Te dwa tygodnie trzeba przeczekać

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2023-11-28 20:00

Okres dwuwładzy w Polsce na pewno zapisze się w teorii państwa i prawa, a nawet zaowocuje rozprawami doktorskimi.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Konstytucja RP z 1997 r. definitywnie nadała nam ustrój parlamentarno-gabinetowy z pewną domieszką prezydencką, uaktywniającą się w szczególnych okolicznościach. Rada Ministrów z definicji musi dysponować poparciem Sejmu, chociaż oczywiście zdarzają się kryzysowe okresy rządów mniejszościowych. Pamiętnym przykładem była końcówka jedynie administrującego gabinetu Jerzego Buzka w 2001 r. Funkcjonowały też rządy mniejszościowe od samego początku, które jakimś cudem przeskoczyły jednak wysoką poprzeczkę wotum zaufania – Jana Olszewskiego w 1992 r. oraz Marka Belki w latach 2004-05. Obecnie mamy do czynienia z podobnym absurdem już kiedyś przerobionym – w sejmowym tzw. tramwaju, czyli ławach Rady Ministrów po prawicy marszałka (dla patrzących po lewej) zasiadła ekipa całkowicie obca parlamentowi, chociaż w jej składzie znajduje się również kilku obecnych posłów.

Powtórzony pierwszy raz od 2004 r. absurd wskazuje, niestety, na ułomność art. 154 Konstytucji RP. Sama zasada, że to prezydent RP desygnuje prezesa Rady Ministrów, jest w porządku, takie ustrojowe relacje między głową państwa a szefem władzy wykonawczej istnieją w całym demokratycznym świecie. Niestety, u nas fatalna jest konstytucyjna kolejność – najpierw prezydent powołuje i zaprzysięga pod żyrandolem rząd, robią sobie wspólne triumfalne zdjęcie, a dopiero potem powołany premier ubiega się w Sejmie o wotum zaufania. I gdy dostanie polityczny cios – który 11 grudnia nieodwołalnie znokautuje nową ekipę Mateusza Morawieckiego – wynosi się z dopiero co zasiedlonych gabinetów, oczywiście pobierając sute odprawy. Przez dwa tygodnie symulowania rządzenia sztucznie wydłużona władza zajmuje się głównie przygotowywaniem kosztujących setki tysięcy, a nawet miliony złotych poduszek umożliwiających jak najbardziej miękkie lądowanie dotychczasowym rządcom. Zgodnie z logiką ustroju desygnowany premier dopiero po wygłoszeniu exposé i uzyskaniu od Sejmu wotum zaufania powinien jechać ze swoją drużyną do pałacu po prezydenckie akty powołania. Chronologia jest jednak odwrócona i to właśnie główny powód przedstawienia w państwowym cyrku, na widowni którego obecnie zasiadamy. Przez ostatnie dwie dekady w Polsce desygnowany premier zawsze dysponował sejmową większością i odwrócona kolejność nikogo nie niepokoiła.

Notabene drugi krok konstytucyjny ustawiony został już prawidłowo, co zobaczymy 12-13 grudnia. Rząd Donalda Tuska zostanie najpierw wybrany w komplecie przez Sejm bezwzględną większością głosów i stawi się w pałacu na czysto techniczną ceremonię odbioru dyplomów już jako prawdziwa Rada Ministrów, a nie jakaś atrapa. Warto w związku z tym przypomnieć, że decyzyjność notariusza, znaczy prezydenta, w sprawie personalnego składu rządu jest dokładnie zerowa. Andrzej Duda nie ma absolutnie nic do powiedzenia np. w obsadzie MON czy MSZ, czyli ministrów prowadzących dziedziny, w których prezydent ma spore konstytucyjne uprawnienia.

W latach 1994-97 śledziłem prace Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego. Początkowo powierzała ona prezydentowi RP uprawnienia wyłącznie dekoracyjne, co było oczywiście zorientowane przeciwko Lechowi Wałęsie. Po objęciu prezydentury przez Aleksandra Kwaśniewskiego nastąpił jednak zwrot i rozpoczęto wstawianie najróżniejszych przepisów, które przekazywały głowie państwa pewne decyzyjne konkrety. Do takich należy właśnie anormalna chronologia w procesie tworzenia rządu w tzw. pierwszym kroku. No cóż, Konstytucji RP z tym grubym błędem się nie zmieni, zatem pozostaje obecne dwa tygodnie rządowo-sejmowej niedecyzyjnej paranoi na szczytach państwa po prostu przeczekać.