Starczewska-Krzysztoszek: unijna akcesja pomogła polskiej gospodarce

PAP
opublikowano: 01-05-2014, 12:46

W ostatniej dekadzie skumulowany wzrost PKB wyniósł w Polsce prawie 50 proc., bez akcesji do UE ten przyrost byłby mniejszy – mówi w rozmowie z PAP Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan.

Zobacz więcej

Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, fot. Marek Wiśniewski

PAP: Czy wejście Polski do UE opłacało się naszym firmom?

Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan: Zdecydowanie tak. Nie tylko przedsiębiorstwom, ale całej gospodarce. Przedsiębiorstwa wytwarzają przecież prawie 3/4 naszego PKB. W ciągu ostatnich 10 lat skumulowany wzrost PKB wyniósł prawie 50 proc. Oczywiście wynik ten nie jest tylko efektem naszej akcesji do Unii. Jednak skala tego przyrostu bez wejścia Polski do UE nie byłaby aż tak duża.

Od 2004 r. do 2012 r. liczba wszystkich aktywnych przedsiębiorstw, czyli nie tylko zarejestrowanych, ale rzeczywiście działających, wzrosła o niespełna 5 proc. (nie ma jeszcze danych GUS za 2013 r.). Przybyło ich blisko 80 tys., w tym ponad 65 tys. mikrofirm (zatrudniających do dziewięciu osób), czyli o 4 proc. więcej; prawie 13 tys. małych firm (od 10 do 49 pracowników) - wzrost o ponad 28 proc.; 1,5 tys. średnich przedsiębiorstw (od 50 do 249 pracowników) - wzrost o 11 proc. i blisko 450 dużych firm (ponad 250 pracowników) - wzrost o ponad 16 proc. Wzrost ilościowy nie był może imponujący, ale wyraźnie firmy aktywne i nowopowstające stawały się silniejsze, zwiększały zatrudnienie, obroty, sprzedaż na eksport.

PAP: A o ile wzrosło w tym czasie zatrudnienie w firmach?

M.S-K.: W latach 2004-2012 w sumie o prawie 900 tys. osób, czyli o ponad 15 proc. W mikrofirmach przybyło ponad 111 tys. nowych miejsc pracy, w małych - 350 tys., w średnich - blisko 160 tys., a w dużych - 365 tys. W jakiejś mierze to także efekt naszego wejścia do UE. W 2003 r. bezrobocie w Polsce wynosiło prawie 20 proc., podczas gdy na koniec 2013 r. oscyluje na poziomie ok. 10 proc. (dane wg BAEL). Nasz rynek stał się też bardziej wiarygodny, stabilny.

Wzrosło też średnie wynagrodzenie Polaków. W 2003 r. w firmach wynosiło 2 tys. 331 zł 53 gr, a na koniec 2013 r. 3 tys. 837 zł, co oznacza nominalny wzrost o ok. 64 proc., a realny o prawie 25 proc.

PAP: Miarą konkurencyjności gospodarki jest poziom eksportu. Czy nasza zdolność do konkurowania na rynkach zewnętrznych wzrosła?

M.S-K.: Tu także możemy się pochwalić niemałym sukcesem. W 2003 r. eksport z naszego kraju osiągnął 53,8 mld euro, a na koniec 2013 r. wyniósł prawie 156 mld euro. To oznacza trzykrotny wzrost, równocześnie przy 2,5-krotnym wzroście importu: z 58,9 mld euro do 153,6 mld euro. To pokazuje, że nasza zdolność do konkurowania na rynkach zewnętrznych wzrosła. Skalę tego wzrostu obrazuje także fakt, iż wzrost eksportu w latach 1994-2003, czyli przed akcesją do UE, wyniósł 38,4 mld euro, a w latach 2004-2013 – ponad 102 mld euro.

PAP: Co zyskali nasi przedsiębiorcy po 2004 roku?

M.S-K.: Zapewne powinnam odpowiedzieć, że dostęp do funduszy unijnych. To mieliśmy „na sztandarach” wstępując do UE. To niestety mamy także i dzisiaj. A przecież bezpośrednio do firm, na ich projekty inwestycyjne (inwestycje w aktywa trwałe, wartości niematerialne i w kapitał ludzki) trafia nie więcej niż 4-5 proc. całości ich rocznych wydatków na inwestycje. Dlatego wolałabym wskazać na inny „zysk” - jednolity rynek. Przedsiębiorcy najbardziej cenią sobie swobodę przepływu towarów i usług. Mniejsze znaczenie ma dla nich swoboda przepływu kapitału, a także osób, które z naszego rynku raczej odpływają, niż doń napływają. Jestem pewna w kolejnej dekadzie będzie się to jednak zmieniać. Będziemy ściągać na nasz rynek pracowników, specjalistów z innych krajów, co może przynieść naprawdę dobre rezultaty. Jednak dzisiaj ciągle relatywnie mało firm widzi możliwość wykorzystywania wykwalifikowanych kadr z innych krajów. Także dlatego tu widzę potencjał na kolejne lata naszej obecności w UE.

