Ubezpieczyciel nie zapłacił, firmy zbankrutowały

opublikowano: 21-01-2019, 22:00

Spółki Mysław i Ajpi od lat sądzą się z Ergo Hestią o wypłatę odszkodowania po pożarze. Obie są w upadłości

Dziesięć lat temu Zakłady Mięsne Mysław z Mysłowic były jedną z największych polskich firm w branży, produkując ok. 700 ton wędlin miesięcznie. Dzisiaj są w likwidacji, podobnie jak Ajpi, ich siostrzana spółka, zajmująca się rozbiorem mięsa. Obie zatrudniały łącznie 500 osób i generowały przychody o wartości 170 mln zł rocznie. Zdaniem Lucjana Pilśniaka, założyciela firm, oraz Teresy Jochemczyk, która przez wiele lat pełniła w nich funkcję prezesa, zbankrutowały one w wyniku problemów z uzyskaniem odszkodowania po pożarze, który wybuchł w 2009 r. i strawił dwie hale produkcyjne o wartości kilkudziesięciu mln zł. Swoich praw do dzisiaj dochodzą w sądach. Jeśli chodzi o Ajpi, dwie sprawy toczą się wciąż w pierwszej instancji, natomiast w przypadku Mysława została złożona skarga kasacyjna do Sądu Najwyższego. Zarówno Sąd Okręgowy, rozstrzygający kwestię roszczeń tej spółki w stosunku do ubezpieczyciela, jak i Sąd Apelacyjny, oddaliły jej powództwo. Jednak czy na pewno działanie Ergo Hestii nie przyczyniło się do tragedii obu firm?

— Mysław i Ajpi musiały upaść, ponieważ Ergo Hestia nie wypłaciła nam
odszkodowania po pożarze. Teraz chcemy walczyć o to, żeby firmy nie były tak
bezbronne, jak obecnie, w walce z ubezpieczycielami o swoje prawa — mówią
Lucjan Pilśniak i Teresa Jochemczyk, założyciele stowarzyszenia Victima.
Zobacz więcej

BEZBRONNOŚĆ:

— Mysław i Ajpi musiały upaść, ponieważ Ergo Hestia nie wypłaciła nam odszkodowania po pożarze. Teraz chcemy walczyć o to, żeby firmy nie były tak bezbronne, jak obecnie, w walce z ubezpieczycielami o swoje prawa — mówią Lucjan Pilśniak i Teresa Jochemczyk, założyciele stowarzyszenia Victima. Fot. GK

Obowiązek likwidacji

Lucjan Pilśniak swój pierwszy biznes otworzył w latach 90-tych. Zaczął od sklepu mięsnego, później była hurtownia mięsno-wędliniarska i sieć sklepów. W 1995 r. wydzierżawił dawne państwowe zakłady mięsne Mysław. W 2005 r. wybudował nowy zakład dla Mysława i Ajpi, częściowo dzięki dofinansowaniu z Unii. Jego koszt to ok. 40 mln zł, nie licząc wyposażenia. Dodatkowo linie technologiczne kosztowały 15 mln zł. Właśnie ten zakład spalił się w pożarze w sierpniu 2009 r., który wybuchł z powodu zwarcia w instalacji elektrycznej.

— Pożar całkowicie zniszczył halę produkcyjną Mysława. Połowa się zawaliła, a druga została zniszczona. Natomiast w Ajpi duże szkody spowodowane zostały głównie przez niszczące związki chemiczne — w tym kwas solny — znajdujące się w dymach i gazach pożarowych — opowiada Lucjan Pilśniak.

Obie firmy ubezpieczały majątek w Ergo Hestii. To były polisy od wszystkich ryzyk, które obowiązywały od 10 maja 2009 r. i opiewały na 95 mln zł. Przedstawiciele ubezpieczyciela pojawili się w firmach jeszcze w dniu pożaru. Obejrzeli zakład, zrobili zdjęcia i pojechali. Ponowny kontakt nawiązali około tydzień po pożarze. Nie była to jednak informacja o wysokości przyznanego odszkodowania.

