Wyspy Żółwie Michała Lemana

Wysłuchała Danuta Hernik
opublikowano: 25-01-2018, 22:00

Galapagos wybrał na podróż poślubną. Potwierdza, że chociaż woda wokół archipelagu jest szmaragdowa, to plaż jest niewiele, bo to wyspy wulkaniczne. Za to towarzystwo galapagoskiej fauny — bezcenne.

To nie są wyspy, jakie kryją się pod pojęciem „rajskie”. Krajobraz jest wulkaniczny, ostre skały, niska roślinność porastająca zastygłą lawę, kaktusy. Twarde, pełne uskoków dno przybrzeżne. Chociaż piaszczyste plaże też można znaleźć na Galapagos, jednak to nie to samo co Mauritius czy Bora Bora, gdzie spędza się czas na złotym piasku nad szmaragdową wodą lub w tropikalnym, zawsze otwartym barze. To zupełnie inny klimat: towarzystwo lwów morskich, czerwonych krabów, legwanów. Brak infrastruktury. Nierówne, strome trasy do przejścia i restrykcyjna ochrona przyrody. Tu człowiek nie jest szefem, rządzi natura i symbioza gatunków. W zasadzie mieszkać można tylko na kilku wyspach archipelagu, a ponad 90 proc. jego obszaru, w tym morze wokół wysp, jest parkiem narodowym i rezerwatem przyrody, wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Galapagos to w sumie ponad sto wysp wulkanicznych, z czego największa ma prawie 4600 km kw. Te większe to Isabela, Santa Cruz, Fernandina, San Cristóbal ze stolicą archipelagu Puerto Baquerizo Moreno, najmniejsze zaś to nawet pojedyncze skały wystające z Oceanu Spokojnego. Na przykład wyspa Darwin (obowiązują hiszpańskie i angielskie nazwy wysp) ma 1 km kw.

Michał Leman Absolwent Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Gdańskiego. Dyrektor zarządzający i członek zarządu FlixBus Polska. Wcześniej był dyrektorem marketingu i produktu PLL LOT. Współtwórca spółki LOT Travel. Prywatnie mąż i ojciec. Pasjonat lotnictwa.
Wyświetl galerię [1/7]

Michał Leman Absolwent Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Gdańskiego. Dyrektor zarządzający i członek zarządu FlixBus Polska. Wcześniej był dyrektorem marketingu i produktu PLL LOT. Współtwórca spółki LOT Travel. Prywatnie mąż i ojciec. Pasjonat lotnictwa. FOT. ARCHIWUM PRYWATNE, FOTOLIA

Sposób podróżowania. Większość archipelagu zwiedza się łódką. Kupuje się rejs — najlepiej w Quito, gdzie cena jest znacznie niższa niż w internecie (przy zakupie z Europy). Powiedziała nam o tym przyjaciółka, która mieszkała tam półtora roku. Przy Avenida Amazonas jest mnóstwo biur turystycznych, które oferowały rejsy nawet do 60 proc. tańsze niż te w sieci. Wydaliśmy na to z żoną połowę założonego budżetu. Na łodzi się mieszka i je. Są różnej wielkości — od czterech, sześciu koi, nawet do dwudziestu. Głównie to jachty motorowe, nie ma wielkich promów i przewoźników masowych. Łodzie nie przybijają do brzegu, na ląd dowożą turystów motorowe pontony, które dobijają w wyznaczone miejsca. Niektórzy decydują się na indywidualne zwiedzanie archipelagu. Kupują noclegi na którejś z zamieszkałych wysp (10-25 dolarów za noc) i jednodniowe wycieczki (od 40 do nawet 200 dolarów) i rejsy na poszczególne wyspy.

Wszystko można zorganizować na miejscu. Trzeba jednak pamiętać o limitach połączeń i ograniczeniach ruchu turystycznego. Nie wszędzie można się dostać samodzielnie, a bilety na rejs w danym kierunku często są wykupione poprzedniego dnia. Nasz dwutygodniowy wyjazd na Galapagos podzieliliśmy między rejs ze zwiedzaniem i pobyt stacjonarny na dwóch wyspach. Wzięliśmy mniejszą łódź, żeby nie być w dużej grupie. Do dyspozycji mieliśmy kajutę z łazienką, posiłki, przewodnika, sprzęt do snorklingu (obserwowanie życia pod wodą przez unoszącego się na niej z zanurzoną twarzą płetwonurka wyposażonego w maskę, fajkę i płetwy).

