Sofagate znakiem unijnego dualizmu

opublikowano: 08-04-2021, 20:00

Centrala UE od wtorku poruszona jest przebiegiem wizyty dwojga przywódców wspólnoty w Turcji.

Nie chodzi o miałki dorobek merytoryczny – prezydent Recep Tayyip Erdoğan już wyleczył się z mrzonek o akcesji, ale może nie odblokuje w odwecie granicy chroniącej UE przed uchodźcami. Szok eurokracji polega na tym, że turecki satrapa doskonale wiedział, ile osób gości, ale przygotował tylko jeden fotel dla rozmówcy. Uprawniony do jego zajęcia poczuł się Charles Michel, zatem Ursuli von der Leyen pozostała podrzędna sofa.

Traktatowe uregulowanie tzw. precedencji w UE jest czytelne. Rada Europejska (RE) to kolegialna głowa i jej przewodniczący jest odpowiednikiem prezydenta, zaś Komisja Europejska (KE) to rząd i jej przewodniczący równy jest stanem premierom. Protokolarnie wyżej stoi umowny prezydent, ale we wszystkich ważnych czynnościach w imieniu UE występuje duet, choćby na szczytach G7 czy G20. Nie wszyscy to akceptują. Donald Trump, będący prezydentem i premierem w jednym, w 2017 r. w Brukseli zauważył, że UE ma „dwóch prezydentów”, co Jean-Claude Juncker potwierdził słowami „za dużo o tego” i wskazał na Donalda Tuska. Recep Erdoğan sam był premierem aż 11 lat, ale po przejęciu prezydentury odrębne stanowisko szefa rządu w 2018 r. po prostu… zlikwidował. Być może dlatego tak zdegradował unijną premierkę.

Muzułmański władca Turcji nie miał jakichkolwiek wątpliwości, który reprezentant UE powinien zasiąść do rozmów w fotelu. Fot. @tcbestepe

Dyplomatyczny skandal zyskał miano przytoczone w tytule – sofagate. Arogancki gospodarz bezwiednie zwrócił jednak uwagę na unijny dualizm, który ostatnio nabrzmiewa. RE jest reprezentacją państw, podczas szczytu każdy prezydent/premier ma równy głos, zaś konkluzje przyjmowane są jednomyślnie. KE natomiast z definicji jest ponadnarodowa, komisarze i urzędnicy przy wejściu do jej gmachów powinni symbolicznie zostawiać paszporty ich państw. Zupełnie inną kwestią jest przestrzeganie tej idealistycznej zasady. W każdym razie Recep Erdoğan bezmyślnie w formie, ale potwierdził pragnienie, wyrażane od lat przez prezydentów USA – chcieliby po stronie UE mieć jeden numer telefonu i jednego decyzyjnego rozmówcę. Może stanie się tak w jakiejś następnej unii, w obecnej to mrzonka.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane