Wątpliwości w upadłości

Radosław Omachel
07-03-2003, 00:00

Wątpliwości się mnożą, padają konkretne zarzuty, dotyczące rozstrzygnięć w sprawach o upadłość i tego, co stało się już po wkroczeniu syndyka. Postępowanie sędziego Dariusza Czajki, także prezesa Zrzeszenia Prawników Polskich, wzbudza kontrowersje. Inni prawnicy nabrali wody w usta. Czy sędzia naprawdę ma powody, by coś ukrywać? Nie dał nam szansy o to zapytać.

Na 17 marca zaplanowano rozprawę w sprawie sędziego Dariusza Czajki. Na początku grudnia zastępca rzecznika dyscyplinarnego warszawskiego sądu okręgowego, sędzia Salomea Truszkowska postawiła Dariuszowi Czajce zarzut podjęcia innej pracy bez wymaganej zgody przełożonych („PB” z 18 grudnia 2002 roku). Powód? Sędzia zasiadł na fotelu kanclerza Europejskiej Wyższej Szkoły Prawa i Administracji. W razie niepomyślnego dla sędziego rozstrzygnięcia Dariuszowi Czajce grozi m.in. upomnienie, nagana lub nawet odwołanie z funkcji sędziego.

Pierwsza rozprawa powinna się odbyć o wiele wcześniej, lecz dokumenty krążyły między sądem okręgowym i apelacyjnym — sędzia Czajka wstrzymywał się bowiem od złożenia wymaganych wyjaśnień.

Miał na to dwa tygodnie. Nie zdążył... Czyżby Dariusz Czajka — z dużą biegłością posługujący się przepisami prawa na sali sądowej wobec innych — do przepisów się nie stosował, by odwlec własną sprawę? Pan sędzia nie dał nam szansy o to zapytać.

Dariusz Czajka jeździ volvo kombi (najtańsze nowe kombi tej marki kosztuje ponad 80 tys. zł) i mieszka w segmencie w podwarszawskiej miejscowości. Średnia pensja sędziego na jego stanowisku to — według Ministerstwa Sprawiedliwości — około 3 tys. zł netto.

Ale sędzia Czajka oprócz kanclerzowania EWSPiA pozostaje m.in. redaktorem programowym w „Gazecie Sądowej” — miesięczniku Zrzeszenia Prawników Polskich, na którego czele — jako prezes zarządu głównego — stoi od września 2000 roku. Pisze również książki prawnicze — w rodzaju „Upadłość i układ” i — uwaga! — „Przestępstwa menedżerskie”. Czy autorskie sukcesy zapewniają mu wystarczające środki, by kupić kosztowne auto i nieruchomość? Pan sędzia nie dał nam szansy o to zapytać.

W ostatnim finale Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Centrum Informacji Prawno-Finansowej (CIPF) wystawiło na aukcję w serwisie internetowym książkę Czajki „Układ w postępowaniu układowym”. Poszła za 6 złotych 50 groszy...

Sędzia Czajka zakupił nie tak dawno dom u jednego z warszawskich deweloperów. Najpierw płacił raty sam. Potem — wiemy z wiarygodnego źródła — następne części należności uiszczało CIPF, z którym jest powiązany. Później raty wpłacał znów sędzia Czajka, ale ostatnią zapłaciło Zrzeszenie Prawników Polskich. Bardzo niestandardowa historia płatności... Możliwe, że chodziło o przelew bardzo, bardzo wysokich honorariów, ale... Pan sędzia nie dał nam szansy o to zapytać.

Pewnie sędzia Czajka pracowałby sobie w spokoju dalej, gdyby nie postępowanie upadłościowe w przypadku Centrum Leasingu i Finansów.

Jeszcze w 1999 roku na liście największych leasingodawców CLiF plasował się na 9 miejscu z obrotami blisko 180 mln zł. W 2001 roku spółka popadła w kłopoty finansowe. Wniosek o upadłość złożyły Kredyt Bank, należący do niego Polski Kredyt Bank i BGŻ.

Wiosną 2001 roku Kredyt Bank chciał CLiF-a kupić. Do transakcji nie doszło, gdyż partnerów dzieliły zbyt duże rozbieżności co do ceny. Upadłość spółki ogłosił 12 grudnia 2001 r. warszawski sąd gospodarczy, pod przewodnictwem sędziego Dariusza Czajki. On także został sędzią komisarzem, nadzorującym postępowanie upadłościowe. Syndykiem sąd mianował Sławomira Zaborowskiego; jego współpracownikiem został Tomasz Palaszek. Te dwa nazwiska jeszcze powrócą w tej historii. Okazało się, że są oni powiązani z wnioskującym o upadłość CLiF-a Kredyt Bankiem. Dariusz Baran, były prezes CLiF-a, pięć miesięcy temu złożył wniosek o wyłączenie Dariusza Czajki ze sprawy ze względu na jego kontakty z tym samym bankiem.

— Do tej pory odbyło się tylko jedno posiedzenie sądu. Na dodatek — niejawne. Nic się w tej sprawie nie dzieje — mówi Dariusz Baran, zdziwiony brakiem reakcji prokuratury na doniesienia prasowe w sprawie sędziego.

Były prezes CLiF-a rozważa złożenie wniosku o zbadanie tej sprawy przez Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu.

Co do zasadności ogłoszenia upadłości zdania były podzielone. Ale prawdziwa burza rozpętała się latem 2002 roku, kiedy syndyk — Sławomir Zaborowski — zaproponował klientom CLiF-a, których umowy wygasły, odkupienie przedmiotów leasingu po cenie zbliżonej do rynkowej. Ci zaprotestowali. Ich zdaniem, umowy z CLiF-em gwarantowały im przejęcie leasingowanych przedmiotów bez dodatkowych opłat. Syndyk ich racji nie uznał. Zawikłana procedura upadłościowa potrwa zapewne miesiącami, a leasingobiorcy do dziś nie mogą uwierzyć, że za samochody, za które już zapłacili, muszą zapłacić jeszcze raz! I to zgodnie z literą prawa! No cóż, warto uważnie rozważyć zawiłości leasingowych umów przed ich podpisaniem.

A jak prowadzono postępowania upadłościowe CLiF-a, ilustruje przykład warszawskiej spółki, która wzięła w CLiF-ie w leasing dwa samochody wartości ponad 100 tys. zł każdy. Umowy zawarto w czerwcu 2001 roku — pół roku przed ogłoszeniem upadłości CLiF-a. Już jesienią CLiF powiadomił klienta, że — wskutek odstąpienia od umów kredytowych z bankami — raty leasingowe należy wpłacać na nowe konto. Pismo podobnej treści przysłały i dwa banki: z uzasadnieniem, że na podstawie umów przewłaszczeniowych stały się właścicielami samochodów. W końcu stołeczna spółka zdecydowała się oddać samochody do masy upadłości (kontrolę nad nimi przejął syndyk).

— Auta przekazaliśmy z przeświadczeniem, że będziemy je mogli wykupić. Zgodnie z ustną opinią sędziego komisarza Dariusza Czajki, jako leasingobiorcy mieliśmy pierwszeństwo przy wykupie przedmiotów z masy upadłości. Powołując się na to, zgłosiliśmy się do syndyka z propozycją wykupu samochodów po 60 tys. zł każdy. Do dzisiaj nie dostaliśmy odpowiedzi... — mówi jeden ze współwłaścicieli.

Syndyk Sławomir Zaborowski zdecydował, że auta zostaną sprzedane publicznie po 53 tys. zł, a o tym, kto je kupi, zdecyduje kolejność zgłoszeń w dniu publikacji stosownego ogłoszenia w „Gazecie Wyborczej”.

— Zjawiliśmy się w siedzibie CLiF--a o szóstej rano. Kilka godzin później, kiedy ustawiła się już duża kolejka, nagle pojawił się jakiś mężczyzna. I ogłosił, że to on był pierwszy! Na nasze protesty odparł tylko: „Zobaczymy, komu syndyk sprzeda samochody!” — wspomina leasingobiorca.

No i syndyk nie uznał prawa pierwokupu!

— Interweniowaliśmy. Syndyk wyrzucił nas za drzwi, grożąc wezwaniem ochrony — mówi przedstawiciel poszkodowanej spółki.

Jego kolega dzwonił w tym czasie do sędziego Czajki. Ten obiecał, że za chwilę przyjedzie. Słowa na wiatr: nie pofatygował się.

— Pojechałem do sądu, ale sędzia Czajka również wyprosił mnie z pokoju — tłumaczy leasingobiorca.

Jak się łatwo domyślić, partnerzy nie odkupili „swoich” samochodów.

— Straciliśmy na interesie z CLiF-em ponad 100 tys. zł. To bardzo dużo, jak na naszą firmę — wyliczają.

W sumie okoliczności upadłości CLiF-a i późniejsze wydarzenia wzbudziły zainteresowanie postacią sędziego Czajki. Szybko okazało się bowiem, że wokół co najmniej kilku innych prowadzonych przez niego wcześniej spraw upadłościowych narastają wątpliwości.

Proces upadłości Zakładów Radiowych im. Marcina Kasprzaka w latach 1994-1998, od początku budził kontrowersje. Głównie ze względu na atrakcyjność należących do zakładów nieruchomości. O upadłość Kasprzaka wnioskował Bank Handlowy. Zakładom radiowym udało się w ostatniej chwili doprowadzić do ugody: na rozprawie 18 lipca 1994 roku BH wycofał wniosek.

Ale do sądu — już podczas wspomnianej rozprawy — wpłynął drugi wniosek o upadłość Kasprzaka, ze strony postawionej w stan upadłości spółki CEMI. Sędzią komisarzem w postępowaniu CEMI był Dariusz Czajka, prowadzący jednocześnie rozprawę Kasprzaka.

Błyskawicznie — już 21 lipca 1994 roku, w trzy dni po złożeniu wniosku przez CEMI — Dariusz Czajka orzekł o upadłości Kasprzaka. Syndykiem został Tomasz Palaszek. I kilka miesięcy później sprzedał najatrakcyjniejszą część działki po warszawskim Kasprzaku — u zbiegu Karolkowej i Kasprzaka — Kredyt Bankowi za 175 mld starych złotych (17,5 mln zł).

Bank odsprzedał poźniej część tej działki między innymi BGŻ, a część wprowadził aportem do spółki Victoria Development (syndyk Palaszek zajął później stanowisko członka zarządu tej spółki).

Sędzią komisarzem w postępowaniu upadłościowym Kasprzaka był Sławomir Góralski — dziś wicedyrektor departamentu windykacji Kredyt Banku. Departament ów odpowiada m.in. za przygotowanie stanowiska Kredyt Banku w sprawie upadłości Centrum Leasingu i Finansów. Andrzej Ciałkowski, który współpracował z syndykiem Palaszkiem, został pełnomocnikiem Kredyt Banku, a Sławomir Zaborowski przygotowywał sprawozdania finansowe Victorii Development.

— Byłem bardzo zaskoczony, że Dariusz Czajka nie usiłował wnikliwie rozpatrzyć naszego wniosku o postępowanie układowe, ale zmierzał do szybkiej upadłości Kasprzaka. W ciągu kilku dni odbyły się trzy posiedzenia sądu. Złożyłem wniosek o wyłączenie sędziego Czajki z postępowania upadłościowego Kasprzaka, bo był on jednocześnie sędzią komisarzem w CEMI (a ta spółka zgłosiła wniosek o upadłość). Ale ten postulat sąd odrzucił — rozprawę prowadził sędzia Sławomir Góralski, ten sam, który wkrótce został sędzią komisarzem dla syndyka obejmującego masę upadłości Kasprzaka. Byłem zdziwiony, że sędzia Czajka był na „ty” z osobami z zespołu syndyka — syndykiem i jego doradcami: prawnym i finansowym — o czym mogłem się przekonać na sądowym korytarzu — wspomina Marek Łotocki, ostatni dyrektor naczelny Zakładów Radiowych im. Marcina Kasprzaka.

— Dwa dni po ogłoszeniu upadłości syndyk bezprawnie zakazał mi wstępu do przedsiębiorstwa i wypowiedział umowę o pracę jedynemu radcy prawnemu przedsiębiorstwa — kontynuuje Marek Łotocki.

— Moim zdaniem, chodziło o uniemożliwienie złożenia rewizji do orzeczenia o upadłości. Na bezprawne działania syndyka nie reagowali sędzia komisarz Sławomir Góralski, a później jego następca Krystyna Cudna. Mimo że byli o nich informowani — uzupełnia.

Syndyk odmówił także dyrektorowi Kasprzaka wypłaty pensji. Łotocki skierował sprawę na drogę prawną.

— Syndyk nie stawiał się w sądzie — regularnie przedstawiał zwolnienia lekarskie. Złożyłem wniosek o odwołanie Tomasza Palaszka z funkcji syndyka — ze względu na stan jego zdrowia — mówi były dyrektor.

Marek Łotocki o interwencję poprosił Rzecznika Praw Obywatelskich. Z dokumentów sądowych wynika, że rzecznik zgłosił udział w postępowaniu upadłościowym — ze względu na zagrożenie naruszenia praw obywatelskich.

Sąd ostatecznie przyznał rację Markowi Łotockiemu.

