Po co pichcić, jeśli można zamówić

08-03-2018, 22:00

Trendy Aplikacje do zamawiania potraw z dostawą namieszały na rynku gastonomii. Efektem są nowe modele biznesowe, np. wirtualne kuchnie. A to dopiero początek

Coraz więcej Polaków jada posiłki, których nie przyrządza samodzielnie. Potwierdzają to wyniki raportu „Polska na talerzu 2017” przygotowanego przez IQS, według którego ponad połowa krajan stołuje się na mieście — zarówno w powszednie dni tygodnia, jak i w weekendy. Głównym powodem jest, jak się okazuje, brak czasu na przygotowanie posiłków. Z tego wynika również coraz większa popularność aplikacji do zamawiania jedzenia, dzięki którym użytkownik może otrzymać wybraną potrawę nawet w pół godziny.

Zobacz więcej

PRZEZ INTERNET DO LOKALU: Krzysztof Radoszewski, dyrektor generalny Uber Eats w Polsce, mówi, że użytkownicy, którzy zamawiają dania za pośrednictwem aplikacji, pojawiają się często również w lokalach stacjonarnych. Odkrywają dany punkt przez sieć, a potem — zachęceni — decydują się go odwiedzić, np. przy okazji niedzielnego obiadu z rodziną. Fot. ARC

— Widzimy dużą zmianę w wyborze dań oferowanych w dostawie. Wcześniej był to przede wszystkim tzw. comfort food, czyli pizza lub burgery, po które użytkownicy sięgali najczęściej w piątek wieczorem lub w pozostałe dni weekendu. Obecnie, dzięki różnorodnej ofercie gastronomicznej i cenowej, Polacy coraz częściej decydują się na zamawianie jedzenia również na co dzień — komentuje Krzysztof Radoszewski, dyrektor generalny Uber Eats w Polsce. Jednak, jak podkreślają specjaliści, pojawienie się aplikacji do zamawiania potraw z dostawą jest dopiero początkiem zmian, jakie zachodzą na polskim rynku gastronomicznym.

— Wciąż jesteśmy daleko za takimi państwami, jak Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone, w których dostawy jedzenia stanowią dużą część zysków restauracji. W Polsce wzrost tego typu zamówień jest zauważalny zaledwie od roku. Ponadto punkty gastronomiczne nie są jeszcze przygotowane, aby obsługiwać je w przemyślany sposób. Jednak mamy duży potencjał, a rynek dostaw jest wyraźną niszą do zagospodarowania. Myślę, że za 2-3 lata będzie to znacznie większy kanał sprzedaży dla restauracji i nie będą go ignorować — zapowiada Agata Godlewska, redaktor naczelna magazynu „Food Service”.

Obecnie dostawy są — jak podkreśla ekspertka — nowym sposobem dotarcia do klienta, a także sposobem na promocję. Są postrzegane jako pewnego rodzaju atrakcja i ułatwienie. Potwierdzają to również sami restauratorzy.

— Podchodzimy do tego projektu jak do dużego testu. Zdecydowaliśmy się na współprace z dostawcą m.in. dlatego, że oferuje on elastyczny model wyjścia. Gdy zauważymy negatywne wskaźniki, tj. bardzo duży spadek marży w całej firmie i odpływ naszych stałych klientów w lokalach stacjonarnych na rzecz zamawiających w inny sposób — będziemy zastanawiali się nad zakończeniem kooperacji. Na razie jednak widzimy pojawianie się nowych konsumentów i spadek marży traktujemy jako inwestycję w ich pozyskanie — mówi Katarzyna Czarnecka, menedżer marki w firmie Salad Story.

W stanie gotowości

Restauratorzy decydują się na współpracę z platformami oferującymi zamawianie potraw online przede wszystkim dlatego, że eliminuje to problem z dostawą. — Ponadto udostępniana jest im baza klientów serwisu, dostawcy oraz technologia, która wspiera rozwiązanie. Po stronie gastronomii pozostaje to, na czym znają się najlepiej — czyli przygotowanie jedzenia — zaznacza Krzysztof Radoszewski. Przed podjęciem decyzji o takiej kooperacji każdy właściciel lokalu gastronomicznego powinien zastanowić się, czy jest na to gotowy — przede wszystkim pod kątem operacyjnym.

— Restaurator musi sprawdzić, które dania najlepiej się sprzedają i czy można dostosować je do dostawy — w dużej mierze sprowadza się to do wyboru odpowiedniego opakowania. Warto, by zastanowili się na tym, w jaki sposób owe potrawy, w momencie dużego obłożenia, mogą przygotować trzy razy szybciej, nie tracąc przy tym na jakości — radzi Krzysztof Radoszewski.

— Jeśli restauracja czy inny punkt gastronomiczny jest rzetelny, oferuje dobrej jakości jedzenie, które potrafi przygotować na czas — nie musi do tego typu współpracy specjalnie się przygotowywać — uważa Paweł Zamoyski, właściciel Burger Baru i Pekin Expressu. Warto dodać, że według zasad współpracy B2B żadna restauracja nie będzie pozostawiona sama sobie. Jak podkreśla Krzysztof Radoszewski, w przypadku kooperacji z Uber Eats do dyspozycji restauratorów są osoby wspierające je merytorycznie w podejmowaniu decyzji biznesowych.

— Udostępniamy im także narzędzie, czyli tzw. menedżera restauracji, dzięki któremu mają wgląd w dane, choćby na temat najchętniej zamawianych dań. Widzą tam również komentarze i oceny zamawiających dotyczące zakupionych potraw. W planach mamy też wdrożenie rozwiązania, które — dzięki analizie historycznych danych — umożliwi restauratorom planowanie popytu na zamówienia — opowiada Krzysztof Radoszewski.

— Cały rynek gastronomiczny przenosi się w kierunku ułatwiania zamówień klientom i zbliżania się do nich przez różne narzędzia. Widać, że zmusiło to wielu starych graczy, takich jak pyszne.pl czy pizzaportal.pl, do różnych eksperymentów. Mam nadzieję, że nowości przełożą się na większą konkurencyjność, jeśli chodzi o prowizje. W przypadku takiej firmy jak nasza są one bardzo odczuwalne — mówi Katarzyna Czarnecka.

Nowe pomysły na klienta

Dynamicznie rozwijający się rynek gastronomiczny sprawił, że w Polsce zaczynają pojawiać się nowe modele biznesowe, wcześniej nieznane w naszym kraju. Na zachodnich rynkach już teraz działają restauracje, które nie mają punktów stacjonarnych — swoją sprzedaż opierają na obecności w aplikacji do zamawiania dań.

— W Polsce istnieje już kilka marek, które zdecydowały się działać w ten sposób. Taktyki na zrealizowanie tego pomysłu są zazwyczaj dwie. Pierwsza to tzw. virtual kitchen, czyli wirtualna kuchnia — polega ona na wydzieleniu z restauracji podmiotu działającego jedynie w aplikacji. Dania są przygotowywane w jednym miejscu, jednak z oddzielnego menu. Drugi model to tzw. blind kitchen, czyli kuchnia bez stolików, w której dania przyrządzane są wyłącznie do dostawy — opowiada Krzysztof Radoszewski.

— Punkty gastronomiczne oferujące dania tylko na zamówienie są jednym ze sposobów na rozwijanie biznesu. Takie lokale nie wymagają dużych inwestycji, bo nie trzeba przygotowywać pomieszczeń i dbać o obsługę klienta na miejscu. Wystarczy zaplecze i miejsce do pracy dla osób przygotowujących posiłki — dodaje Katarzyna Czarnecka.

W związku z tym, że konsumenci poświęcają coraz mniej czasu na zakupy spożywcze i przygotowanie dań, już teraz na Zachodzie dynamicznie rozwijają się również koncepty oferujące gotowe posiłki. Klient bierze z półki i kupuje jedzenie, które zostało przyrządzone maksymalnie godzinę wcześniej. Jak mówią eksperci, ten trend ma szansę pojawić się również w naszym kraju. Pojawienie się aplikacji gastronomicznych sprawiło również, że Polacy coraz chętniej otwierają się na nowe doznania kulinarne. Próbują potraw, które do tej pory nie były znane w naszym kraju. Dzięki temu restauracje oferujące chociażby kuchnie uzbecką czy gruzińską mają łatwiejsze wejście na nasz rynek.

— Rozmawiając z przedstawicielami Uber Eats z innych państw, dowiedzieliśmy się, że bardzo popularnym daniem oferowanym w dostawie jest hawajskie „poke bowl”. Wtedy w Warszawie tego dania nie można było nigdzie kupić. Po rozmowach z naszymi doradcami klientów kilka restauracji postanowiło podjąć ów temat. Obecnie w stolicy mamy kilkanaście miejsc, w których oferowane jest poke, czasami pod spolszczoną nazwą — micha — potwierdza Magdalena Szulc, rzecznik prasowy Uber Polska.

Sprawdź program konferencji "E-klient. e-Customer Journey", 6-7.06.2018 r., Warszawa >>

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Paulina Kostro

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Firmy / Po co pichcić, jeśli można zamówić