Pekao polski do szpiku kości

O zdrowej polonizacji banków, sposobach na udźwignięcie podatku bankowego, kluczach do dobrobytu i włoskich błędach, których Polska może uniknąć, mówi Luigi Lovaglio, prezes Banku Pekao

„Puls Biznesu”: W ostatnich dniach znowu pojawiły się informacje dotyczące możliwej sprzedaży Pekao przez UniCredit. Doświadczenia z AIB i BZ WBK dowodzą, że wszelkie zapewnienia „nigdy nie sprzedamy sreber rodowych” potwierdzają tylko prawdziwość zasady „nigdy nie mów nigdy”.

Zobacz więcej

W ciągu 5 lat udzieliliśmy 40 mld zł kredytów, zapłaciliśmy 3 mld zł podatków, 10 mld zł wynagrodzeń, 7 mld zł dostawcom. Obsługujemy 5 mln klientów — przypomina Luigi Lovaglio, prezes Banku Pekao ARC

Luigi Lovaglio: Pekao to jest perełka. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić — ani z ekonomicznego, ani ze strategicznego punktu widzenia — żeby ktoś pomyślał o sprzedaży banku.

Odbieramy wiele sygnałów od inwestorów zagranicznych z rozmaitych branż, również z naszej, medialnej, w związku z sytuacją w Polsce. Nasi właściciele po raz pierwszy od wielu lat zadają pytania, co dalej z Polską, co z sytuacją gospodarczą. Niepokój wywołują pomysły gospodarcze, nowe podatki, pewne zamknięcie czy mniejsza otwartość na kapitał zagraniczny. Czy państwa właściciel, UniCredit, wysyła sygnały, zadaje więcej pytań?

Cieszymy się olbrzymim zaufaniem głównego akcjonariusza. Dopóki my, Bank Pekao, nie podnosimy tego typu kwestii, grupa wie, że wszystko jest pod kontrolą. Dochodzą natomiast do nas sygnały od innych inwestorów. Tym, co niepokoi rynek, jest niepewność, kiedy nie wiadomo dokładnie, co się dzieje. Alcide De Gasperi, szef pierwszego rządu Republiki Włoskiej, mawiał, że różnica pomiędzy politykiem a mężem stanu polega na tym, że polityk myśli o następnych wyborach, a mąż stanu — o następnych pokoleniach. Zawsze istnieje pokusa, aby podejmować decyzje korzystne w krótkim terminie, które jednak w dłuższym horyzoncie nie służą dobru kraju. Dobrze byłoby unikać nadmiernych ingerencji politycznych w gospodarkę. Dobrze byłoby uniknąć w Polsce błędów, które popełnialiśmy we Włoszech.

W jakich kategoriach rozpatrywać podatek bankowy? Jaki on będzie miał wpływ bezpośrednio na ceny usług banków, produktów bankowych i szerzej — na gospodarkę?

Uważam, że podwyższanie podatków nie jest kluczem do dobrobytu. Tylko wzrost gospodarczy przynosi poprawę standardu życia. Podatek bankowy wpłynie na dochodowość banków, ale przede wszystkim ograniczy możliwość generowania kapitału koniecznego dla wzrostu gospodarki. Mówiąc w uproszczeniu, obecnie bank musi posiadać kapitały w wysokości minimum 13 proc. wartości portfela kredytowego, czyli mając 1 zł kapitału, może udzielić 8 zł kredytu. Jeżeli bank nie generuje kapitału, trudno jest myśleć o zwiększeniu akcji kredytowej. Na Węgrzech po wprowadzeniu podatku bankowego wolumeny spadły o 25 proc. Jest ścisła korelacja pomiędzy podatkami a wzrostem kredytów. W średnim horyzoncie czasowym na pewno nie przyniesie to korzyści. To nie jest kwestia opinii ani poglądów politycznych, tylko matematyki.

Od kiedy jestem w banku, obiecałem sobie, że nie będzie zwolnień grupowych. Chciałbym zakończyć moją karierę, dotrzymując danego sobie słowa.

Minister finansów w odpowiedzi dla EBC stwierdza, że podatek nie będzie miał negatywnego wpływu na akcję kredytową.

Ja natomiast czytam wypowiedź Maria Draghiego, prezesa EBC, który powiedział, że niepokoi go negatywny wpływ podatkuna stabilność sektora finansowego, na wzrost kredytów i gospodarkę. Należy pamiętać, że decyzja o podatku nakłada się na niedawne wprowadzenie bardziej restrykcyjnych wymogów kapitałowych i jest podejmowana w okresie osłabienia dochodowości sektora i upadłości niektórych mniejszych banków, która jeszcze do niedawna była nie do pomyślenia. Jeżeli dodamy do tego jeszcze podatek, najwyższy w Europie, to skutki dla gospodarki mogą być tylko negatywne. Dzisiaj przewidujemy, że dynamika kredytów w sektorze wyniesie 3 proc. W listopadzie nasi ekonomiści prognozowali prawie 7 proc.

Który segment zostanie mocniej uderzony: korporacyjny czy detaliczny?

W detalu przewidywaliśmy wzrost o 6 proc. W styczniu obniżyliśmy prognozę do 3 proc. W korporacjach prognozy obniżyły się z 8 proc. do 6 proc. Nie chciałbym wdawać się w dyskusje polityczne, ale to, co powiedział prezes EBC, odzwierciedla moje wątpliwości, czy rzeczywiście przemyślano dogłębnie skutki wprowadzenia tego podatku.

Jaki wpływ będzie miał podatek na poszczególne produkty? Co będzie z hipotekami, kredytami dla samorządów, dużych korporacji, czyli generalnie produktami niskomarżowymi?

Pekao nie zmieni strategii wzrostu. Na rynku będzie jednak mniejsza skłonność do udzielania kredytów po cenach sprzed kilku miesięcy. Średnia cena kredytów dla dużych firm wynosiła 0,5 proc. — jeśli odejmiemy koszt podatku 0,44 proc., to w zasadzie nie ma już marży. Dlaczego więc zatem alokować tu kapitał, nie będąc w stanie osiągnąć odpowiedniego zwrotu. Mniejsze kredyty będą oznaczać mniejszy wzrost gospodarczy i mniejszy dobrobyt.

Pekao jest w dosyć komfortowej sytuacji, bo przez lata nazbierał kapitału. Właściwie można sobie założyć taki scenariusz, że podatek uderzy w mniejszych, bardzo aktywnych, agresywnych graczy „wyrywających” rynek. Kiedy wyhamują, panu będzie łatwiej prowadzić biznes.

Nie jesteśmy zainteresowani takim scenariuszem. Jesteśmy odpowiedzialnymi obywatelami. Uważamy, że zdrowa konkurencja jest konieczna. W ciągu ostatnich pięciu lat, działając w konkurencyjnym środowisku, udzieliliśmy 40 mld zł kredytów, zapłaciliśmy 3 mld zł podatków, 10 mld zł wynagrodzeń, 7 mld zł dla dostawców, obsługujemy 5 mln klientów. Mamy zainwestowane ponad 22 mld zł w obligacje polskiego rządu. Jesteśmy prawdziwymi patriotami.

W całej branży bankowej pracuje ponad 170 tys. osób. Mamy już pierwsze sygnały o restrukturyzacji zatrudnienia w pojedynczych bankach. Jak pan sądzi, jak podatek bankowy wpłynie na rynek pracy w sektorze bankowym?

Od kiedy jestem w banku, obiecałem sobie, że nie będzie zwolnień grupowych. Chciałbym zakończyć moją karierę, dotrzymując danego sobie słowa. Ogólnie rzecz biorąc, banki mogą stawić czoła tej sytuacji na trzy sposoby. Pierwszy to wzrost: więcej klientów, więcej wolumenów, większy bilans. Do tego potrzeba kapitału, a dziś niewiele banków nim dysponuje. Druga możliwość to dźwignia cenowa. Bank staje się bardziej selektywny, koncentruje się na bardziej dochodowych obszarach. Jeżeli nie można skorzystać z żadnej z tych dwóch opcji, żeby przeżyć, trzeba obniżać koszty. A koszty można obniżać w istotny sposób tylko poprzez zwolnienia.

Znowu pojawił się temat kredytów frankowych. On nie dotyczy Banku Pekao, ale kilku innych dużych banków tak. Jaka jest pańska opinia na temat pomysłów, które się pojawiły.

Widząc szacunkowe wyliczenia dotyczące ostatniej propozycji, można powiedzieć, że nastąpią znaczne osłabienie systemu bankowego i poważne konsekwencje dla gospodarki. Budzi też wątpliwości rozwiązanie, w którym, jak się wydaje, zwykli podatnicy mieliby wspierać tych, którzy mają kredyty we frankach.

Nowa władza podtrzymuje pomysł repolonizacji banków. To jest wizja polityczna czy ekonomiczna? Czy ma szanse na realizację?

Bogactwo kraju mierzy się możliwościami generowania wartości przez przedsiębiorstwa, a nie tym, kto kontroluje kapitał bankowy. Powinniśmy być dumni z naszego systemu bankowego, jednego z najstabilniejszych w Europie. Trzeba odróżnić polonizację od nacjonalizacji. Jeżeli polonizacja oznacza, że banki koncentrują się w sposób odpowiedzialny na rozwoju kraju, to jest to dobry pomysł. W tym sensie Pekao jest absolutnie spolonizowane. Ale jeśli polonizacja rozumiana jest jako kontrolowanie banków przez partie, które dbają o własne interesy, co kończy się zmianą zarządu banku po każdej zmianie władzy, to jest to bardzo negatywne zjawisko.

Repolonizacja to de facto sprowadzenie centrum decyzyjnego do kraju. Odbiera pan telefony z Mediolanu z instrukcjami, co robić, kogo kredytować? Oczywiście przerysowuję, ale jak to jest z niezależnością niekrajowych banków?

Nigdy nie było instrukcji z Mediolanu. Jesteśmy bankiem, który podejmuje decyzje na miejscu, nawet te o kredytach na miliardy złotych. Nie ma drugiego banku, który mógłby podejmować decyzje na takie kwoty, tak szybko i tak niezależnie.

Czy Pekao zamierza wziąć udział w ewentualnej konsolidacji branży bankowej?

Chcielibyśmy kupić jakiś bank, ale bez problemów z frankami szwajcarskimi i za cenę nieprzekraczającą wartości księgowej. Jeżeli znajdziemy taką instytucję, to ją kupimy.

To trochę zabawa we wróżkę, ale jak szacuje pan prawdopodobieństwo, że w ciągu roku kupicie jakiś bank?

Jeżeli rynek pójdzie w stronę, którą wszyscy analitycy przewidują, to niektóre banki nie będą miały powodów, żeby dalej tu działać. Może to więc być krótkoterminowy scenariusz. Zależy to od strategicznych inwestorów tych banków. Jeżeli chcą wyjść z rynku, muszą wziąć pod uwagę, jakie są rzeczywiste możliwości wyjścia.

Konsolidacja nie sprzyja wspomnianej przez pana przejrzystości, potwierdzają to przykłady innych krajów. Tam, gdzie 80 proc. rynku należy do czterech graczy, powstają oligopole, ceny idą w górę, a przejrzystość się rozmywa. Dzieje się to samo co na rynku telekomunikacyjnym.

Myślę, że w Polsce minie jeszcze trochę czasu, zanim nastąpi silna konsolidacja. Jest teraz właściwy moment na wzmocnienie zasad dla zapewnienia jak największej przejrzystości i stworzenia klientom możliwości dokonywania świadomego wyboru.

A co to znaczy? Jedna strona z tabelą opłat?

Myślę przede wszystkim o informowaniu klientów o stanie zdrowia banku, o zestawie informacji kwartalnych, które byłyby dobrowolnie publikowane przez banki w ustalonym formacie, uzupełnionych może także oceną KNF. Cały system bankowy powinien nad tym popracować.

Czyli rodzaj certyfikatu rzetelności dla banku?

W pewnym sensie, tak. Można to też nazwać ratingiem.

Wspomniał pan o błędach, które Włosi popełnili, a których my moglibyśmy uniknąć. Może pan rozwinąć tę myśl?

Dużym błędem była ingerencja polityczna w sektor bankowy. Jeżeli przyjrzymy się bankom, które upadły lub są w trudnej sytuacji, to na ogół są to instytucje, które pozostawały pod wpływem jakiejś partii. Nie mają znaczenia kolor ani poglądy danej opcji. Podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy byłem w Rzeszowie i przeczytałem, że w dawnych czasach miasto miało motto: Concordia res parvae crescunt, discordia maximae dilabantur, czyli „Zgodą rosną małe sprawy, niezgodą choćby największe upadają”. Myślę, że to właśnie zgody czasami brakowało we Włoszech. Jestem przekonany, że w naszym kraju wygra zgoda. Bez tego nie można iść do przodu, nie można się rozwijać i nie stworzy się dobrobytu. © Ⓟ

Trzeba odróżnić polonizację od nacjonalizacji. Jeżeli polonizacja oznacza, że banki koncentrują się w sposób odpowiedzialny na rozwoju kraju, to jest to dobry pomysł.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Tomasz Siemieniec, Eugeniusz Twaróg

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Banki / Pekao polski do szpiku kości