W zgodzie z naturą. Nigdy nie byłem w miejscu, gdzie natura traktuje mnie jako jeden ze swoich elementów. Pod tym względem Galapagos są absolutnie wyjątkowe. Zwierzęta myślą, że jestem jednym z nich i idą do mnie — iguany, kraby, lwy morskie, ptaki...

Czasem wręcz trzeba przed nimi uciekać, np. lwy morskie wszystkiego dotykają pyskiem, a turyści są nakremowani, mają na sobie substancje zapachowe i jest ryzyko, że jeśli lew będzie pachniał kremem z filtrem UV, to stado może go odrzucić. Zatrzymujemy się na chwilę, by się przyjrzeć zwierzętom, okazom flory czy krajobrazowi, a gdy ruszamy dalej, przewodnicy bardzo dokładnie sprawdzają, czy czegoś nie pozostawiliśmy. W miejscach, gdzie można uprawiać snorkling, czasem pozwala się czegoś dotknąć, ale tylko tak, że przewodnik, który również nurkuje, podaje to i opowiada, np. że to ogórek morski — wyjmuje, pokazuje, pozwala dotknąć, a później odkłada na miejsce. Nie wolno naruszyć naturalnego porządku. Przewodnicy na każdym kroku podkreślają, że wiele gatunków, które żyją na Galapagos, jest endemicznych. A jeśli nawet gdzieś jeszcze można je spotkać, to tutaj zmutowały na tyle, że nie znajdzie się podobnych w innych miejscach świata. Wyspy Żółwie mają własny ekosystem, własne niepowtarzalne warunki — każda z nich. A zwierzęta żyją nie tylko obok siebie, ale wręcz razem. Na jednym zdjęciu można mieć żółwia, kraba, lwa morskiego i pingwina równikowego, a do tego jeszcze głuptaka niebieskonogiego (te ptaki wyglądają komicznie, jakby przycupnęły na świeżo malowanej ławce albo ktoś wciągnął im na nóżki silikonowe kaloszki).

Podpływa się do jakiejś zatoki bez silnika, żeby je zobaczyć, a one nie uciekają, nie płoszą się... Żółwie pływają przy łódkach, nie zachowują dystansu. Pływa się wśród kolorowych rybek, rekinów... Niesamowite. Do wody można wejść w wyznaczonych miejscach poza plażami. To całkiem inne doświadczenie niż w krajach, gdzie wszystko jest przygotowane dla turysty, wszystko jest dostępne. Tu jest natura, której nikt nie popsuł, nie zagospodarował — ostre skaliste brzegi, niedostępne skałki, teren, po którym najlepiej chodzić w mocnych, zakrytych butach. Często wchodzi na grunt teoretycznie przeznaczony dla człowieka. Byliśmy na plaży, gdzie postawiono namioty pałatki, które miały dawać cień surferom, żeby mogli położyć sprzęt, odpocząć itd. Ale surferów tam nie było. W cieniu tych namiotów poukładane jak sardynki spały lwy morskie. Często można je spotkać wylegujące się w porcie, na ścieżce, na plaży. Nikt nie ma prawa ich przeganiać. Prześmieszne stworzenie. Śpi na brzegu, kiedy trawi. Zjada dużo morskiej „zieleniny”, która mu fermentuje w brzuchu i wtedy zasypia. Wygląda zabawnie, kiedy wychodzi z wody, podczołguje się na brzeg i robi pad... Śpi. Po godzinie podniesie łeb, kichnie i dalej śpi. Po jakimś czasie podczołga się pół metra wyżej i znów zasypia. Jest w tym przekomiczne, ma uroczą mordkę i jest całkowicie ufne. Zasypia bez rozejrzenia się wokół. Chrapie, robi pokot jak po jakiejś szalonej imprezie. Albo kraby. Sposób, w jaki się poruszają, jest zupełnie kreskówkowy. Podejrzewam, że ludzie, którzy tworzą kreskówki, nieraz widzieli maszerujące kraby. Idą lekko boczkiem, zatrzymują się, rozglądają. Coś im się nie podoba, to zakopują się w piasku i już ich nie ma.