— Domagali się dostarczenia dokumentów, które potwierdzą rozmiar szkody — faktur za naprawy albo wyliczenie wartości szkody przez ekspertyzy, opinie i kosztorysy, przy czym ekspertów mieliśmy zatrudnić na własny koszt. Powoływali się na zapis w ogólnych warunkach ubezpieczenia (OWU), mówiący o tym, że poszkodowany jest zobowiązany do udokumentowania roszczenia i jego zgłoszenia. Uzależnili od tego wypłatę jakiegokolwiek odszkodowania, w tym nawet kwoty bezspornej. W skrócie — przerzucili na nas obowiązek likwidacji szkody. Mieliśmy ustalić jej zakres i wysokość — opowiada Teresa Jochemczyk.

Jedyna deska ratunku

Teresa Jochemczyk i Lucjan Pilśniak relacjonują, że w pierwszych dniach po pożarze skupili się na ratowaniu firmy i działaniach zabezpieczających rozmiar szkody. W ciągu trzech dni przenieśli produkcję do zakładu w Woźnikach Śląskich, koło Siewierza, 70 km od Mysłowic. Zakładali, że jak tylko dostaną choćby bezsporną część odszkodowania, to będą w stanie w ciągu dwóch miesięcy wyremontować stary zakład w Mysłowicach, którym dysponowali, oraz naprawić część nowego i wznowić produkcję na miejscu. Jednak, choć każdy dzień pogarszał sytuację firmy, nie zanosiło się, żeby ubezpieczyciel podjął jakiekolwiek działania zmierzające do wypłaty przynajmniej bezspornej części odszkodowania.

— Pozytywnie udało się załatwić sprawę z odszkodowaniem w Mysławie, ale tylko za majątek obrotowy i wyłącznie dlatego, że sami wyliczyliśmy wysokość szkody. Wypłacono nam 4,5 mln zł z opóźnieniem, ale grunt, że dostaliśmy pieniądze i mogliśmy zakupić surowce i materiał do produkcji — mówi Teresa Jochemczyk.

Kością niezgody stała się wypłata za szkody w majątku trwałym, czyli w budynku i urządzeniach. Wartość tych szkód wyniosła łącznie ponad 30 mln zł. Kwota ta została wyliczona przez ekspertów.

— Kiedy zawali się połowa zakładu o wartości ok. 20 mln zł, a druga zostaje zniszczona, to każdy rzeczoznawca może wyliczyć bezsporną część odszkodowania na co najmniej 10 mln zł — mówi Lucjan Pilśniak.

— Jednak Ergo Hestia twardo obstawała przy stanowisku, że dopóki nie dostanie ekspertyz i kosztorysów czy faktur za naprawę, to nie wypłaci ani złotówki. Nie mogliśmy dostarczyć faktur, bo nie dysponowaliśmy pieniędzmi na odbudowę. Powinny one przecież pochodzić z odszkodowania. Minął 30 dzień, nie dostaliśmy żadnej informacji ani decyzji. Nie było sensu iść do sądu, bo wiedzieliśmy, że to potrwa lata i nie doczekamy wyroku. Nie mieliśmy wyjścia. Musieliśmy zabrać się za ekspertyzy — mówi Teresa Jochemczyk.

Spółki miały wsparcie od banków, które nie wszczęły egzekucji, ale zgodziły się poczekać na rozwój sytuacji. Ale nikt już nie chciał dać im pieniędzy.

— Odszkodowanie od ubezpieczyciela było dla nas jedyną deską ratunku — mówi Lucjan Pilśniak.

Tłumaczenia

Losy Mysława i Ajpi były różne, choć ostatecznie obie spółki zbankrutowały. Zapytaliśmy Ergo Hestię o jej stanowisko w tej sprawie. Firma odpisała, że likwidacja szkody pożarowej w Mysławie i Ajpi przebiegała zgodnie z warunkami zawartej umowy ubezpieczenia. Podkreśliła, że likwidacja dużych, złożonych szkód przemysłowych znacząco różni się od komunikacyjnych czy majątkowych w mieniu osoby fizycznej i wymaga współdziałania poszkodowanego z ubezpieczycielem. Nie odniosła się jednak do poszczególnych zarzutów właścicieli Ajpi oraz Mysława, tłumacząc się tajemnicą ubezpieczeniową, ale podała dwa fakty, które — jej zdaniem — podważają twierdzenie, jakoby likwidacja szkody z 2009 r. doprowadziła Ajpi i Mysława do bankructw. Po pierwsze, Ajpi złożyła wniosek o upadłość już w maju 2009 r., czyli jeszcze przed pożarem, a po drugie — Mysław był notowany na GPW kilka lat po pożarze, więc — według Ergo Hestii — nie mógł być w złej sytuacji, bo uczestnicy obrotu giełdowego muszą spełnić restrykcyjne wymogi, m.in. co do kondycji finansowej.

Teresa Jochemczyk odpowiada, że Mysław nie był notowany na GPW, chociaż rzeczywiście podejmował próby wejścia na giełdę. Był to jeden ze sposobów na pokrycie szkód wyrządzonych przez ubezpieczyciela i opcja, która dawała szansę na rozwój.

— Aby uratować firmę, walczyliśmy przez kilka lat, imając się różnych rozwiązań. W efekcie Mysław, jako jedyna wówczas prywatna spółka, dostała pomoc publiczną w postaci pożyczki z ARP. Dzięki temu stanęła na chwilę na nogi, ale w miarę upływu czasu potrzebne były kolejne pieniądze. Dlatego powstał pomysł, żeby pozyskać kapitał z emisji udziałów i akcji, kosztem oddania ich po bardzo niskiej cenie. Następnym krokiem miało być wprowadzenie spółki na GPW, ale to się nie udało — opowiada Teresa Jochemczyk.

Tłumaczy, że w kwietniu 2009 r. Ajpi złożyła w sądzie wniosek, ale nie o upadłość, a o postępowanie układowe. Firma poniosła spore straty w kryzysowym 2008 r. Sąd uznał jednak, że Ajpi jest w stanie wykonać opracowany plan spłat zaległych zobowiązań.

— Normalnie prowadziliśmy działalność i osiągaliśmy z niej dodatnie wyniki. Jednak ponieważ Ergo Hestia nie wypłaciła nam odszkodowania, powstały duże straty i realizacja planu okazała się niemożliwa. Ubezpieczyciel wiedział, że bez odszkodowania nie zrealizujemy układu. Pomimo tego nie wypłacał pieniędzy — mówi Teresa Jochemczyk.

Puste akta szkody

Ostatecznie Ajpi w ogóle nie otrzymało odszkodowania oszacowanego na 12 mln zł, bo firma nie dostarczyła ekspertyz i kosztorysów. Po roku od daty pożaru do sądu trafił wniosek o upadłość likwidacyjną spółki.

— Zdecydowaliśmy, że nie damy rady uratować dwóch firm. Postanowiliśmy ratować przynajmniej Mysława — mówi Teresa Jochemczyk.

Ekspertyzy zostały zrobione w obu spółkach, ale — ze względu na wysokie koszty — opłacone zostały tylko te wykonane w Mysławie. Kosztowały kilkaset tysięcy złotych. Syndyk umorzył jednak postępowanie w Ajpi po sprzedaniu całości majątku firmy. Nie mógł zakończyć postępowania upadłościowego ze względu na nierozliczone odszkodowanie od ubezpieczyciela. Ergo Hestia zrefundowała jedynie wykonane przez spółkę prace zabezpieczające. Ajpi wróciła więc do właścicieli, a ci, wiedząc, że za chwilę przedawni się roszczenie do zakładu ubezpieczeń (ZU), kupili ekspertyzy i firma poszła do sądu z powództwem o ustalenie odszkodowania. Sprawa toczy się przed Sądem Okręgowym w Katowicach.