Przedsiębiorcy, którzy zetknęli się sędzią Dariuszem Czajką na sali sądowej nie mają wątpliwości, że jest fachowcem.

— Odniosłem wtedy wrażenie, że to ktoś o silnej osobowości, inteligentny i kompetentny, a przede wszystkim — biegły w znajomości prawa upadłościowego. A rozległa wiedza w tej dziedzinie nawet wśród doświadczonych prawników należała wówczas do rzadkości — podkreśla Marek Łotocki.

— Nie mam pretensji do sędziego Czajki. Mam tylko wątpliwości co do skuteczności procedur sądowych — mówi Grzegorz Brychczyński, który poznał sędziego Czajkę w czasie postępowania upadłościowego spółki Lojack.

— Z jego orzeczeniami trudno mi dyskutować, bo zawsze są podparte odpowiednimi przepisami. Byłem na kilku rozprawach i spotkaniach z sędzią Czajką, ale nic nadzwyczajnego się tam nie działo — mówi Andrzej Stawicki, założyciel Stowarzyszenia Ochrony Praw Przedsiębiorców.

Inny przypadek. Na przełomie 1997 i 1998 roku upadło Stołeczne Przedsiębiorstwo Konfekcyjne Leda. Postępowanie jako sędzia komisarz nadzorował Dariusz Czajka. Syndyk zwrócił się do niego z wnioskiem o zgodę na sprzedaż nieruchomości Ledy z wolnej ręki. Dariusz Czajka taką zgodę wyraził, a syndyk za 600 tys. zł sprzedał kilkukondygnacyjny budynek przy ul. Grodzieńskiej w Warszawie. Nabywcą była spółka Centrum Informacji Prawno-Finansowej. CIPF — prócz działalności charytatywnej — zajmuje się wydawaniem publikacji o tematyce prawnej, także książek Dariusza Czajki.

Udziałowcem centrum jest Zrzeszenie Prawników Polskich. W sprawach operacyjnych — jak zakup udziałów, podnoszenie kapitału zakładowego — zrzeszenie reprezentował do tej pory Dariusz Czajka. Znaczącym udziałowcem jest również Tomasz Palaszek (przypomnijmy: syndyk w Kasprzaku i współpracownik syndyka w CLiF-ie).

Kilkudziesięciohektarowy PGR na granicy Warszawy i Piaseczna — dzięki prywatyzacji — w 1992 roku przejął Tomasz Maj. Gospodarstwo najpierw dzierżawił, a potem nabył (jeden z tygodników podaje sumę: za 15,5 mln zł). Tomasz Maj nie wywiązywał się jednak z obowiązków płatniczych wobec Skarbu Państwa (niedawno okazało się, że nie wpłynęły jeszcze wszystkie pieniądze i być może grunty wrócą do poprzedniego właściciela).

W 1998 roku Tomasz Maj zwrócił się do gminy Lesznowola (tam leży Eko-Mysiadło) o odrolnienie gruntów. Procedura trwała. Tomasz Maj — z mniejszym lub większym powodzeniem — prowadził gospodarstwo przez niemal dekadę. Problemy — jak twierdzi — zaczęły się w 1998 roku, kiedy załamał się eksport do Rosji.

Zadłużenie Eko-Mysiadła — m.in. w ZUS — szybko rosło. Dziś — wraz z odsetkami — wynosi około 130—140 mln zł. Pomysł na spłatę wierzycieli był prosty: zmiana przeznaczenia gruntów rolnych na inwestycyjne. Atrakcyjne położenie wabiło nabywców — działkami przy Puławskiej w Warszawie interesował się choćby Selgros. Według wyliczeń Maja, na zaspokojenie wierzycieli wystarczyłaby sprzedaż 1/4 odrolnionych gruntów.

Jeszcze przed wydaniem decyzji o zmianie przeznaczenia gruntów Eko-Mysiadła, we wrześniu 2001 roku warszawski sąd gospodarczy, a konkretnie — sędzia Dariusz Czajka — na wniosek ZUS ogłosił upadłość tej spółki. Tomasz Maj odwołał się do sądu okręgowego, a ten uchylił decyzję sądu rejonowego.

Inny wniosek o upadłość trafił do sądu na początku 2002 r. Tym razem sąd przesądził o upadłości Eko--Mysiadła. Dariusz Czajka został sędzią komisarzem. Na razie postępowanie upadłościowe wstrzymano, gdyż toczy się równolegle sprawa z powództwa Ministerstwa Skarbu Państwa (Maj kupił Eko-Mysiadło od wojewody warszawskiego — dziś jego kompetencje przejęło MSP). Chodzi o niezapłacone raty za gospodarstwo. Jeszcze przed wstrzymaniem postępowania Dariusz Czajka zgodził się — na wniosek syndyka — na sprzedaż części gospodarstwa z wolnej ręki. Sprawa trafiła do sądu, gdyż — zdaniem Tomasza Maja — sędzia złamał prawo, albowiem wydał taką zgodę bez uprzedniej decyzji rady wierzycieli (której wówczas nie było). Dariusz Czajka odpierał zarzuty, twierdząc, że o sprzedaży majątku z wolnej ręki decyduje sędzia komisarz i może wydać taką zgodę — nawet jeżeli rada wierzycieli jeszcze nie istnieje. I okazało się, że ma rację.

Tomasz Maj zamierza jednak ponownie poskarżyć się na sędziego.

— Rzecz w tym, że wierzyciele, reprezentujący odpowiednią część wierzytelności — BGŻ i MSP — zgłosili wnioski o powołanie rady wierzycieli pod koniec marca 2002 roku: kilkanaście dni po ogłoszeniu upadłości Eko-Mysiadła. W sierpniu obaj wierzyciele ponowili prośby. Bez skutku. Radę wierzycieli powołano dopiero w październiku. Tymczasem sędzia wydał zgodę na sprzedaż gruntów z wolnej ręki... 18 czerwca syndyk zgłosił wniosek w tej sprawie. Pozytywną decyzję sędzia Czajka wydał jeszcze tego samego dnia! — podkreśla Tomasz Maj.

Właściciel Eko-Mysiadła przygotowuje też wniosek o „wszczęcie czynności prokuratorskich”: zarzuca sędziemu i syndykowi, że działali z zamiarem sprzedania jego gospodarstwa po zaniżonej cenie.

— Syndyk wystąpił o sprzedaż gruntów za minimalną cenę 115 mln zł. Tymczasem z dokumentu z zebrania rady wierzycieli z 23 października 2002 roku wynika, że wycenili oni wartość gruntów na 212 mln zł! — zauważa Tomasz Maj.

Już podczas postępowania upadłościowego gmina Lesznowola zmieniła przeznaczenie gruntów, co radykalnie podniosło ich wartość. Wstępna umowa na sprzedaż 5,5 ha gruntów przy ul. Puławskiej — którą Tomasz Maj podpisał ze spółką Selgros — opiewała na 32 mln zł. A całe podwarszawskie gospodarstwo liczy 87 ha. Można się tylko domyślać, czy cena 115 mln zł może odzwierciedlać realną wartość gruntów...

Tomasz Maj informował o swej sprawie ministra sprawiedliwości i kancelarię prezydenta. Na razie interwencja u prokuratora generalnego skutku nie przyniosła.

Sprawa, a raczej sprawy, sędziego Czajki interesuje środowisko prawnicze, ale — na razie — żaden z jego przedstawicieli nie chciał zabrać głosu. Komentarza odmówił nam na przykład Andrzej Zoll, rzecznik praw obywatelskich. Przedstawiciele instytucji zrzeszających prawników — np. Krajowej Rady Sądowniczej — czekają do zakończenia postępowania wyjaśniającego.

Za to Grzegorz Brychczyński, prezes Stowarzyszenia Lotniczego i były dyrektor ds. rozwoju spółki Lojack Polska, która zajmowała się lokalizowaniem skradzionych samochodów, wspomina bez zahamowań.

— Sędzia Czajka prowadził upadłość mojej firmy. Zgłosiłem się do niego z zapytaniem o procedurę odwoławczą: chciałem zaskarżyć decyzję o upadłości spółki. Sędzia zaproponował złożenie zażalenia — opowiada Grzegorz Brychczyński.

Za oknami odbywała się właśnie demonstracja pracowników upadłego Norblina.

— Sędzia Czajka machnął na demonstrantów ręką i wieloznacznie powiedział: „Chcieli upadłości, to ją im dałem. Teraz protestują. Coś z tym trzeba będzie zrobić” — opowiada Grzegorz Brychczyński.

Coś z tym trzeba będzie zrobić. Pora rozjaśnić wątpliwości, otaczające pracę sędziego Dariusza Czajki.

Mimo wielokrotnych prób sędzia Dariusz Czajka — choć obiecał — nie zdecydował się na rozmowę z nami.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Radosław Omachel

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Rejestracja zamknięta / Wątpliwości w upadłości