Terapia szokowa ubezpieczycieli

opublikowano: 09-05-2012, 00:00

UBEZPIECZENIA Skończył się okres promocji w ubezpieczeniach majątkowych dla firm, zaczęła normalna ocena ryzyka

Jeszcze nie tak dawno temu firmy, które przychodziły do ubezpieczycieli po polisę, mogły przebierać w z roku na rok coraz tańszych ofertach. Wiele zakładów za niemal identyczną cenę ubezpieczało różnego rodzaju branże. Jak świeże bułeczki rozchwytywano firmy z branży chemicznej, tworzyw sztucznych, magazyny. Nie miała większego znaczenia konstrukcja budynków, nie było pretensji o brak zabezpieczeń przeciwpożarowych. Nawet plantacje tytoniu w Małopolsce, których część od 15 lat regularnie niszczy grad, znalazły swojego amatora. Również firmy dystrybuujące fajerwerki, których nadwyżka co roku po sylwestrze lądowała w powietrzu, na brak ubezpieczyciela nie mogły narzekać.

Firmy, latami rozpieszczane przez zakłady ubezpieczeń, na przełomie 2010 i 2011 r. przeżyły szok. Oto nagle ich długoletni ubezpieczyciel zaproponował dwuczy też trzykrotnie wyższą stawkę albo w ogóle nie przedstawił oferty. Znaczenie zaczęły mieć i branża, i konstrukcja budynku, i poziom zabezpieczeń. Firmy, często związane z bankiem kredytem, którego jednym z wymogów jest ubezpieczenie, szybko zorientowały się, że to zjawisko nie jest chwilowym widzimisię jednego z czołowych ubezpieczycieli. Przekonały się, że wszyscy poszli tym śladem i każda firma, która o ubezpieczenie pyta, jest dokładnie weryfikowana. Gorzej, że wiele, szczególnie tych mniejszych, ląduje na bruku, nim zdąży przestąpić próg zakładu ubezpieczeń.

Powodzie i katastrofy

Ubezpieczyciele tłumaczą, że zmiany, które się dokonują, są konieczne. Trudno temu zaprzeczyć. Na Zachodzie już od dawna stawki są inne i wymagania dotyczące różnego rodzaju zabezpieczeń na porządku dziennym. Dojrzewa do tego i polski rynek, na którym przez wiele lat ubezpieczane było, co się tylko da, za jak najniższą cenę, byle zebrać jak najwięcej składki.

— Można powiedzieć, że skończył się okres promocji i zaczęła normalna praktyka — mówi Andrzej Liwacz, dyrektor ds. underwritingu ubezpieczeń pozakomunikacyjnych w Biurze Sprzedaży Korporacyjnej PZU.

Duży wpływ na tę sytuację miały powodzie w roku 2010 oraz kilka znaczących szkód przemysłowych. W rezultacie prawie wszystkie towarzystwa ubezpieczeniowe na koniec 2010 r. wykazały stratę, a PZU znacznie mniejszy zysk. Na to nałożył się kryzys finansowy, który spowodował, że ubezpieczyciele, w większości o międzynarodowych korzeniach, nastawili się bardziej na ochronę kapitału, a tym samym zmniejszyła się ich skłonność do przyjmowania trudnych ryzyk.

— Trzeba też pamiętać, że PZU w momencie debiutu na giełdzie obiecało swoim inwestorom, że do końca 2012 r. wszystkie linie będą dochodowe.

Naturalnym więc krokiem było podjęcie działań zmierzających do poprawy wyniku w grupie ubezpieczeń korporacyjnych — zauważa Dominika Kozakiewicz, prezes Marsh. Katarzyna Bem, dyrektor ds. ubezpieczeń pozakomunikacyjnych w Biurze Zarzadzania Produktami PZU, dodaje, że nie było to wcale bardzo gwałtowne działanie, ale zmiana polityki zaczęła się już w 2009 r.

— Nie informowaliśmy klientów o zmianach na dzień czy dwa przed rozwiązaniem umowy, tylko odpowiednio wcześniej, by mogli się do tego przygotować. Tam, gdzie w indywidualnych przypadkach w wyniku przeprowadzonej oceny ryzyka ocenialiśmy je jako krytyczne, sporadycznie nie przedstawialiśmy oferty. W najbardziej szkodowych branżach zaprzestaliśmy udzielania zniżek, co mogło oznaczać dla klienta wzrost składki nawet 2-3-krotny, a tam, gdzie było to możliwe, podnosiliśmy je sukcesywnie. Dzięki tym działaniom udało nam się zrestrukturyzować portfel, ograniczając udział najbardziej szkodowych klientów, ale także rozpocząć proces dostosowywania poziomu składki do poziomu ryzyka — tłumaczy Katarzyna Bem.

Ubezpieczenie bez ognia

I chociaż co do tempa wprowadzanych zmian opinie przedstawicieli rynku są rozbieżne, to działanie ubezpieczycieli zmierzające do poprawy oceny ryzyka wydaje się rozsądne. Rezultat tego jest jednak taki, że wiele firm zostało pozbawionych szansy ubezpieczenia. Dotyczy to takich branż, jak drzewna, papiernicza, produkcje z użyciem chemii pożarowej. Największy problem mają mniejsze firmy prowadzące działalność o tzw. zwiększonym ryzyku, w przypadku których ocena jest na zasadzie 0/1.

— Ten segment jest na tyle liczny, że ubezpieczycieli nie stać na dokładne zbadanie każdej firmy — mówi Bartłomiej Mateńka, główny specjalista ds. oceny ryzyka w HDI Asekuracji. Do każdej takiej firmy najlepiej przecież wysłać swojego inżyniera, który na miejscu dokładnie ją przebada i oceni. Wobec tego underwriterzy zostali tak przeszkoleni, że wystarczy im rzut oka na dokumenty przesłane przez firmę, a w niektórych przypadkach tylko branżę, w której działa, i gotowi są na wydanie wyroku: tak albo nie. Te firmy, które szansę na ubezpieczenie mają, dostały szczegółowe wytyczne, co do zabezpieczeń, jednak czas na ich wykonanie często jest bardzo krótki, a koszt szczególnie dla małych podmiotów nie do przyjęcia. Podobna sytuacja sprzyja anomaliom. Wiele firm, które potrzebuje ubezpieczenia, ze względu na różne wymogi, choćby zabezpieczenie dla banku, jest zdesperowanych i skłonnych zgodzić się na wszystko.

— Zdarza się, że na przykład producenci płyt styropianowych albo świeczek pytają o ubezpieczenie od ognia i innych zdarzeń losowych z wyłączeniem podstawowego ryzyka, jakim jest pożar — twierdzi Izabela Król, kierownik ds. oceny ryzyka w Dziale Ubezpieczeń Majątkowych Chartis.

Rynek zna nawet przykłady zawarcia tego typu umów. Jednak klienci akceptują także inne rzeczy.

— Zdarzyło mi się nawet widzieć polisy ze stawką kilkanaście razy większą od dotychczas funkcjonującej, z franszyzą redukcyjnąna poziomie 1 mln zł w stosunku do 1 tys. jeszcze rok temu i limitem odpowiedzialności w wysokości 10 mln zł przy faktycznej wartości majątku kilkakrotnie większej, co jest już lekką przesadą — dodaje Izabela Król.

Franszyza oznacza, że ubezpieczenie nie obejmuje ochroną szkód do 1 mln zł, tylko powyżej tej kwoty. Natomiast limit odpowiedzialności to maksymalna kwota, którą wypłaci ubezpieczyciel w przypadku szkody. Jeśli wynosi 10 mln zł, to tyle właśnie dostanie firma, nawet jeżeli doszczętnie spłonie budynek wart 50 mln zł.

Leczenie wstrząsowe

Zdaniem Izabeli Król, zmiany nie powinny następować w tak gwałtowny sposób, ponieważ prowadzą do rozwiązań tymczasowych, desperackich, które tylko psują rynek, zamiast go naprawiać. Pojawia się obawa, że składka zostanie wypchnięta za granicę, na rynki, na których jeszcze się ostała polityka, jaka u nas dominowała przez lata, albo wkroczy nowy gracz, który zacznie brać wszystko za niską cenę. W takiej sytuacji za kilka lat wrócimy do punktu wyjścia. Firmy, które nie zabezpieczały swoich działalności, ponieważ nikt tego nie wymagał, pozostaną bez zabezpieczenia. Michał Gabryelak, członek zarządu Marsh, przyznaje, że zmiana polityki często miała złe skutki dla konstrukcji i zakresu wielu programów ubezpieczeniowych. Jednak terapia szokowa dla niektórych może okazać się potrzebna.

— Marsh od wielu lat wyjaśnia zasady funkcjonowania ubezpieczeń i potrzeby dobrego zarządzania ryzykiem. Klienci widzą i rozumieją zalety takiego podejścia, wszyscy byli tym samym przygotowani do zmieniającej się sytuacji rynkowej. Jednak wiele firm na rynku nie uświadomiłoby sobie skali problemu bez ostatnich wydarzeń i trudno byłoby je przekonać, że powinny inaczej zarządzać ryzykiem — mówi Michał Gabryelak.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Sylwia Wedziuk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu