Czytasz dzięki

Rynki wschodzące czekają na swój moment

Niebawem może pojawić się dobra okazja do zakupów aktywów z gospodarek rozwijających się, oceniają specjaliści.

Pojawienie się perspektywy opanowania pandemii COVID-19 pomogło wschodzącym rynkom akcji w odrobieniu dużej części strat z marcowego krachu. Mimo to ich zachowanie wciąż jest słabsze niż w przypadku giełd z krajów rozwiniętych. W skali tego roku indeks MSCI Emerging Markets notuje 18-procentową stratę, podczas gdy analogiczny wskaźnik dla rynków dojrzałych utrzymuje się na wyraźnie mniejszym, bo 13-procentowym minusie.

Zdaniem Jarosława Leśniczaka, zarządzającego w TFI PZU, do takiego stanu rzeczy przyczynia się fakt, że epidemia przechodzi przez gospodarki rozwijające się z opóźnieniem. O ile w krajach zachodnioeuropejskich spadek liczby zachorowań pozwala na łagodzenie ograniczeń, o tyle krzywa epidemiczna wciąż wznosi się, chociażby w Rosji, Brazylii, Meksyku czy RPA.

— W szeregu ważnych krajów rozwijających się wciąż perspektywy otwarcia gospodarek są słabsze. Głównej przyczyny słabszego zachowania tych rynków upatrywałbym jednak w tym, że możliwości stymulacji fiskalnej i monetarnej są tam mniejsze niż w przypadku gospodarek rozwiniętych — zauważa Jarosław Leśniczak.

Wschodzący, czyli ryzykowny?

W rezultacie recesja może być tam głębsza, a im dłużej będzie ona trwała, tym większe problemy płynnościowe dla przedsiębiorstw będzie oznaczała. Słabsze zachowanie rynków wschodzących nie dziwi również Marka Buczaka, niezależnego inwestora, a w przeszłości zarządzającego m.in. w towarzystwie Quercus TFI.

— Akcje z rynków wschodzących mają wyższy profil ryzyka. Dlatego w mniejszym stopniu zyskały na poprawie płynności, związanej z nadzwyczajnym łagodzeniem polityki monetarnej wiodących banków centralnych — zauważa Marek Buczak.

Oferowane przez krajowe towarzystwa fundusze akcji rynków wschodzących są w tym roku na głębokim minusie. Wśród 11 takich funduszy przeciętna strata przekracza 18 proc., a najlepszy, Skarbiec Emerging Markets Opportunities, traci 10,5 proc. Tymczasem niektórym segmentom globalnych rynków akcji udało się już wyjść w skali tego roku na plus. Przykładem jest indeks amerykańskich spółek technologicznych Nasdaq, który nad kreskę wyszedł w ubiegłym tygodniu. Bliźniaczy Nasdaq100, oparty na blue chipach z tego rynku, jest już w tym okresie na ponad 4-procentowym plusie.

Preferowanie spółek technologicznych zza oceanu pokazuje, jak ostrożni — mimo pokaźnej skali odbicia na rynkach akcji — pozostają inwestorzy. Solidne bilanse i odporność prowadzonej działalności na ograniczenia związane z sytuacją epidemiczną są dla inwestorów argumentem przeważającym nad wysokimi wycenami. Choć wyceny wielu spółek notowanych na rynkach wschodzących są na tym tle wyjątkowo atrakcyjne, to wciąż jest to za mało, by szerzej przyciągnąć do nich kapitał.

Przełom na horyzoncie

Przestrogą przed zbyt pochopnym sięgnięciem po aktywa silnie uzależnione od koniunktury mogą być ostatnie prognozy Citigroup. Zyski spółek skurczą się w tym roku w skali świata bardziej, niż jest to uwzględnione przez dotychczasowy spadek wycen, oceniają stratedzy amerykańskiej instytucji. Obecnie mamy do czynienia z niepewnością w większej skali niż po upadku banku Lehman Brothers, przyznaje Marek Buczak.

