Właściwe terytorialne komisje wyborcze przyjmują do godziny 16 ostatnie listy chętnych do objęcia mandatów w radach gmin/miast, powiatów, sejmikach wojewódzkich, a w Warszawie – także w radach 18 dzielnic. Wyłącznie stolica ma jednostki pomocnicze utworzone ustawowo, ludnościowo ogromne w porównaniu ze zdecydowaną większością gmin/miast w Polsce. W innych metropoliach, a także w mniejszych miastach dzielnice tworzone są na poziomie statutowym i wybory do ich władz odbywają się w zupełnie innych terminach. Podobnie dzieje się w sołectwach w gminach wiejskich.
Termin zgłaszania kandydatów na wójtów/burmistrzów/prezydentów upływa dopiero 14 marca. To przesunięcie w czasie wynika z przepisów kodeksowych – otóż potencjalni jednoosobowi władcy (określenie bardzo zasadne) zgłaszani są pośrednio tylko przez komitet, który wcześniej prawidłowo zarejestrował listy kandydatów na radnych w co najmniej połowie okręgów w danej gminie/mieście. To paradoks, że potężny lokalny decydent w ogóle nie ubiega się u mieszkańców o podpisowe poparcie, tak jak musi to zrobić kandydat na prezydenta RP. Pośrednie rozwiązanie weszło w życie w 2002 r. – chodzi o to, by władca wybrany bezpośrednio przez mieszkańców miał programowe powiązanie z gminnym/miejskim parlamentem. W praktyce komitet wójta/burmistrza/prezydenta obsadza niemal wszystkie okręgi, żeby drużyna władcy w radzie była jak najliczniejsza, a najlepiej stanowiła większość bezwzględną.
Przepisy kodeksowe w praktyce stworzyły samorządowy dualizm ustrojowy. Na poziomie województw i powiatów mamy typowy ustrój parlamentarno-gabinetowy, jak na poziomie kraju. Marszałków/starostów i całe kolegialne zarządy wybierają/odwołują radni sejmików/rad. O obsadzie organów wykonawczych decyduje wyłącznie relacja mandatów zdobytych przez poszczególne komitety, powstają arytmetyczne koalicje etc. – czyli wszystko jak w Sejmie. W gminach/miastach natomiast istnieje zupełnie inny ustrój, silny prezydencki – to określenie dotyczy oczywiście nie tylko prezydentów największych miast, lecz generalnie wójtów/burmistrzów. W coraz większej liczbie gmin/miast kandydaci na ich władców uciekają wizerunkowo od barw partyjnych, wstawiając do szyldów komitetów po prostu własne nazwiska. Co okazuje się bardzo skuteczne – znane są z niewielkich gmin przypadki, że taki spersonifikowany komitet obsadza w radzie 15 mandatów na 15, zatem staje się ona prywatną przybudówką wójta/burmistrza, automatycznie zatwierdzającą wszystkie uchwały. Na drugim biegunie zdarzają się sytuacje znacznie rzadsze, że wybrany zostaje kandydat – zwłaszcza w dogrywkowej drugiej turze, odbywającej się dwa tygodnie po wyborach rady – z zupełnie innej opcji niż reprezentowana przez większość radnych. Wtedy konieczna jest lokalna kohabitacja, która układa się bardzo różnie. W razie konfliktu dojrzewa inicjatywa referendum w sprawie odwołania przez mieszkańców albo wójta/burmistrza/prezydenta, albo rady, a nawet obu organów jednocześnie.
Przypomniałem skrótowo złożoność samorządowego ustroju nieprzypadkowo. Kampania wyborcza w mediach ogólnopolskich koncentruje się na dwóch wątkach – walce o wojewódzkie sejmiki, będącej przedłużeniem starcia krajowego z 15 października 2023 r., oraz spektakularnych rywalizacjach o prezydentury metropolii. Te wątki są naturalnie najłatwiejsze do przekazania i najbardziej nośne. Tymczasem prawdziwy samorząd w Polsce to absolutnie nie upartyjnione w 100 proc. sejmiki, również nie upartyjnione w 90 proc. rady powiatów, lecz gminy/miasta, w szczególności dominujące liczebnie małe do 20 tys. mieszkańców. Niestety, z wyborów na wybory ich władze również stają się coraz bardziej upartyjnione.

