Planowe macerowanie

Wojciech Surmacz, Radosław Górecki
opublikowano: 2004-12-10 00:00

Miasto brzydkie, urbanistyczna stajnia Augiasza. Za to z potężnym potencjałem i jeszcze większymi nadziejami na jego wykorzystanie. Warszawa.

„Puls Biznesu”: Kto właściwie odpowiada za wygląd stolicy? I za to, co się z nią stało po 1989 r.?

Michał Borowski, naczelny architekt Warszawy: Po roku 1989 wszyscy byli głęboko przekonani o uniwersalizmie niewidzialnej ręki rynku, która świetnie przecież działa, jeśli chodzi o papier toaletowy czy pastę do zębów. Mówiąc o tym, co stało się po 1989 r., nie można też zapomnieć o podziale Warszawy na samorządne księstwa udzielne — czyli Miasto Wola, Miasto Ochota: każde z ratuszem i politykami. Fatalne! Jednocześnie bardzo dużo się budowało. W ciągu 10 lat powstało około 100 tys. mieszkań i 2 mln mkw. nowoczesnej powierzchni handlowej. Czy miasto stworzone wówczas jest ładne? Są przykłady dobrej architektury, ale nie ma dobrej urbanistyki. Dlatego, że jeżeli się nie wierzy w centralne planowanie, bo było i jest postrzegane jak bolszewicki wymysł, to się nie planuje. Tylko się udaje, że tak się robi.

To co Pan robi? Po co Pan jest?

Dobre pytania... Po co jestem? To pytanie z natury metafizycznych — o sens istnienia. Nie podejmuję się odpowiedzieć.

Ale niech Pan spróbuje.

No jestem z kilku powodów. Po pierwsze, dla kontynuacji gatunku... A już serio: wydaję pozwolenia na budowę, podejmuję decyzje o warunkach zabudowy. Biuro naczelnego architekta Warszawy to prawie ćwierć tysiąca urzędników, wydających 100 tys. decyzji i pozwoleń rocznie! Na naczelnym architekcie miasta spoczywa obowiązek planowania oraz realizacji wytycznych prezydenta zgodnie z jego rozporządzeniami. Muszę np. zadbać, by Krakowskie Przedmieście stało się tym, czym każdy by chciał, żeby było. Organizuję zatem przetarg na architektów, później na zarządzającego realizacją. Prezydent mówi: „Trzeba zrobić stadion”. Powołuje do tego jednostkę i mówi „pan będzie kierownikiem komisji przetargowej”. Także i po to jestem.

Żeby organizować?

Powiedzmy: żeby organizować organizację. Ale to nadal nie jest właściwa praca naczelnego architekta, tylko sytuacja, która się wytworzyła... Dalej: plac Piłsudskiego — ma być odbudowana pierzeja. Kto kieruje przetargiem? Ja. Trzeba zbudować most północny. ZDM powinien to zrobić, ale okazało się, że jego służby są słabe, a trzeba zorganizować konkurs architektoniczno-konstrukcyjny na projekt wiaduktów i mostu. No i ja to robię... Powtarzam: to nie praca naczelnego architekta, ale tak się złożyło, że to wszystko robię.

Musi Pan?

Muszę! A wymieniam tylko przykłady...

A czego by Pan chciał?

Ha, ha, ha! Chwila... Powiem tak: bardzo chętnie bym chciał kontynuować to, co zacząłem...

Czyli robić to, co Pan musi.

Muszę — w tym sensie, że jestem zatrudnionym urzędnikiem. Prezydent wydaje mi polecenia, rozporządzenia, ja je realizuję.

Ale jaką ma Pan wizję stolicy?

Warszawa jest miastem pozostawionym samemu sobie, kompletnie bezpańskim. Mam wizję miasta przyjaznego, bez samochodów stojących na wszystkich chodnikach. Wizję miasta, które jest „miastem miejskim”. Niezmiernie cierpię z tego powodu, że w Warszawie powstało wiele centrów handlowych — z których sam zresztą korzystam — bo one niszczą śródmieście.

Niestety, tego się już nie da odwrócić. Zapłacono.

Da się, jeśli miasto będzie miało pewne walory, których galeria handlowa nigdy mieć nie będzie. Jestem przekonany, że to Warszawa może być bardziej atrakcyjna — tak, że ludzie będą chcieli w niej przebywać, a nie uciekać do galerii.

Chce Pan zagrać na nosie Galerii Mokotów, Arkadii, Blue City?

Nie chcę nikomu grać na nosie. Chcę, by wszystkie kwiaty kwitły. Standardy europejskie mówią, że w rozwiniętych stolicach na jednego mieszkańca przypada około 2 mkw. powierzchni handlowej. W Warszawie w tej chwili to jeden metr. Czyli mamy jeszcze potencjał — tak mówią matematyka, logika i ci, co się na tym znają. Wszelkie szacunki wskazują, że w ciągu 10 lat Warszawie przybędzie minimum 2 mln mkw. powierzchni sprzedażnej. I teraz pytanie: gdzie? W 15 centrach handlowych czy w centrum miasta? A ja mówię: przy takiej polityce prezydenta Kaczyńskiego nie powstaną żadne nowe centra handlowe — poza może Miasteczkiem Wilanów. Za to w centrum staną trzy przepiękne domy towarowe, Smyk się rozwinie, wyrosną budynki wokół Pałacu Kultury i Nauki i miasto stanie się bardziej atrakcyjne. A potem niech będzie konkurencja!

Ze Złotymi Tarasami — największym centrum handlowym w Europie, które rośnie w samym sercu Warszawy? Ciężko będzie...

Złote Tarasy już istnieją i muszę się z nimi pogodzić.

Przecież one wyciągną ze ścisłego centrum wszystkich ludzi!

Gwarantuję panom, że jeżeli urządzimy — a mam nadzieję, że tak — przetarg na narożnik Marszałkowskiej i Al. Jerozolimskich i powstanie tam galeria handlowa, pasaż handlowy i biura łączące stację Śródmieście ze stacją metra, to bać powinny się Złote Tarasy! Tym obszarem interesuje się bowiem już trzech potężnych inwestorów. A zatem to nie problem, że są Złote Tarasy. Złote Tarasy będą miały problem! Powiem więcej: galerie handlowe takie jak Blue City też będą miały problem. Boję się, że za dekadę, a może nawet wcześniej, zaobserwujemy proces przekształcania się tych obecnych centr handlowych w slumsy handlowe... To wszystko już dawno w Stanach i Europie było.

Slumsy?

Zrobi się straszy smród, bo ludzie przestają tam chodzić... A potem? Nie wiadomo. Nie wiem, co dalej będzie, bo nie widzę przyszłości dla Blue City i Reduty.

Czyli za Dworcem Zachodnim zepsuto kawał miasta.

Tak.

I co z tym będzie?

Zacznie się macerować i obrastać miastem. W sposób kontrolowany, albo i nie.

Na razie kontroli nie ma.

Kompletnie. Tu właśnie zadziałała niewidzialna ręka. Niestety rynek wszystkiego nie rozwiąże. Warszawa będzie rosła — niezależnie od tego, czy tego chcemy czy nie. Za 20-30 lat może podwoić liczbę mieszkańców. Co to oznacza? 4 mln ludzi — podwojenie siły nabywczej! Prawdopodobnie za lat 25 będziemy potrzebowali cztery razy więcej powierzchni sprzedażnej. To sprowokuje absolutne zmiany — ta dodatkowa powierzchnia winna powstać w centrach dzielnicowych. To będzie proces. Jestem pełen optymizmu, bo widzę możliwości. I siłę.

No siła jest potężna... Często Panu proponują łapówki?

(chwila ciszy) Jak widzicie po moim zmieszaniu, takie propozycje dostaję... Ale już chyba wszyscy wiedzą, że ze mną się nie da! Niestety w mieście pracuje bardzo wielu urzędników.

Myśli Pan, że biorą?

Jestem o tym przekonany! Brak planów miejscowych sprzyja uznaniowości. Okazja czyni złodzieja — po prostu. Najważniejsze to nie piętnowanie tych ludzi, lecz stworzenie mechanizmów ograniczących możliwość łapówek. Za chwilę ogłosimy tzw. studium uwarunkowań. Każdy kwartał miasta będzie miał określoną funkcję. Tam, gdzie będą miały być mieszkania, biur już nie będziemy budować. To studium stanie się wolą polityczną rady miasta i prezydenta. Posteruje wszystkimi planami miejscowymi. To podstawa, początek planowania. Na pewno studium skrytytkują deweloperzy: powiedzą, że ograniczamy rozwój.

Niewidzialne ręce obronią wolny rynek!

Już teraz się mówi, że to, co robimy, ogranicza działalność budowlaną... Tylko że nie ma na to dowodów! W tym roku wydamy 10 tys. pozwoleń na budowę. Dokładnie tyle, co w zeszłym roku i dokładnie tyle, co w poprzednim.

Jak szybko wspomniane decyzje wcielicie w życie?

Wszystko opisano w mitologii. To stajnia Augiasza... Trzeba odwrócić degradację miasta. Chcemy ją zahamować, a to będzie trwało latami...