Silny dolar to zła wróżba

opublikowano: 15-12-2016, 22:00

Złoty mocno traci do amerykańskiej waluty, ale to jeszcze nie problem. Ważniejsze jest to, na jak długo kapitał odpłynie z rynków wschodzących

Kurs USD/PLN wzrósł w czwartek do poziomu najwyższego od 2002 r., bo inwestorzy nie byli przygotowani na scenariusz, jaki na przyszły rok przedstawili członkowie amerykańskiego banku centralnego. Zamiast spodziewanych dwóch kolejnych podwyżek stóp procentowych mogą być trzy. Mogą, ale oczywiście nie muszą, bo niemal dokładnie dwanaście miesięcy temu Fed był nie mniej jastrzębi, a skończyło się na ledwie jednej podwyżce kosztu pieniądza. Na razie wiara rynków w przekaz Fedu jest mocna, choć wczoraj w trakcie dnia trochę zelżała. Bartosz Arenin, zarządzający funduszami w AgioFunds TFI, radzi, by z oceną konsekwencji decyzji Fedu wstrzymać się co najmniej klika dni.

— Jest zbyt wcześnie, żeby oszacować kierunek, w którym podążą rynki. Niemniej jednak, jeżeli do zapowiadanych przez Fed podwyżek stóp w przyszłym roku rzeczywiście miałoby dojśc, to wygranym powinien być dolar. To zaś poprzez rynek surowców [mocny dolar nie sprzyja ich cenom — red.] może odbić się negatywnie przede wszystkim na emerging markets. Rynek lubi jednak dyskontować przyszłe wydarzenia dość szybko, co może oznaczać, że kolejne podwyżki stóp są już w cenach i niekoniecznie musimy obserwować dalsze umocnienie dolara — mówi ekspert.

— Należy liczyć się z efektem ubocznym mocnego dolara, a więc napływem kapitału do USA, kosztem właśnie rynków wschodzących — potwierdza Tomasz Manowiec, zarządzający funduszami w Noble Funds TFI. To byłaby zła wiadomość dla polskich obligacji i akcji, a w ślad za tym także dla złotego. Grzegorz Zatryb, zarządzający funduszami w Skarbcu TFI, również nie ma wątpliwości, że mocniejszy dolar prawdopodobnie utrudni życie posiadaczom aktywów z rynków wschodzących, ale może to być skutkiem samospełniającej się przepowiedni.

— Z jednej strony mocniejszy dolar może zaszkodzić rynkom wschodzącym, przede wszystkim przez wzrost zadłużenia dolarowego. Dotyczy to szczególnie Azji i Ameryki Południowej. Ale nie tylko, bo nas także. Z drugiej strony jednak trzebapamiętać o tym, że mocniejszy dolar oznacza spadek wartości walut krajowych na tych rynkach, w ślad za czym podąża wyższa inflacja, która natomiast obniża wartość długu krajowego. Nie jestem więc jednoznacznym pesymistą w ocenie wpływu mocniejszego dolara na emerging martkets. Niemniej ważne jest to, co myśli rynek. A on uważa, że mocniejszy dolar oznacza problemy dla tych rynków i będzie grał właśnie pod taki właśnie scenariusz — twierdzi Grzegorz Zatryb.

Bilans korzyści

Bartosz Arenin podkreśla, że umocnienie dolara, przy założeniu, że czynnik wzrostu zadłużenia dolarowego przeważy, jest niekorzystne dla finansowej części gospodarki. Dla sfery realnej, a więc w pierwszej kolejności dla eksporterów, będzie jednak korzystny. I to nie tylko dla firm z rynków wschodzących, ale także z Europy Zachodniej.

— Mocny dolar powinien wspierać konkurencyjność eksportu rynków rozwiniętych. Obecnie kurs EUR/USD zmierza w kierunku parytetu [a więc kursu 1,0 — red.], co teoretycznie powinno wspierać europejską gospodarkę — mówi Bartosz Arenin. Dla polskiej gospodarki byłaby to dobra wiadomość, zwłaszcza że słaby do dolara złoty oznacza także zwykle słabość względem euro. Samo powiązanie z gospodarką amerykańską jest jednak niewielkie. — Bezpośrednie kontakty gospodarcze z USA nie są na tyle silne, aby zmiany za oceanem wpływały w sposób istotny na naszą koniunkturę — uważa Tomasz Manowiec.

Czego zabrakło

Grzegorz Zatryb, zarządzający Skarbiec TFI, zwraca uwagę na to, że w komunikacie Fedu nie było ani słowa o potencjalnej stymulacji fiskalnej, którą zapowiedział Donald Trump w powyborczym przemówieniu. Jeśli do tego dojdzie, gospodarka USA może rosnąć szybciej, niż wynika to z mechanizmów cyklicznych.

— To dodatkowy element, który nie tylko w ramach normalizacji, ale również równoważenia gospodarki może wymusić dalsze podwyżki stóp. Obstawiałbym trzy dalsze podwyżki w przyszłym roku, nie wykluczając przy tym czwartej, właśnie ze względu na ekspansywną politykę fiskalną — mówi zarządzający Skarbca. Normalizacja oznacza zaś powrót do sytuacji, w której Rezerwa Federalna odzyska możliwość manewrowania stopami procentowymi, w przypadku gdy gospodarka zacznie hamować.

— Od dłuższego czasu polityka pieniężna w Stanach Zjednoczonych była bardzo łagodna. Tamtejsza gospodarka stopniowo się jednak rozpędza, co widać chociażby po rynkach: pracy, mieszkaniowym czy kredytowym, a stopy procentowe są właściwie zerowe. Historycznie Amerykanie wchodzili w takie otoczenie z rozsądnym poziomem stóp procentowych, który dawał władzom monetarnym możliwość luzowania polityki w sytuacji, gdy gospodarka zwalnia. Obecny poziom jest z tego względu na pewno lepszy niż do niedawna, aczkolwiek nadal pole do manewru i ewentualnej obniżki jest bardzo małe — wyjaśnia ekspert.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Justyna Dąbrowska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Silny dolar to zła wróżba