— Mamy w toku dwa procesy związane z Ajpi. Jeden o ustalenie odszkodowania, w którym dołączyliśmy ekspertyzy i kosztorysy, jakich żądał od nas ubezpieczyciel. Ale w tym samym sądzie wystąpiliśmy też z powództwem z tytułu czynu niedozwolonego i nienależytego wykonania umowy, który spowodował szkody w przedsiębiorstwie, polegające na doprowadzeniu Ajpi do bankructwa — mówi Teresa Jochemczyk.

Oba procesy ciągle są w pierwszej instancji i nie wiadomo, kiedy się zakończą. Wszystko dlatego, że jest problem z ustaleniem odszkodowania, bo ubezpieczyciel kwestionuje ekspertyzy i kosztorysy, których wykonanie nakazał sam po pożarze.

— Sąd poprosił o akta szkody, ale tam nie ma nic oprócz naszych dokumentów, bo Ergo Hestia nie zrobiła żadnej dokumentacji. Nie ma protokołu szkody ani notatek z oględzin. Nawet zdjęcia, które były wykonane po pożarze przez przedstawicieli ubezpieczyciela, dziwnym trafem, zaginęły. Powołaliśmy biegłych na miejsce szkody, ale ci stwierdzili, że po tak długim czasie nie są w stanie ustalić wysokości szkody. Co, jeśli przegramy, ponieważ obecnie nie będzie można ustalić wysokości szkody? Przecież to absurd. My zrobiliśmy całą dokumentację, ubezpieczyciel nic nie zrobił, a dzisiaj kwestionuje wartość szkody wynikającą z dokumentów, których sam od nas żądał. Czy to przypadkiem nie było celowe działanie ubezpieczyciela? Przecież gdyby istniał jakikolwiek protokół szkody wykonany przez niego, to w sądzie można byłoby bardzo szybko ustalić przynajmniej bezsporną część odszkodowania, a jeśli nie ma nic, to trudno przewidzieć czas zakończenia sprawy i rozstrzygnięcie — mówi Teresa Jochemczyk.

Pytana o to przez na s Ergo Hestia nie odniosła się do powyższych zarzutów.

Inaczej wygląda sytuacja w Mysławie. W listopadzie 2009 r. udało się przekazać ubezpieczycielowi część ekspertyz wykonanych w tej spółce, następne zostały przekazane na początku 2010 r. Podjęcie decyzji w sprawie przyznawania pieniędzy zajmowało Ergo Hestii z reguły ponad trzy miesiące.

— Dopiero pięć miesięcy po pożarze dostaliśmy symboliczną kwotę 1 mln zł, a przez 2,5 roku trafiały do nas kolejne pieniądze. Całość wypłat nie sięgnęła nawet połowy odszkodowania. Ponadto każdą kwotę musieliśmy wywalczyć. Ubezpieczyciel kwestionował niemal każdą opinię czy ekspertyzę, pomimo że nie miał żadnych własnych dowodów na zakres i rozmiar szkody. W sumie wszystkie wypłaty złożyły się na kwotę bezsporną, która powinna trafić do nas w ciągu 30 dni po pożarze, a nie po kilku latach — opowiada Lucjan Pilśniak.

— W ciągu trzech lat ubezpieczyciel wypłacił nam w sumie 8 mln zł, choć wartość szkody w Mysławie została ustalona przez ekspertów na 20 mln zł — wtóruje mu Teresa Jochemczyk.

Po tym czasie firma była już bardzo słaba. Jej wyniki mocno się pogorszyły. Wtedy Ergo Hestia zaproponowała ugodę.

— Była ona jednak tak niekorzystna, że nie zgodziliśmy się na jej podpisanie. Ubezpieczyciel oferował nam 8 mln zł za należność główną i odsetki — mówi Teresa Jochemczyk.

Połowiczna wygrana

Mysław nie dał jednak za wygraną. Do sądu został złożony pozew z tytułu nienależycie wykonanej umowy ubezpieczenia, którą eksperci wyliczyli na ponad 63 mln zł. Powodem był Podkarpacki Bank Spółdzielczy w Sanoku, który miał prawo do polisy. Zakłady Mięsne Mysław wystąpiły w roli interwenienta.

Sąd pierwszej instancji stwierdził, że to do spółki Mysław należała likwidacja szkody. Firma złożyła apelację. Natomiast Sąd Apelacyjny zgodził się z Mysławem, że ZU nieprawidłowo prowadził proces likwidacji szkody, przynajmniej w tej fazie, która stanowi podstawę żądania odszkodowania. Stwierdził, że poza wstępnymi oględzinami budynku i zażądaniem dokumentacji określonej w piśmie z 10 sierpnia 2009 r. ubezpieczyciel nie podjął żadnych innych działań w tym zakresie. Jednocześnie apelacja została oddalona, ponieważ zdaniem sądu fakt, że ZU opóźniał się z wypłatą, nie oznacza jeszcze, że spełnione zostały wszystkie przesłanki odpowiedzialności z art. 471 k.c. Aby tak się stało, powód jest zobowiązany do wykazania nienależytego wykonania umowy, powstania szkody i jej wysokości oraz związku przyczynowego między nimi. Tymczasem, jak czytamy w wyroku, choć zostały udowodnione dwie pierwsze kwestie, to powód nie zgłosił wniosków pozwalających na ustalenie, że istnieje związek przyczynowy między szkodą a brakiem wypłaty bezspornej kwoty odszkodowania w terminie 30 dni.

— W skrócie — sąd przyznał nam rację, że ubezpieczyciel złamał prawo, ponieważ to do jego obowiązków należy zlikwidowanie szkody. Nie miał prawa żądać od nas faktur za naprawę czy ekspertyz i kosztorysów oraz uzależniać wypłaty kwoty bezspornej i odszkodowania od dostarczenia mu tych dokumentów. Przegraliśmy, ponieważ sąd stwierdził, że w ogóle nie będzie badał, czy fakt złamania prawa przez ubezpieczyciela wpłynął na szkodę w przedsiębiorstwie, gdyż ma za mało dowodów — mówi Teresa Jochemczyk.

Jej zdaniem pewne dowody były, ale sąd się ich nie dopatrzył. — Jeden istotny dowód oddalił, bo uznał za spóźniony, choć Mysław miał prawo złożyć go w czasie postępowania. Pomijając to wszystko, logiczne wydaje się, że jeśli firma naszych rozmiarów straci majątek produkcyjny i nie odbuduje zakładu, bo nie dostała odszkodowania, to poniesie straty. Co tu badać? — pyta Teresa Jochemczyk. Razem z Lucjanem Pilśniakiem złożyli kasację do Sądu Najwyższego i czekają na rozwój wydarzeń.

Bez wyjścia

Mysław zbankrutował w 2015 r.

— Nie mieliśmy wyjścia. Nikt nam już nie chciał pomóc. Banki i dostawcy wykazali się dużą cierpliwością, ale z czasem wszyscy byli już zmęczeni tą sytuacją — opowiada Teresa Jochemczyk.

Jakie argumenty na swoją obronę ma ubezpieczyciel? Można znaleźć je w uzasadnieniu wyroku Sądu Apelacyjnego z 6 marca 2018 r. w sprawie Mysława. Ergo Hestia podniosła głównie zarzut przedawnienia roszczeń spółki oraz brak związku przyczynowego między szkodą a zachowaniem pozwanego, który prawidłowo prowadził proces likwidacji szkody. Ubezpieczyciel twierdził, że cały proces był uzależniony od terminów przekazywania dokumentacji przez Mysława, który nie był zdeterminowany, żeby szybko zakończyć postępowanie. ZU zarzucił też Mysławowi, że przez cztery lata nie podjął też żadnych działań mających na celu odbudowanie spalonego zakładu, co wymusiło decyzję o jego rozbiórce. Zwrócił ponadto uwagę, że pierwsza wypłata rzędu 1,9 mln zł trafiła do spółki już 16 września 2009 r. Ergo Hestia nie zgodziła się też ze stwierdzeniem, że Mysław miał możliwość ponownego uruchomienia produkcji w dotkniętym pożarem zakładzie już po upływie dwóch miesięcy od zdarzenia.

— Tyle, że nie mieliśmy zamiaru uruchamiać produkcji w budynku dotkniętym pożarem, tylko w starym zakładzie, którym dysponowaliśmy, oczywiście po jego wyremontowaniu. Natomiast 1,9 mln zł to kwota, którą otrzymaliśmy za majątek obrotowy — koryguje Teresa Jochemczyk.

Dodaje, że konsekwencją działań ubezpieczyciela była również utrata zdrowia przez Lucjana Pilśniaka, który w trakcie zamykania firmy w 2015 r. dostał wylewu krwi do mózgu.

— Ponadto w czasie, kiedy składaliśmy pozew do sądu, żeby dochodzić odszkodowania za zniszczenie Mysława, Ergo Hestia złożyła doniesienie do prokuratury, zarzucając nam próbę wyłudzenia odszkodowania, by zmusić nas do wycofania pozwu. Prokurator nie przyjął argumentów Ergo Hestii i nawet nie podjął postępowania — mówi Teresa Jochemczyk.

Pozycja z góry przegrana

Po tych doświadczeniach razem z Lucjanem Pilśniakiem postanowiła założyć stowarzyszenie Victima, które będzie bezpłatnie pomagać firmom w podobnych sytuacjach.

— Kiedy sami szukaliśmy pomocy, okazało się, że nie ma podmiotu, który wspierałby przedsiębiorców poszkodowanych przez ubezpieczycieli. Walka z nimi jest bardzo trudna, polskie prawo im sprzyja. Poszkodowane małe i średnie polskie firmy mogą nie mieć tyle siły i pieniędzy, żeby w ogóle ją podejmować — tłumaczy Teresa Jochemczyk.

Dodaje, na czym jej zdaniem polega standardowe działanie ZU. Chodzi o to, aby najpierw doprowadzić poszkodowanego do sytuacji bez wyjścia, a potem zaproponować niekorzystną ugodę bez prawa do jakichkolwiek roszczeń w przyszłości albo zmusić go do pójścia na drogę sądową. O tym, że firma ma nikłe szanse na wygranie z ubezpieczycielem w sądzie, często decydują szczegóły.

— W naszym przypadku poszło głównie o zapis w OWU, na podstawie którego Ergo Hestia twierdziła, że likwidacja jest po naszej stronie — wymagała faktur i ekspertyz, potwierdzających zakres i rozmiar szkody. Natomiast kodeks cywilny i ustawa ubezpieczeniowa mówią wprost, że likwidację szkody prowadzi zawsze ubezpieczyciel i to on musi wyliczyć wartość szkody — tłumaczy Teresa Jochemczyk.

Jeżeli ZU tego nie zrobi, poszkodowany może tylko iść do sądu i złożyć pozew.

— Natomiast ubezpieczyciel do czasu wyroku nie musi się niczego obawiać. Zresztą może sobie pozwolić na zatrudnienie najlepszych prawników. Poszkodowany zostaje bez odszkodowania i nie stać go nawet na opłacenie pozwu. Gdy sprawa trafi do sądu, to poszkodowany, a nie ubezpieczyciel, musi udowodnić zakres i rozmiar szkody. Jeżeli firma nie wykonała na własny koszt ekspertyz i kosztorysów, to koniec. Nie ma z czym iść do sądu. Szczęśliwie my je zrobiliśmy — tłumaczy Teresa Jochemczyk.

Zapewnia, że stowarzyszenie Victima będzie walczyć o to, żeby przedsiębiorcy nie byli tak bezbronni, jak obecnie, w walce z ubezpieczycielami o swoje prawa.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Sylwia Wedziuk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu