Słaby dolar to nie problem

Marek Rogalski
opublikowano: 2009-11-27 00:00

W listopadzie członkowie Fed rozbrajająco przyznali, iż osłabienie dolara było "uporządkowane", a dopóki nie zacznie się ono przekładać na wzrost inflacji, to nie ma potrzeby tego "monitorować". To pokazuje, że USA nie przejmują się tym, że kolejny raz cenę za ożywienie amerykańskiej gospodarki zapłaci cały świat. Bo słaby dolar to zachęta do jeszcze większej spekulacji opartej na strategii "carry trade", czyli dalszego umocnienia walut rynków wschodzących i hossy na rynku surowców. Bańki spekulacyjne znów rodzą się na naszych oczach. Każde szaleństwo ma swój koniec.

Jednak w tym przypadku potrzebne byłyby negatywne sygnały ze sfery makro, które jednak nie nadchodzą. Wskaźniki gospodarcze pną się w górę, choć w znacznie mniejszym stopniu niż indeksy. Rozwiązaniem może być wprowadzenie nowych regulacji dla rynków finansowych, czy też reforma sposobu ocen stosowanych przez agencje ratingowe. To nie stanie się jednak w tym roku. Zatem hulaj dusza, piekła nie ma. Nie można wykluczyć, że początek grudnia przyniesie dalsze osłabienie dolara i silne umocnienie złotego. Zwłaszcza że dodatkowym wsparciem dla naszej waluty będą dane o polskim PKB w III kwartale. Sielankowe nastroje mogą zostać gwałtownie przerwane już na początku 2010 r. Przyszły rok może być okresem trudnym, zwłaszcza dla Polski. Budżet wisi na pasku potężnych prywatyzacji. Nie można więc ślepo wierzyć w zapewnienia resortu finansów, iż unikniemy przekroczenia progu 55 proc. długu publicznego do PKB w 2010 i 2011 r.

Rację mogą mieć specjaliści z NBP, którzy zakładają, że przyszły rok nie będzie dobrym okresem dla złotego. Pojawiają się założenia mówiące o 4,50 zł za euro, co uzasadnia się niepokojami o rosnący deficyt budżetowy. Warto zwrócić uwagę, iż takie pesymistyczne głosy giną w zalewie optymistycznych przepowiedni na przyszły rok. Nie zapominajmy jednak, że trend odwraca się wtedy, kiedy wielu przytacza mocne argumenty za jego kontynuacją. Czy zatem słaby złoty i mocny dolar będą wizytówką 2010 r.? Myślę, że przynajmniej jego pierwszych miesięcy. Potem optymiści powinni znów przechylić szalę. Zwłaszcza że nie ma podstaw, aby w bliskiej przyszłości wyrokować kolejny Armagedon na kształt tego, co obserwowaliśmy w 2008 r.