Receptura kremowej sukcesji

opublikowano: 10-06-2022, 17:02
Play icon
Posłuchaj
Speaker icon
Close icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl

O trudnych początkach i jeszcze trudniejszej sukcesji oraz wyzwaniach w rodzinnej firmie —mówią Irena Eris i Henryk Orfinger.

Rozmowy na szczycie:
Rozmowy na szczycie:
Podcast nagraliśmy podczas Forum na Wzgórzach — forum firm rodzinnych zorganizowanego w czerwcu przez Puls Biznesu.
MAREK WISNIEWSKI

Jak powstała wasza firma rodzinna? Kto kogo wciągnął do biznesu — pan panią Irenę, czy pani Irena pana?

Henryk Orfinger: Każdy ma inne zdanie.

Irena Eris: Nie, myślę, że mamy wspólne zdanie. Zaczynaliśmy biznes w 1983 r., przygotowywaliśmy się cały rok, bo byliśmy wtedy tzw. prywaciarzami, którym nie ułatwiało się rozpoczynania prywatnej działalności. Ja jako farmaceutka mogłam założyć firmę, byłam profesjonalistką i widziałam, co chcę robić, natomiast mąż włączył się od samego początku, i bardzo, bardzo psychicznie mnie wspierał, bo to była bardzo trudna decyzja.

A jak pan to pamięta?

Henryk Orfinger: Żeby prowadzić działalność rzemieślniczą w tamtym czasie, trzeba było mieć uprawnienia. Żona mogła mieć uprawnienia na produkcję kosmetyków z ra

cji swojego wykształcenia. Ja mogłem mieć uprawnienia na produkcję znaków drogowych, bo takie mam wykształcenie. Taki mieliśmy wybór i wiadomo, jakiego dokonaliśmy. Potem był rok borykania się z różnymi pozwoleniami i w 1983 r. ruszyliśmy.

O podziale zadań zdecydowały kompetencje?

Irena Eris: Od początku wiedziałam, co i jak chcę robić, jak i jakie kremy chcę robić…

Henryk Orfinger: No wiesz, mogłabyś malować moje znaki drogowe...

Irena Eris: Nie bardzo by mi wyszło, szczerze powiedziawszy...

Henryk Orfinger: Wtedy, w 1983 r., z kosmetykami też nie wiedzieliśmy, czy nam wyjdzie. Życie jest pełne niewiadomych. Oboje wiedzieliśmy, co chcemy robić, a obowiązki ułożyły się w ramach tego, co umiemy i co czujemy. Widzi pan, jak się pięknie zgadzamy. Tak wygląda nasze wspólne życie od ponad 50 lat.

Na ile w firmie rodzinnej da się rozdzielić życie prywatne od życia zawodowego? Przy świątecznym stole omawiacie wyniki, plany, strategie, czy macie jakąś złotą zasadę, że od godziny X nie rozmawiacie o firmie?

Irena Eris: Nie, nie, nie. Przynoszenie pracy do domu jest błędem…

Henryk Orfinger: Irena, przynosimy…

Irena Eris: Ale nie tak, jak większość ludzi myśli, że cały czas tylko firma, firma, firma... Uważam, że każdy powinien mieć kilka sfer życia.

Henryk Orfinger: Oczywiście przy stole świątecznym nie rozmawiamy o firmie. Przychodzą dzieci, wnuki i tam absolutnie nie ma nawet słowa na temat firmy, ale na co dzień w domu dosyć często rozmawiamy o firmie. We dwójkę.

Irena Eris: Moglibyśmy częściej. Na szczęście w pracy również jesteśmy razem, więc jest okazja, by rozmawiać, konsultować. Z drugiej strony mamy oddzielne kawałki biznesu i każdy ponosi odpowiedzialność. Na pewno nie ograniczamy się tylko i wyłącznie do firmy, aczkolwiek firma jest naszą pasją i czymś, w co jesteśmy zaangażowani nie tylko dlatego, żeby robić biznes, ale dlatego, że po prostu sprawia nam to przyjemność. Budowanie czegoś, tworzenie nowych produktów, dbanie o to, żeby ludzie chcieli z nami latami pracować...

Macie za sobą sukcesję — kilka lat temu stery firmy przejął syn. Dobrze poszedł ten proces? Co było w sukcesji najtrudniejsze? Trudno było oddać władzę?

Henryk Orfinger: To nie do końca tak. Irena robi to, co robiła cały czas, i właściwie nic się nie zmieniło. Ja oddałem władzę Pawłowi. To strasznie trudny proces, ale wcale nie dlatego, że sukcesor jest dobry czy zły. Mało osób sobie z tego zdaje sprawę, że większość sukcesji jest w Polsce nieudana, tylko nikt się do tego nie przyzna. Ja z szacunku nie będę wskazywał przykładów nieudanej sukcesji czy prób sukcesji. To trudny proces dla obydwu stron, i dla przekazującego, i dla biorącego. Naprawdę trzeba mieć dużo samozaparcia i umiejętności znalezienia się w tym, żeby spokojnie przeżyć kilka lat. My mamy już trzy lata za sobą i nasz stosunek jest trochę luźniejszy. Trochę to wszystko się poukładało, ale naprawdę jest to bardzo trudny proces. Czy sukcesja się udała? Jest bardziej udana, niż myślałem, a czy jest naprawdę udana, przekonamy się dopiero za parę lat.

A co w tym procesie jest takiego trudnego?

Henryk Orfinger: To mentalnie trudna sytuacja. Sukcesor ma wzorce, które bardzo na nim ciążą, musi pokazać, że jest nie gorszy niż ci, co mu przekazują.

Irena Eris: Jest presja oczekiwań. Jeżeli poprzednie pokolenie osiągnęło jakiś sukces, to następne jest porównywane. Tak jest zresztą nie tylko w biznesie, ale również w show biznesie. Wszędzie słyszymy: „A ojciec był taki, a córka czy syn tacy”. Potomkowi takiej osoby bardzo ciężko się wybić, żeby dorównać ojcu czy matce, którzy osiągnęli sukces.

Henryk Orfinger: Musi być odporny psychicznie, żeby tę barierę pokonać i normalnie funkcjonować. Dlatego jest tak mało sukcesji w polskich firmach, nie tylko udanych, ale w ogóle przeprowadzonych. Kolejne pokolenie często nie chce brać na swoje barki ciężaru prowadzenia firmy, która kojarzy się z rodzicami. Rodzice tworzyli firmę, świetnie nią zarządzali i nagle ja mam to przejąć i prowadzić? Wielu potomków mówi: „Idę swoją drogą, zdobyłem wykształcenie, mam jakieś pomysły”.

Irena Eris: Mamy dwóch synów. Jeden chciał się zaangażować w biznes rodzinny, a drugi powiedział: „Nie, idę swoją drogą”. My to rozumiemy i szanujemy, bo uważam, że dziecka nie można zmuszać do czegoś, a nawet się nie da, o czym chyba wszyscy rodzice wiedzą.

To może lepiej było firmę sprzedać?

Henryk Orfinger: Sprzedać i co dalej?

Państwo kupiliby sobie jacht, a synowie mieliby pieniądze na założenie biznesów?

Henryk Orfinger: Żeby założyć biznes, nie trzeba mieć pieniędzy, czego jesteśmy najlepszym dowodem. Najpierw pomyśl o biznesie, a później zobaczymy, co dalej — taka droga zawsze była otwarta dla naszych synów. Zresztą jest otwarta dla każdego, bo mamy erę start-upów, firm w których liczy się pomysł, wizja, bo o pieniądze można się później postarać. Jacht? Moglibyśmy go kupić, nie sprzedając firmy. Nie o to chodzi w biznesie. W naszej firmie zajmuję się finansami, ale do pieniędzy mam podejście, którego większość ludzi nie rozumie — uważam, że pieniądze w nadmiarze przeszkadzają, a nie pomagają. Firma ma dużą wartość, sprzedam ją, zostawię pieniądze dzieciom i zniszczę im życie od nadmiaru.

Była już decyzja syna, o której pan pomyślał, że zrobiłby zupełnie inaczej?

Henryk Orfinger: Oczywiście, że tak. Najważniejsze, że skala i problemy z tym związane były nieistotne. Trzeba umieć przejść nad tym do porządku dziennego i nie robić z tego problemu.

Irena Eris: Ale zawsze w człowieku jest przekonanie, że sam potrafi najlepiej, prawda? Tak samo jest z delegowaniem obowiązków i decyzji. Jak nasza firma się rozrastała, to delegowanie uprawnień na pracowników było bardzo trudne. Zresztą kobiety często popełniają taki błąd — mąż na przykład chce odkurzyć, a ona mówi: „Nie, nie odkurzaj, bo źle to zrobisz”. Niech odkurza, raz, drugi, trzeci, aż się nauczy...

Rozmawiamy podczas Forum na Wzgórzach — spotkaniu firm rodzinnych, więc muszę zapytać o największe wyzwania, przed jakimi one teraz stoją?

Henryk Orfinger: Oczywiście jest masa wyzwań, które stoją przed wszystkimi firmami, ale takie typowe dla firm rodzinnych to sukcesja. To jest bardzo trudny, duży problem, z którym większość firm nie umie sobie poradzić.

Irena Eris: Duża grupa firm stoi przed takim problemem. Nasze firmy zaczęły się tworzyć w okolicach transformacji. Pokolenie, które je tworzyło, zaczyna, brutalnie mówiąc, starzeć się i zastanawiać, co dalej? Udało się stworzyć biznes, ale każdy by chciał, żeby ten biznes był później przekazany.

Rozmowa jest fragmentem podcastu: Z rodziną najlepiej wychodzi się... w firmie.

Szukaj Pulsu Biznesu do słuchania w Spotify, Apple Podcast, podcast Addict lub Twojej ulubionej aplikacji

Goście: Irena Eris i Henryk Orfinger — Dr Irena Eris, Marek Piechocki — LPP, Grzegorz Putka — Piekarnie Cukiernie Putka, Krzysztof Pawiński — Maspex, Wojciech Fedoruk— BNP Paribas

Posłuchaj całości:

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane