W pierwszych miesiącach funkcjonowania gabinet Kazimierza Marcinkiewicza musiał stawić czoło w zasadzie tylko dwóm poważnym protestom — strajkowi lekarzy oraz groźbie górniczej manifestacji. Górników udało się ugłaskać, lekarzy już mniej, dlatego PiS w swoim projekcie ustawy zdrowotnej przelicytowuje rządowe propozycje podwyżek. To dla rządu kłopot, ale niewielki w porównaniu z tym, co czeka go w najbliższych miesiącach.
Niezadowolenie rośnie w wielu zakładach i branżach — energetycy protestują przeciwko planom restrukturyzacji, pracownicy PGNiG wciąż czekają na pakiet swoich akcji, naukowcy i dziennikarze burzą się przeciwko propozycjom podatkowym. Pojawił się też chętny do koordynacji wszystkich protestów — Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych. Szef tej centrali w ubiegłym tygodniu zapowiedział powołanie ogólnopolskiego komitetu protestacyjnego. To, czy takie ciało powstanie, uzależnia od wyniku dzisiejszych rozmów prezydium Komisji Trójstronnej z premierem Marcinkiewiczem.
Mało prawdopodobne, aby premierowi udało się oczarować związkowców z OPZZ na tyle, aby odstąpili od swoich planów. I to z trzech powodów. Po pierwsze dlatego, że zbliżają się wybory (co prawda tylko samorządowe, ale zawsze) i protesty przeciwko rządom PiS są dla związanej z SLD centrali związkowej naturalną rozgrywką. Po drugie, rząd niejako sam zachęcił do protestów — częściowe zwycięstwa górników i lekarzy są dla innych grup zawodowych jasnym sygnałem, że jak się wystarczająco mocno tupnie, to podwyżkę się dostanie. Po trzecie, kończy się kredyt zaufania dany rządowi przez wyborców, którzy oczekują realizacji obietnic wyborczych. Nie chodzi nawet o konkrety — o te nieszczęsne trzy miliony mieszkań. Raczej o rozbudzone oczekiwania radykalnego przełomu — przyjaźniejsze, dostatniejsze i uczciwsze państwo. Takiego państwa nie buduje się z dnia na dzień, ale podczas kampanii wyborczej politycy o tym nagminnie zapominali. Podobnie jak o tym, że najbardziej bolą zawiedzione nadzieje. Wystarczająco dobitnie przekonali się o tym Marian Krzaklewski i Leszek Miller.
Nie znaczy to, że rząd nie może ugasić tych protestów. Sęk w tym, że praktycznie jedynym środkiem gaśniczym, jakim dysponuje, są pieniądze budżetowe. A tych nie ma w nadmiarze.