Potencjał dostrzegam również w łatwiejszym pozyskaniu inwestorów i kapitału. Młodzi Polacy coraz odważniej myślą bowiem o zakładaniu własnych firm, a do tego potrzebny jest im kapitał i wiedza biznesowa. Obu tych zasobów nie mają w nadmiarze. Polski rynek też nie obfituje w kapitał, w tym szczególnie w kapitał podwyższonego ryzyka. Ciągle także nie ma zbyt dużo aniołów biznesu, ludzi którzy posiadają zasoby finansowe i doświadczenie biznesowe, którym chcieliby się dzielić z osobami zakładającymi firmy. Może w drugiej dekadzie naszego członkostwa w UE skorzystamy także na większą niż dotychczas skalę z kapitału i inwestorów – nie tylko tych największych, ale także z doświadczeń i wiedzy tych mniejszych i otwartych na większe ryzyka.

Natomiast ze swobody przepływu towarów przedsiębiorstwa korzystały w największym stopniu. I skutecznie - patrząc na przyrost wartości obrotów handlu zagranicznego. Swoboda przepływu towarów pozwoliła na pokazanie oferty naszych firm nieobarczonej cłami, dodatkowymi pośrednimi lub bezpośrednimi podatkami czy ilościowymi ograniczeniami. I okazało się, że jesteśmy konkurencyjni i umiemy z tej konkurencyjności – na początku cenowej, ale co najmniej już od 2008-2009 roku jakościowej – korzystać. Potwierdzają to także badania, które co roku prowadzi Konfederacja Lewiatan, a z których wynika, że 55-60 proc. firm z sektora mikro, małych i średnich przedsiębiorstw uważa, że wspólny rynek to szansa oznaczająca możliwość sprzedawania produktów i usług na rynkach wszystkich krajów UE, na takich samych podstawowych zasadach jak na rynku polskim.

Przedsiębiorcy zyskali po 2004 r. oczywiście nie tylko możliwość korzystania ze swobód w ramach jednolitego rynku, ale także zyskali pewność siebie. Okazało się, że ich obawy dotyczące wzrostu konkurencji na rynku polskim po wejściu Polski do UE się nie zmaterializowały. I to bardziej oni stali się konkurencją na rynkach UE.

PAP: Z jakimi trudnościami musiały zmierzyć się polskie przedsiębiorstwa w minionych 10 latach?

M.S-K.: Przedsiębiorstwa obawiały się i ciągle obawiają się konieczności podniesienia wynagrodzenia pracowników, w większym stopniu niż wynikałoby to ze wzrostu wydajności pracy. Nasi pracownicy porównują ciągle swoje pensje z wynagrodzeniami w krajach starej Unii. Chcemy zarabiać tyle samo, a przecież mamy niższą wydajność pracy. Zapominamy przy tym, że dojrzałe gospodarki rynkowe takich państw, jak Niemcy, Francja czy Wielka Brytania rozwijają się od ponad 100 lat, a nasza jest gospodarką rynkową dopiero od 25 lat. Przedsiębiorcy obawiają się także, że gdy koniunktura gospodarcza poprawi się i wzrośnie popyt na pracę, to okaże się, że swoboda przepływu osób działa na ich niekorzyść, za granicę bowiem wyjechało, i zapewne jeszcze wyjedzie, wiele wykwalifikowanych, o poszukiwanych na naszym rynku kompetencjach, pracowników. Wtedy zapewne zmaterializują się obawy firm związane z koniecznością podnoszenia wynagrodzeń w oderwaniu od wzrostu wydajności pracy. Problemem firm są także regulacje unijne dotyczące gospodarki. Ale trudnością nie jest to, że trzeba je implementować do polskiego porządku prawnego (bo coraz mniej w tych regulacjach pomysłów dotyczących np. akceptowalnej krzywizny ogórka), ale to, że nasze przedsiębiorstwa (ale także i nasza administracja publiczna) nie umieją jeszcze skutecznie korzystać z unijnego systemu stanowienia prawa, który jest otwarty na informacje płynące z gospodarki, w tym także bezpośrednio od przedsiębiorstw. I te informacje w tworzeniu prawa unijnego są uwzględniane. Unijne regulacje tworzą niestety także szanse dla naszej administracji i polityków do wrzucania, przy okazji ich implementacji, innych rozwiązań, które są dalekie od intencji unijnego regulatora.

PAP: W oparciu, o jakie wzorce polskie firmy budują dziś modele biznesowe?

M.S-K.: W ciągu 10 lat model biznesowy polskich firm wyraźnie ewoluował. Do 2007-2008 r. był on oparty o ceny (wieloletnie, prowadzone co roku przez Konfederację Lewiatan badania pozwalają na wyznaczenie takiej przełomowej daty). W kolejnych latach dokonała się jednak totalna zmiana. Firmy oczywiście doskonale wiedzą, że cena nadal pozostaje istotnym elementem podejmowania decyzji przez partnerów biznesowych, ale ich modele biznesowe uwzględniają jakość wytwarzanych dóbr i usług, ale także coraz bardziej ewoluują w stronę innowacji. Dzisiaj polskie przedsiębiorstwa konkurują tak na naszym rynku, jak i na rynkach zewnętrznych jakością.

PAP: W kontekście tych modeli, pracownik dla firmy jest dobrem czy raczej obciążeniem?

M.S-K.: Wraz ze zmianą modelu biznesowego z opartego na niskich kosztach na oparty na jakości produktów i usług musiało zmienić się podejście do pracowników. W latach 2001-2003, czyli w czasach osłabienia gospodarczego, firmy restrukturyzowały swoje koszty przez zwalnianie pracowników. Mieliśmy wtedy do czynienia z dramatycznym wzrostem bezrobocia (powyżej 20 proc.). W ramach redukcji zatrudnienia pracę tracili głównie starsi pracownicy, z dużym doświadczeniem, ale z wyższymi wynagrodzeniami. Zupełnie inaczej wyglądało radzenie sobie przez firmy z osłabieniem gospodarczym w latach 2008-2009 oraz 2012-2013. W ubiegłym roku zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw spadło tylko o 1 proc. A bezrobocie rejestrowane wzrosło „tylko” do 14 proc., a według BAEL do nieco ponad 10 proc. To dowód na to, jakim aktywem dla przedsiębiorcy stali się pracownicy.

Badania przedsiębiorstw prowadzone przez Konfederację Lewiatan także wyraźnie pokazują, że pracownicy są kluczowym aktywem dla firm (ponad 41 proc. uznaje wykwalifikowanych pracowników za kluczowy zasób, a ponad 85 proc. łącznie za zasób kluczowy i zasób o bardzo dużej przydatności). Pokazują także, że 75 proc. firm woli – nawet w okresie słabszej koniunktury – inwestować w rozwój zawodowy pracowników, niż akceptować ich rotację. A to oznacza, że coraz większym aktywem staje się wiedza, doświadczenie, kompetencje. A stąd już blisko do budowania pozycji konkurencyjnej na innowacyjności.

PAP: Dlaczego polski biznes nie korzysta z naszych odkryć, na przykład grafenu?

M.S-K.: Grafen stał się naszym narodowym „bożkiem”, który ma wprowadzić Polskę w nowy świat, który dzisiaj zastrzeżony jest dla najlepszych, najbardziej innowacyjnych gospodarek. Rzeczywiście jego potencjał jest ogromny. Grafen jest bowiem materiałem, który ze względu na swoje właściwości może znaleźć wiele zastosowań. Ale, aby mógł znaleźć te zastosowania, potrzeba sporo kapitału na procesy badawczo-rozwojowe, które te zastosowania odkryją. Tymczasem polskie firmy w porównaniu do ich zachodnioeuropejskich odpowiedników są jeszcze słabe kapitałowo.

Nasze przedsiębiorstwa muszą przede wszystkim myśleć o zdolności do finansowania bieżącej działalności i inwestycji, w tym inwestycji w innowacje, na które w dużej części wykładają środki własne. W związku z tym podejmowanie ryzyka inwestycji badawczo-rozwojowych jest bardzo trudną decyzją i stać na nie stosunkowo niewiele firm w Polsce. Ale to się na szczęście zmienia. Przed nami także nowe pieniądze z UE, w ich ramach program operacyjny "Inteligentny Rozwój", z którego środki mają być dedykowane na badania i rozwój.

Jeżeli rzeczywiście skoncentrujemy fundusze europejskie na wspieraniu niewielu celów badawczych, to jest szansa, by w kolejnych dziesięciu latach naszego członkostwa w UE doszlusować do grupy gospodarek innowacyjnych. Jeżeli rozproszymy je na wiele quasi-innowacyjnych projektów, to skala komercyjnego wykorzystania grafenu w warunkach polskich będzie znacznie mniejsza, niż to jest potencjalnie możliwe. W tego typu przedsięwzięciach muszą bowiem być wykorzystane pieniądze publiczne, a takimi są fundusze europejskie.

PAP: A jak będzie wyglądała struktura gospodarcza naszego kraju za 10 lat?

M.S-K.: Jeżeli przyszłość miałaby być tylko ekstrapolacją dzisiaj już obserwowanych trendów, nie tylko w polskiej gospodarce, ale generalnie na całym świecie, to zobaczymy wzrost roli usług. Procesy demograficzne w rozwiniętych gospodarkach - starzejące się społeczeństwa - oznaczają m.in. stopniowy wzrost zapotrzebowania na usługi opiekuńczo-medyczne, zdrowotne. Te same procesy zwiększą zapotrzebowanie na usługi finansowe związane np. z zarządzaniem kapitałem na emeryturę, na odwróconą hipotekę. Na pewno do wszystkiego potrzebne będzie profesjonalne zarządzanie informacją, usługi związane z nowymi technologiami informatycznymi. Większy zapewne będzie także popyt na usługi biznesowe, bo przedsiębiorstwa będą koncentrowały się na swojej podstawowej działalności, w tym – mam nadzieję – na pracach badawczo-rozwojowych.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: PAP

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu