Mimo że pierwsze auto spalinowe odbyło jazdę próbną po ulicach Warszawy jeszcze w sierpniu 1896 r. (27 lat po pierwszym rowerze), to właśnie rowery były wówczas najczęściej spotykanymi pojazdami samojezdnymi i właśnie rowerzyści jako pierwsi musieli zdawać egzamin z ruchu drogowego.

Uprawnień udzielało Warszawskie Towarzystwo Cyklistów, i to tylko tym osobom, które ukończyły 17. rok życia.
Rowerzyści musieli pamiętać m.in. o latarce po zmroku, dzwonku, numerze rejestracyjnym i jeździe prawą stroną ulicy, a w przypadku napotkania „procesji, pogrzebu lub maszerującego wojska niezwłocznie zejść z welocypedu”.
Od 14 stycznia 1904 r. musieli również pamiętać o rocznym podatku w wysokości 1,5 rubla, płatnym z góry w kwietniu do kasy miejskiej, co prawdopodobnie nie stanowiło dla cyklistów wielkiego obciążenia, tym bardziej że „garniec wódki” (tzw. warszawski — 3,77 litra) kosztował około 6 rubli, a miesiąc wynajmu mieszkania na Pradze — 12.
Ówczesnym rowerom daleko było rzecz jasna do dzisiejszych. Przede wszystkim nie miały gumowych opon, opierały się głównie na obitych blachą drewnianych kołach, co w przypadku jazdy po brukowanych ulicach stanowiło raczej wstrząsające przeżycie.
Oficjalnie welocypedy dopuszczono do ruchu ulicznego już w 1896 r., cztery lata przed „samojazdami”.
Od początku bilans wypadków z ich udziałem był dosyć wysoki. W ciągu pierwszego miesiąca poturbowali pięciu przechodniów, a jeden z cyklistów omal nie zginął pod kołami dorożki, które wówczas niepodzielnie rządziły w stołecznym ruchu.
„Dziś chodzić, a szczególniej jeździć po Warszawie z ufnością w bezpieczeństwo osobiste niepodobna” — utyskiwał autor artykułu w „Przeglądzie Tygodniowym” z 1903 r. Jego zdaniem „podróż z Dworca Terespolskiego [Wschodniego — przyp. red.] na Dworzec Wiedeński nie powinna być dozwolona bez asekuracji”, czyli ubezpieczenia na życie.
Przymus posiadania ubezpieczenia komunikacyjnego (OC) pojawił się jednak w Polsce dopiero w 1961 r.
Wszystkie cytaty pochodzą z książki Stanisława Milewskiego „Życie uliczne niegdysiejszej Warszawy”, Wyd. Iskry 2013
[Fot. STANISŁAW BOGACKI ŹRÓDŁO BIBLIOTEKA NARODOWA]
Niewiele brakowało, a pierwszym silnikowym pojazdem dopuszczonym do ruchu w stolicy byłby… samochód elektryczny, jednak z uwagi na słabość baterii ostatecznie testowano spalinowe. Ich pojawienie się nie wzbudziło na początku większego zainteresowania — większą sensacją pozostawały rowery (welocypedy) i tramwaje. W „powóz systemu Benza”, jak wówczas nazywano automobile, mało kto wierzył. Jednak wraz z zamawianiem nowinki przez bogatych warszawiaków i informacją, że ten cud techniki rozpędza się do 20 wiorst na godzinę (21 km/h), ich popularność rosła.
Pierwsze prawo jazdy w Warszawie otrzymał w 1902 r. od oberpolicmajstra kierowca ratusza Wincenty Skrobecki (w Niemczech był to w 1888 r. sam Carl Benz). Egzamin zdawano przed szefem policji po dostarczeniu podania i rysunku pojazdu. Według pierwszego obowiązującego wówczas w Kongresówce Kodeksu ruchu drogowego, maksymalna prędkość w Warszawie wynosiła 12 wiorst (niecałe 13 km/h), a podczas jazdy zabroniono „wypuszczania dymu lub pary”.
