Urzędnicy uziemili elektrownię

Z powodu konfliktu miasta z przedsiębiorcą mała elektrownia wodna przestała produkować energię. Były dzierżawca chce odszkodowania

Sześć lat temu Antoni Knapiński, właściciel małej elektrowni wodnej Zemborzyce (woj. lubelskie), rozpoczął walkę z urzędnikami o to, by — jak twierdzi — wypełnili obowiązek i przygotowali instrukcję gospodarowania wodą. Bez tego dokumentu jego elektrownia nie mogła działać. Bezskutecznie. Stracił przez to koncesję na wytwarzanie prądu i wydano nakaz rozbiórki elektrowni.

Rządzi papier

W 1993 r. Antoni Knapiński wygrał przetarg na dzierżawę pomieszczeń i uruchomienie małej elektrowni wodnej nad Zalewem Zemborzyckim ogłoszony przez Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji (MOSiR) w Lublinie. Jak twierdzi Antoni Knapiński, elektrownia działała bez problemów, dopóki w MOSiR nie pojawił się nowy zarząd, który miał inny pomysł na zagospodarowanie zbiornika.

— W 2006 r. pojawił się obowiązek posiadania tzw. instrukcji gospodarowania wodą, bez której nie można było uzyskać tzw. pozwolenia wodno-prawnego dla elektrowni. Ponieważ ważność wydanego mi pozwolenia się kończyła, poprosiłem MOSiR o dokumenty, które były niezbędne do przygotowania tej instrukcji. Odpowiedzi nie otrzymałem. Zbywano mnie słowami: „nie zajmuj się pan nie swoimi sprawami, my zrobimy, co trzeba”. W końcu zaproponowałem wspólne opracowanie instrukcji. Na to też mi nie odpowiedziano — twierdzi Antoni Knapiński.

— Pan Knapiński utracił pozwolenie wodno-prawne 31 grudnia 2007 r. i nie zwracał się z prośbą do MOSiR o przygotowanie instrukcji — odpowiada Mariusz Szmit, prezes MOSiR. W rezultacie od 2008 r. elektrownia pracowała bez pozwolenia.

— Wtedy w trybie pilnym poproszono mnie do wydziału środowiska lubelskiego urzędu miejskiego na naradę w sprawie opracowania instrukcji dla podmiotów korzystających z wód zbiornika Zemborzyce. MOSiR zobowiązał się wówczas, że ją opracuje — mówi Antoni Knapiński.

Zdaniem Mariusza Szmita, MOSiR posiadał pozwolenie wodno-prawne, które obowiązywało do 2011 r., więc nie musiał do tego czasu tworzyć instrukcji. Mimo to w 2008 r. taki dokument został przygotowany na prośbę Antoniego Knapińskiego, który — według prezesa MOSiR — nie zaakceptował warunków, jakie postawił ośrodek.

— To dzierżawca odrzucił dokument, uniemożliwiając sobie w ten sposób uzyskanie pozwolenie wodno-prawnego — twierdzi Mariusz Szmit.

— Urzędnicy doszukali się wielu zagrożeń, które — ich zdaniem — powoduje elektrownia, a które są fikcyjne i służyły przeciąganiu sprawy. Chodziło m.in. o drgania, wadliwe opracowanie dokumentów wodno-prawnych czy ograniczenie przepustowości przez budowlę piętrzącą wodę.

Zarzuty pojawiały się pojedynczo i były obalane przez niezależnych ekspertów, co później jeszcze potwierdziła kontrola zapory przeprowadzona, z wynikiem pozytywnym, przez warszawski Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej. MOSiR w końcu zarzucił mi nieregulowanie płatności, do których się zobowiązałem, co też nie jest prawdą, bo mam dowód każdej wpłaty — wymienia Antoni Knapiński.

Pożar czy podpalenie

Urzędnicy mówią jasno — elektrownia nie miała prawa działać, a działała, zaś jej właściciel nie zrealizował ich zaleceń.

— W kwietniu 2009 r. na terenie elektrowni wybuchł pożar, który był dużym zagrożeniem dla bezpieczeństwa jazu i zbiornika — dodaje Mariusz Szmit.

Zdaniem Antoniego Knapińskiego, była to jednak próba podpalenia.

— Elektrownia stoi i niszczeje, chociaż jest nowoczesna, sprawna i włożyłem w nią wszystkie pieniądze. Jeśli MOSiR miał inne plany wobec tego zbiornika, nie powinien ogłaszać w 1993 r. przetargu i zawierać ze mną bezterminowej umowy dzierżawy — opowiada Antoni Knapiński. A inne plany ośrodek rzeczywiście ma.

— Pozwolenie wodno-prawne nie jest jedynym dokumentem potrzebnym dla funkcjonowania hydroelektrowni. Właściciel elektrowni powinien również uzyskać zgodę (w formie umowy dzierżawy) właściciela terenu, na którym są zlokalizowane urządzenia, czyli MOSiR. Biorąc pod uwagę plany rozwoju terenów nad zalewem oraz zatwierdzoną przez władze miasta w 2009 r. strategię rozwoju, MOSiR nie ma możliwości wyrażenia zgodny na funkcjonowanie na zbiorniku prywatnej hydroelektrowni — mówi Mariusz Szmit.

MOSiR chce natomiast mieć własną elektrownię wodną. Od wydanego nakazu rozbiórki prywatnego obiektu Antoni Knapiński odwołał się do Naczelnego Sądu Administracyjnego.

— Będę domagał się odszkodowania za działania urzędników. Od kilku lat z winy MOSiR jestem pozbawiony dochodów, a sama elektrownia też ma swoją wartość. Według ekspertów, to nawet 2-3 mln zł — twierdzi Antoni Knapiński.

OKIEM EKSPERTA

Młyny z potencjałem

ROBERT SZLĘZAK

wieceprezes Towarzystwa Rozwoju Małych Elektrowni Wodnych (TRMEW)

W Polsce jest 741 elektrowni wodnych, w tym 732 małe. Część z nich należy do czterech największych państwowych spółek energetycznych — Polskiej Grupy Energetycznej, Enei, Energi i Tauronu. Wiele jest w posiadaniu prywatnych przedsiębiorców, a kilkanaście należy do skarbu państwa i jest pod zarządem RZGW. Właścicielami bywają też np. kurie. Małych elektrowni wodnych mogłoby być znacznie więcej.

W Polsce przed wojną było 8,5 tys. młynów — w miejsce każdego z nich można by postawić taki obiekt. Okres zwrotu z inwestycji jest jednak dość długi — w przypadku najtrudniejszych projektów, obejmujących budowę węzła wodnego, sięga kilkunastu lat. Przypadek konfliktu nad Zalewem Zemborzyckim właściciela, czyli miasta, z byłym dzierżawcą jest pierwszym takim wśród członków TRMEW. Chcemy doprowadzić do mediacji w tej sprawie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michalina Szczepańska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu