Dzięki wejściu do strefy euro koszt pieniądza na Słowacji wyraźnie spada. Tańsze kredyty mają zarówno firmy, jak i zwykli konsumenci. Za pożyczki coraz mniej płaci też słowacki minister finansów (a więc również tamtejszy podatnik). Tani pieniądz to ważna pozycja w zestawieniu korzyści i kosztów integracji walutowej naszego sąsiada.
Kiedy Słowacy nie mieli jeszcze euro, warunki kredytowe dla polskich i
słowackich firm i gospodarstw domowych były bardzo zbliżone. Z danych Narodowego
Banku Polskiego i Narodowego Banku Słowacji wynika, że w styczniu 2007 r., kiedy
nasi sąsiedzi byli już zdecydowani na euro, ale szczęśliwy finał tej drogi nie
był jeszcze pewny, oprocentowanie kredytów inwestycyjnych dla przedsiębiorstw
było dokładnie takie samo w obu krajach – wynosiło 5,9 proc. Od tej pory odsetki
się rozjechały. I to mocno. Słowackie firmy płacą już tylko 3,8 proc. rocznie,
polskie – aż 6,2 proc.
- Co prawda, spowolnienie gospodarcze sprawia, że
niewiele przedsiębiorstw chce dzisiaj inwestować. Jeśli jednak decyduje się na
kredyt, może liczyć na znacznie niższe oprocentowanie, niż jeszcze kilka
miesięcy temu. Mimo że marża banków, czyli ich premia za ryzyko, wzrosła –
twierdzi Juraj Valachy, ekonomista słowackiego Raiffeisen Banku.
Podobnie
wygląda sytuacja z kredytami hipotecznymi dla gospodarstw domowych. Dwa lata
temu Słowacy musieli płacić bankom wyższe oprocentowanie, niż Polacy. Dzisiaj
sytuacja jest odwrotna.
- Do 1 stycznia 2009 r. oprocentowanie kredytów na
Słowacji było powiązane główną stopą procentową tamtejszego banku centralnego.
Teraz nasi sąsiedzi mają euro, więc koszt kredytów podąża za stopami
Europejskiego Banku Centralnego (ECB), a te są historycznie niskie – mówi Marcin
Mróz, główny ekonomista Fortis Banku.
Nawet jeśli ECB zacznie podnosić stopy,
to mało prawdopodobne, by były wyższe od stóp w polskim banku centralnym.
Co jeszcze zyskuje Słowacja dzięki euro? Więcej komentarzy analityków
w dzisiejszym „Pulsie Biznesu”