— Nie wiadomo, czy i kiedy uda się wynaleźć szczepionkę ani czy nie dojdzie do drugiej fali epidemii. Ten ostatni scenariusz mógłby oznaczać, że stracony dla spółek będzie nie tylko 2020, ale też 2021 r. Fala niewypłacalności spółek wciąż jest przed nami — zauważa inwestor.

Zdaniem Marka Buczaka w tym momencie wciąż wydaje się za wcześnie, by inwestorzy zaczęli się gremialnie garnąć do rynków wschodzących. O ile jednak w najbliższych tygodniach słabsze zachowanie wschodzących rynków akcji może się jeszcze utrzymać, o tyle już pod koniec roku to właśnie one mają szanse zacząć przynosić wyższe stopy zwrotu.

— Jeśli na głównych parkietach dojdzie do korekty zwyżek z ostatnich tygodni, to będzie to dla inwestorów dogodną okazją do stopniowego zwiększania ekspozycji także na rynki wschodzące — ocenia Marek Buczak.

Według niego inwestorzy długoterminowi po ewentualnychspadkach mogą upatrywać okazji do zakupów akcji na emerging markets. Wysokie wyceny zniechęcają do inwestowania na rynkach rozwiniętych, a w bazowym scenariuszu indeksy rynków wschodzących powinny kończyć rok na wyższych pułapach od obecnych, dodaje inwestor. Bardziej sceptyczny jest Jarosław Leśniczak.

— Jeśli odbicie będzie utrzymywało się na rynkach dojrzałych, to również rynki wschodzące na tym skorzystają, jednak tempo zwyżek prawdopodobnie będzie tam słabsze — przewiduje specjalista.

Dla ostrożnych obligacje

Jego zdaniem lepszym sposobem, by wykorzystać potencjał przyszłego ożywienia w gospodarkach rozwijających się, jest postawienie na papiery dłużne. Indeksy obligacji rządów krajów rozwijających się tąpnęły podczas marcowego załamania na rynkach aktywów ryzykownych, a późniejsze odrabianie strat było słabsze niż w przypadku indeksów cen akcji. Jednak zdaniem Jarosława Leśniczaka przemawia za nimi korzystna relacja potencjalnego zysku do ryzyka.

— Szczególnie atrakcyjne wydają się obligacje rynków wschodzących denominowane w twardej walucie — ocenia zarządzający TFI PZU.

Jego zdaniem ucieczka inwestorów do bezpiecznych aktywów doprowadziła do powstania nieracjonalnie dużej różnicy między rentownościami papierów krajów rozwiniętych i rozwijających się. Spekulacje pod powolne zmniejszanie się tej różnicy, zapowiedź wsparcia ze strony MFW, a wreszcie podjęcie skupu obligacji również przez banki centralne z rynków wschodzących — to według Jarosława Leśniczaka argumenty za kupowaniem tych papierów.

— Nie ma się co kłócić z bankami centralnymi. Trzeba jednak uważać na kraje, które mogą być zagrożone bankructwem — zastrzega specjalista.

Wśród rynków akcji Jarosław Leśniczak unikałby tymczasem m.in. Brazylii, Turcji i RPA, przeciwko którym przemawiają niski potencjał wzrostu, niesprzyjająca reformom sytuacja polityczna oraz ryzyko związane z COVID-19. Paradoksalnie na rynkach wschodzących najlepiej na najbliższe miesiące rokuje ten sam sektor, który dotychczas ciągnął w górę indeksy giełdowe z krajów rozwiniętych, ocenia zarządzający TFI PZU.

— Spółki technologiczne są drogie, jednak za sprawą pandemii po raz kolejny dostały wiatr w żagle. Wciąż unikałbym jednak najsilniej uzależnionych od globalnej koniunktury banków i spółek z branży dóbr konsumpcyjnych — dodaje Jarosław Leśniczak.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marek Wierciszewski

Polecane