiskalne w skali niespotykanej od wielkiego kryzysu z lat 30. ubiegłego wieku. Są to działania konieczne, bez których gospodarki czekałaby katastrofa. Ceną jest jednak bardzo znaczący wzrost zadłużenia publicznego, które rządy częściowo spłacą poprzez wzrost inflacji [zmniejszający obciążenia państwa — red.] oraz zwiększenie podatków. Ponieważ inflacja bardziej dotyka biednych niż bogatych, wzrośnie presja na bardziej progresywne opodatkowanie dochodów i majątku. Nastąpi więc odwrócenie trendu, który rozpoczął się w latach 80. i zgodnie z którym państwa zmniejszały opodatkowanie najbogatszych, a co za tym idzie — możliwości fiskalne. Możemy nawet doświadczyć powrotu realiów z lat 50. i 60., gdy bardzo silny wzrost gospodarczy na Zachodzie połączony był z bardzo progresywnym systemem podatkowym, w którym krańcowy dochód najbogatszych opodatkowany był nawet stopą 80 proc., jak było chociażby w USA — uważa ekspert londyńskiej uczelni.

fb545d1e-8c30-11e9-bc42-526af7764f64
Ekonomia na dzień dobry
Newsletter autorski Marcela Lesika
ZAPISZ MNIE
Ekonomia na dzień dobry
autor: Marcel Lesik
Wysyłany raz w tygodniu
Marcel Lesik
Autorski newsletter poświęcony światowej ekonomii: analizy, prognozy, badanie trendów i sprawdzanie faktów.
ZAPISZ MNIE

Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa.

Kliknij w link w wiadomości, aby potwierdzić subskrypcję newslettera.
Jeżeli nie otrzymasz wiadomości w ciągu kilku minut, prosimy o sprawdzenie folderu SPAM.

Jego zdaniem koronawirus ukazał światu wszystkie bolączki i słabości obecnego ładu gospodarczego, na które w przyszłości trzeba będzie znaleźć receptę.

— Obecna sytuacja uświadamia nam wiele niedoskonałości obecnego systemu — szczególnie w zakresie ochrony zdrowia, niesprawiedliwych podatków, zbyt elastycznego rynku pracy, erozji praworządności i niezależnych instytucji. Gospodarki stały się bardzo podatne na wszelkiego rodzaju zagrożenia — od kryzysu finansowego przez pandemię po katastrofy naturalne. Niestety wraz z rosnącą globalizacją, siłą korporacji międzynarodowych, zmianami klimatycznymi oraz mobilnością ludzi i kapitału takich skrajnych wydarzeń może być w naszym życiu więcej, co negatywnie wpłynie na długofalowy rozwój gospodarki. W nowej normalności konieczne będzie z jednej strony zwiększenie nakładów na walkę z nowymi zagrożeniami, np. poprzez radykalne doinwestowanie służby zdrowia i alternatywnych źródeł energii, a z drugiej — zwiększenie roli automatycznych stabilizatorów gospodarki poprzez regulację rynku pracy, zwiększenie progresywności opodatkowania i walkę z jego unikaniem. Oczywiście państwo nie będziedziałać skutecznie bez silnych i niezależnych instytucji — zaznacza Paweł Bukowski.

Odwrót globalizacji

„Francja musi zachować niezależność finansową oraz odbudować niezależność rolniczą, sanitarną, przemysłową i technologiczną” — mówił podczas orędzia prezydent Emmanuel Macron, sygnalizując, że po ugaszeniu pandemii trzeba się skupić na odbudowie niezależności gospodarki od zagranicznych, a w szczególności pozaeuropejskich elementów łańcucha dostaw.

Niemiecki rząd przyjął projekt nowelizacji ustawy o stosunkach gospodarczych z zagranicą, w którym chce istotnie poszerzyć swoje kompetencje w zakresie utrudniania obcym inwestorom przejmowania kontroli nad krajowymi koncernami. Uchwalenie podobnej ustawy w ostatnich dniach zapowiedziała także Jadwiga Emilewicz, wicepremier i minister rozwoju, i wkrótce — już we wtorek — projektem ma się zająć rząd. Przejmowanie polskich spółek przez podmioty spoza UE trzeba będzie notyfikować w Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów. W tym samym czasie Margrethe Vestager, komisarz Unii Europejskiej ds. konkurencji, w wywiadzie dla „Financial Times’a” nawoływała kraje członkowskie do kupowania udziałów w firmach dotkniętych giełdowymi spadkami, by blokować ich przejęcie przez Chiny. Przez ostatnie trzy lata do „języka” protekcjonizmu przyzwyczaił świat prezydent USA, który od początku kadencji obrał konfrontacyjny kurs w relacjach z Chinami, naciskając na amerykańskie korporacje, by produkcją powróciły do kraju. Teraz podobnym językiem zaczynają mówić europejscy przywódcy. Jakub Sawulski zauważa, że choć rządy mogą wymusić ograniczenie optymalizacji kosztowej w niektórych sektorach, globalizacja zostanie ograniczona dopiero wtedy, gdy firmy same zaczną stawiać na rodzimych dostawców:

— Wydaje się, że w wielu państwach zapada obecnie decyzja o tym, że pewne strategiczne dla bezpieczeństwa łańcuchy dostaw powinny być ulokowane w kraju. Chodzi na przykład o produkcję leków czy sprzętu medycznego. W niektórych sektorach państwo rzeczywiście może wymusić takie działania. Znaczące cofnięcie się globalizacji nastąpiłoby jednak, gdyby decyzje o przeniesieniu łańcucha dostaw do macierzystego kraju były podejmowane na poziomie przedsiębiorstw w różnych sektorach, bez presji ze strony państwa. Wycena ryzyka związanego z bezpieczeństwem dostaw zapewne wzrośnie i być może stanie się istotną częścią kosztów produkcji dóbr za granicą. Na tyle istotną, że firmy będą ściągały łańcuchy dostaw bliżej głównych państw, w których operują.

Jak zaznacza Paweł Bukowski, część ekspertów spodziewa się dokładnie takich kroków ze strony przedsiębiorstw na całym świecie:

- Zdaniem profesor Beaty Smarzyńskiej-Javorcik, głównej ekonomistki EBOR i światowego autorytetu w zakresie badań nad globalnymi łańcuchami dostaw, pandemia może diametralnie zmienić, lub nawet odwrócić, obecne trendy w globalizacji. Nawet w bardzo wczesnej fazie rozprzestrzeniania się wirusa, kiedy jeszcze nie było chorych w Europie, zachodnie firmy musiały wstrzymać produkcję lub świadczenie usług [np. konsultingowych — red.], ponieważ ich partnerzy z Azji nie mogli pracować. To uwidoczniło, że nawet lokalny kryzys, jakim była epidemia na początku, może mieć globalne skutki dla gospodarki światowej. Łańcuchy dostaw przenoszą szoki z kontynentu na kontynent, z jednej gałęzi do drugiej — tłumaczy ekonomista.

Jednocześnie istnieje szansa, że taka sytuacja może być szansą dla Polski:

- Firmy mogą chcieć się ubezpieczyć na przyszłość i przenieść z powrotem produkcję kluczowych komponentów. Paradoksalnie może na tym zyskać Polska. Będąc w podobnym miejscu w globalnym łańcuchu dostaw co Chiny, ale jednak znacznie bliżej geograficznie i kulturowo, nasza gospodarka może się stać bezpieczniejszą i efektywniejszą opcją dla zachodnich producentów — podkreśla ekspert.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcel Lesik

Polecane

Czytasz ten ważny tekst za darmo, wesprzyj nas! Zostań subskrybentem już od 7,90 zł/msc. przez 3 miesiące

Dołącz