Żółwie i cała reszta. Na Wyspach Galapagos, znanych przede wszystkim z żółwi i iguan, mieszkają setki gatunków zwierząt — ptaków, gadów, ssaków morskich i ryb. Bardzo wiele to gatunki żyjące wyłącznie tam — ponad 80 proc. ptaków lądowych, 90 proc. gadów i ssaków lądowych, ponad 20 proc. gatunków morskich i 30 proc. roślin na wyspach to gatunki endemiczne. Wiele występuje nawet tylko na jednej wyspie, np. legwan z Santa Fe albo rybitwa czarnogrzbieta z Wyspy Darwin. Słowo klucz dla Galapagos: endemiczny.

Co można zobaczyć na wyspach, w otaczających je wodach i w powietrzu? Długo by wymieniać: czerwonogardłe fregaty, zięby Darwina, mewy widłosterne, niebieskonogie i czerwononogie głuptaki, albatrosy, myszołowy galapagoskie, flamingi, pelikany, pingwiny równikowe, kormorany, przedrzeźniacze, żółwie słoniowe, morskie, legwany morskie i lądowe, jaszczurki lawowe, gekony galapagoskie, uszanki galapagoskie, żarłacze galapagoskie, rekiny wielorybie, manty, czyli diabły morskie... Każda wyspa oferuje swoje skarby i tajemnice. Każda jest atrakcją. Na San Cristobal jest El Junco — jedyne słodkowodne jezioro archipelagu, doskonałe miejsce do obserwacji ptaków, m.in. fregat. Do jeziora prowadzi 200 schodów, a ze szczytu jest fantastyczny widok na wyspę. Albo Leon Dormido (Kicker Rock) — wysokie na 140 m wulkaniczne skały, pod którymi można pływać z żółwiami morskimi, fokami i rekinami, uprawiać morski snorkling. Wycieczka kosztuje około 100 dolarów. A Cerro Brujo ma z kolei zjawiskową plażę, na której odpoczywają głuptaki. Punta Pitt — wysepka, gdzie są kolonie fregat i kilku podgatunków głuptaków. Tu znaleziono ostatniego przedstawiciela żółwi słoniowatych, Samotnego George’a, dla którego desperacko szukano partnerki, która pomogłaby zachować podgatunek. Wyspa Isabela to m.in. sanktuarium żółwi i laguna z flamingami (Villamil Lagoon). Na targu rybnym na Santa Cruz nie można się opędzić od pelikanów i innych ptaków, domagających się pożywienia z czyszczonych ryb. Na poczęstunek czekają też lwy morskie. Nie zawsze zwierzęta zachowują się godnie, czasem kłócą się o poczęstunek. No dobrze — zawsze są nachalne i nie dają rybakom spokojnie sortować połowu. Ponoć najpiękniejszą plażą Galapagos jest Tortuga Bay na Santa Cruz — rajska, piaszczysta, kilometrowa plaża, na której wypoczywa się z iguanami, a pływa z żółwiami. Zamykają ją o godzinie 17, bo zwierzęta, m.in. żółwie morskie, wychodzą z wody i muszą mieć spokojne miejsce do wypoczynku. W Stacji Badawczej im. Karola Darwina hoduje się żółwie słoniowe i iguany lądowe. I jeszcze snorkling w popularnych Los Tuneles (cena wycieczki 75 dolarów) — lawowych tunelach, gdzie poza kolorowymi rybami można spotkać olbrzymie żółwie, koniki morskie i rekiny.

Tu byli ludzie, albo nie... Nasza grupę tworzyli Brytyjczycy, młodzież z Izraela, Niemka. Każdy gdzieś już był, coś widział. Nagle jedna z tych osób mówi: „Ale tu ktoś jednak jeździ po plaży, bo widać ślady quada albo małego traktora”. Okazało się, że taki ślad zostawiają zółwie. Widzieliśmy później jednego idącego po plaży i rzeczywiście zostawiał ślady do złudzenia przypominające odcisk opon quada. Szedł sobie pomału, rysował na piasku wzór bieżnika, aż doszedł do wody i niespiesznie w niej zniknął. Byliśmy na Galapagos w lipcu, więc było chłodno, dwadzieścia kilka stopni. Żona miała polar. Położyliśmy go gdzieś, razem z plecakiem. Wylądował na nim łowny ptak i zaczął dziobać. Może myślał, że to jakieś padłe zwierzę. Musieliśmy poczekać, aż się zniechęci i dopiero mogliśmy zabrać ubranie. Innym razem płynęliśmy łódką i cały czas towarzyszył nam albatros, który wykorzystywał prądy powietrzne i szybował równiuteńko, dokładnie nad naszymi głowami. Nie machał skrzydłami, a jedynie rozszerzał je i podkurczał, tworząc większą lub mniejszą ich powierzchnię. Po prostu płynął w powietrzu.

Co wolno turystom. Na wyspach nie ma żadnej ingerencji w naturę, pomostów, punktów widokowych ze stolikami, ławkami, śmietnikami. Nie ma tablic informacyjnych. Są maleńkie miasteczka, dosłownie kilka ulic, gdzie jeżdżą samochody (przywożone raz w roku z lądu w określonej liczbie). A mieszkańcy są zatrudnieni przy obsłudze limitowanego ruchu turystycznego. Prowadzą szkoły surfingu lub nurkowania, hoteliki, hostele, restauracje, sklepy, działają jako przewodnicy... Bardzo wielu pracuje na łodziach — obwożą i dowożą turystów, gotują posiłki, zaopatrują. Na Galapagos można spotkać Amerykanów, w ogóle jest ich sporo w Ekwadorze, który jednostronnie przyjął dolara (można tam spotkać np. jednodolarówki z wizerunkami ekwadorskimi). Zresztą kraj jest związany ze Stanami Zjednoczonymi m.in. dzięki bazom amerykańskim. Jedno z dwóch lotnisk na Wyspach Żółwich znajduje się na terenie dawnej wojskowej bazy amerykańskiej na wyspie Baltra. Drugie jest na San Cristobal. Obowiązkowa opłata lotniskowa wynosi 20 dolarów. Na Galapagos można się dostać z dwóch ekwadorskich miast — Quito i Guayaquil.

Z tego drugiego taniej (bilet w obie strony 350-450 dolarów). Wstęp do Parku Narodowego Galapagos kosztuje 100 dolarów (płatne gotówką). Taksówki (właściwie każdy samochód na wyspach) podwożą za 1,5 dolara. Wodna taksówka kosztuje około 10 dolarów. Transport między wyspami zapewniają małe samoloty (150-180 dolarów za przelot) i łodzie, tzw. speedboaty (cena biletu 30 dolarów). Sezon to teoretycznie czerwiec — wrzesień i grudzień — marzec. Ale można jechać o każdej porze roku, zależnie od tego, jak się znosi upały. Tak czy inaczej kremy z mocnymi filtrami, czapki (z daszkiem), długie rękawy, dobre buty i kamera wodoszczelna są obowiązkowe. Nie wolno przywozić na wyspy jedzenia, zwierząt, nasion, a wywozić muszli, kawałków lawy, skorup żółwi itp.

Bagaże są kontrolowane. Liczba linii lotniczych, biur podróży i rejsów jest limitowana. Obowiązują licencje na prowadzenie obsługi ruchu turystycznego, a także limity wjazdu turystów na wyspy i restrykcyjnie egzekwowane miejsca do cumowania i miejsca ściśle chronione, gdzie nie wolno przebywać. Raz nie mogliśmy przybić do brzegu, bo nie było miejsca i pływaliśmy całą noc. Dla nas, turystów, to bez różnicy, bo spaliśmy na wodzie, ale załoga musiała pracować. Ochrona przyrody i endemicznie żyjących na archipelagu gatunków jest traktowana bardzo poważnie. Wszelkie odstępstwa, jakie zdarzały się w historii wysp (jak sprowadzenie kóz czy przywiezienie szczurów na statkach), powodowały niepowetowane straty w ekosystemie Galapagos. Naprawy szkód trwały potem całe lata.

Michał Leman

Absolwent Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Gdańskiego. Dyrektor zarządzający i członek zarządu FlixBus Polska. Wcześniej był dyrektorem marketingu i produktu PLL LOT. Współtwórca spółki LOT Travel. Prywatnie mąż i ojciec. Pasjonat lotnictwa.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wysłuchała Danuta Hernik

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Wyspy Żółwie Michała Lemana