W niedzielę 3 lipca ruszył system ViaToll — winiety dla ciężarówek zastąpione zostały przez nowoczesne myto elektroniczne. Wykonawca miał na zbudowanie systemu bardzo mało czasu, jak na jego skomplikowanie: zaledwie osiem miesięcy. Powód był jakże polski — duże opóźnienie w rozstrzygnięciu przetargu. Dla porównania: w Austrii podobny system budowano przez półtora roku.
Aby ViaToll osiągnął pełną funkcjonalność, potrzeba będzie zapewne około kwartału. Jednak nawet gdyby wszystko było gotowe w ustawowym terminie 1 lipca, e-myto zapewne dołączyłoby do listy ambitnych przedsięwzięć funkcjonujących tylko na papierze. Z prostego powodu: nie ma komu kontrolować, czy kierowcy TIR-ów stosują się do przepisów. Ciężarówki powinny przemieszczać się tylko wyznaczonymi szlakami. Dzięki urządzeniu pokładowemu za przejazd drogą objętą systemem naliczana jest opłata. Kierowcy od pierwszych godzin oczywiście szukają oszczędności i omijają płatne szlaki. Jednak Inspekcja Transportu Drogowego nie dostała pieniędzy na dodatkowe etaty dla kontrolerów. Zamiast 500 potrzebnych inspektorów, na drogi wyjedzie ich zaledwie kilkudziesięciu, i to odsuniętych od innych czynności, np. sprawdzania autokarów wiozących dzieci na wakacje.
Zyski z elektronicznego myta zapobiegliwie wpisano już do budżetu państwa. Niestety, nie ma komu dopilnować, by państwu owe planowe dochody udało się wyegzekwować…