W dawnej Polsce kuligowano od Nowego Roku lub Trzech Króli do środy popielcowej. Jak zauważa Zygmunt Gloger, kulig zastępował wtedy nieznane wówczas miejskie zabawy karnawałowe.
Etymologia słowa kulig jest niepewna. Władysław Kopaliński pisze, że jedni uważali, że wywodzi się od słowa „kul”, oznaczającego snop czegoś, a w tym wypadku: kompanię sąsiadów zebranych na zabawę. Inni wywodzili nazwę od czeskiego wyrazu „koleg”, czyli krążek, inni znów twierdzili, że początek nazwie dała „kula”, czyli krzywuła — zakrzywiona laska, obsyłana niegdyś od domu do domu na zwołanie powiatowych wieców, która potem stała się hasłem do kuligu. Jedno pewne: do XVIII wieku kulig był zabawą zapustną, połączoną z gromadnym objeżdżaniem sąsiedztwa.
Zimowa komedyja
Zabawa ta była tak popularna, że aż uwiecznił ją pan szambelan Jego Królewskiej Mości Józef Wybicki. Napisał pięcioaktową komedię „Kulig” — o treści wybitnie romansowej — w duchu epoki oświecenia. Dziś najważniejszy wydaje się wątek kuligu, dosadnie i realnie oddany. Prócz głównych bohaterów: rodziny pana Domarosa, pojawiają się kuligowi goście poprzebierani w maski, kapela kuligowa, chłopiec kuligowy do posług oraz Arlekin kuligowy (z trzepaczką). O ile w nielicznych XVII- i XVIII-wiecznych pamiętnikarskich relacjach zajazdy kuligowe przedstawiano jako szumne, wcześniej umówione spotkania towarzyskie, o tyle tu kulig przypomina dopust boży i jest czystym „łupieniem skóry” gospodarzy: „Ktoś z kuligowych łeb rozciął, wszystkie potłukł szklanki. Podkomorzy ledwo się nie zabił o murek”.
Pije się i pali aż „od gości medera i piwo bucha jak z kadzi”, aż z „tej pary, kurzawy, tytuniu” żonę gospodarza „ściskają spazmy”. Trunek się leje: „Wino, które nam zawraca głowę, psuje krew i podagrę czyni, jest napojem, który drogo płacimy i sprowadzamy z daleka. Niedawno był zwyczaj póty pić nim zdrowie przyjaciół, póki tylko siły trzymać się na nogach pozwalały. Ten napój rozróżniał nas i godził, leczył i zabijał, ćmił rozum i wymownymi czynił” — pisał współczesny Wybickiemu Michał Dymitr Krajewski.
Kuligowi muszą zostać należycie nakarmieni: kucharz „gęsi, indory, piecze i dowarza, huzarską pieczeń suto z cebulą przyrumienia”. Ktoś wpada na dziki pomysł, by pozdejmować koła z powozów.... Po wszystkim gospodarzowi przychodzi tylko się wyżalić: „Co ja biedny człowiek będę teraz robił, żeby mnie był już dorżnął, żeby mnie był dobił, lecz żyję na nieszczęście, ślicznie mi w dom wpadli, zjedli, spili i córkę byliby wykradli. Kto słyszał o najeździe Kuligu z muzyką?”.
Pustki w spiżarniach
Ks. Jędrzej Kitowicz, sumienny kronikarz czasów saskich, opierając się na tym, co sam widział, nakreślił panoramę życia obyczajowego. W „Opisie obyczajów za panowania Augusta III” autor podkreśla, że kuligowała mniej zamożna szlachta, bo magnaci bawili się bez mała cały rok. Jego relacja w jakimś stopniu potwierdza wiarygodność treści komedii Wybickiego. I tu kulig najeżdża dom bez zapowiedzi, by gospodarze nie czmychnęli przed kuligowymi gośćmi... Nie ma mowy o tańcach, choć jest grajek. Pijatyka, obżarstwo i bójki... Tylko u Kitowicza znajdujemy wzmiankę o przebierańcach kuligowych — Żydzie, Cyganie: postaciach, które później znajdujemy w karnawałowych orszakach i grupach kolędniczych.
Oto dosadny, barwny opis kuligu — pióra tegoż Kitowicza: „Wielcy panowie i można szlachta przez cały rok zabawiali się bankietami i tańcami bardzo często spraszając do siebie gości z rozmaitych okazyj. (...) Niższej zaś fortuny szlachta wyprawiała kuligi, które były takowe: dwóch albo trzech sąsiadów zmówili się ze sobą, zabrali z sobą żony, córki, synów, czeladź służącą i co tylko mieli w domu dorosłego, zostawując tylko w nim małe dzieci pod dozorem jakich dwojga osób, mężczyzny i niewiasty. Sami zaś wpakowawszy się na sanki, albo gdy sanny nie było, na kolaski, karety, wózki, na konie wierzchowne, jak kto mógł, jachali do sąsiada pobliższego, ani proszeni od niego, ani przestrzegłszy go, żeby się im nie skrył albo nie ujechał z domu. Tam go zaskoczywszy, rozkazywali sobie dawać jeść, pić, koniom i ludziom, bez wszelkiej ceremonii, właśnie jak żołnierze na egzekucyi (w czasie ściągania podatków), poty u niego deboszując, poki do szczętu nie wypróżnili mu piwnicy, szpiżarni i szpichlerza; gdy już wyżarli i wypili wszystko, co było, brali owego nieboraka z sobą z całą jego familiją i ciągnęli do innego sąsiada, któremu podobneż pustki zrobiwszy, ciągnęli dalej, aż póki w kolej do tych, którzy zaczęli kulig, nie doszli. (...) Poczynały się też kuligi zwyczajnie w przedostatni tydzień zapustny i trwały do Wstępnej Środy. Że takowe kuligi najwięcej bawiły się pijatyką i obżarstwem, przeto mniej dbając o tańce, przestawali na jakim takim skrzypku, czasem z karczmy porwanym albo między służącą czeladzią wynalezionym; chyba że gospodarz miał swoją domową kapelę albo też rozochocony posłał po nią gdzie do miasta”. I dalej: „Najsławniejsze (co do pijatyk i brawury) kuligi były w województwie rawskim, gdzie się nieraz krwią oblewały, a jeżeli się kto obcy przez niewiadomość wmięszał do tego kuligu, a nie podobał się mu albo nie mógł wystarczyć zdrowiem pijaństwu (zdrowie nie pozwalało mu na takie pijaństwo) zbili jak leśne jabłko, suknie w płatki na nim podrapali i wypędzili go — jakoby dla słabego zdrowia niegodnego tak dzielnej kompanii. (...) Na kuligu, w ostatnie trzy dni zapustne przestrajali się i przekształcali w różne figury: mężczyźni za Żydów, za Cyganów, za chłopów, za dziadów, niewiasty podobnież za Żydówki, za Cyganki, za wiejskie kobiety i dziewki, udając mową i gestami takie osoby, jakich postać na siebie brali”.
Kilkadziesiąt lat później Łukasz Gołębiowski dodaje, że kuligowi goście przebierali się za różne postacie: „Wybierano przedmiot, jaki wyobrazić chciano i stosownie do tego przebierano się. Następował tych masek postęp triumfalny, wśród zachwyconego paradnym widokiem ludu, tłumu dworzan i gości”. Najbardziej charakterystyczną postacią kuligu był Arlekin z trzepaczką w dłoni. Pierwszy wpadał do najeżdżanego domu z okrzykiem: „Kulig, kulig!”.
107 ekwipażów
Historycy za najstarszy opis kuligu uznali relację Ludwika Klermonta, sekretarza królowej Marysieńki. Odmalował przejażdżkę zimową z rzadkim przepychem, którą widziano 20 stycznia 1695 r. w Warszawie. Ten epizod przypomina raczej dostojną paradę sań niż dziki kulig szlachecki, choć niezmienne jest skrupulatne opróżnianie spiżarni i piwnic gospodarzy, bo przecież nawet przysłowie mówi, że: „Kulig, ta zabawa jeszcze od Popiela, ma za cel, by każdemu zalała gardziela...”. A w innym miejcu Klermont pisze: „Wezwane znakomite osoby zjechały się do pałacu Daniłowiczów, gdzie później biblioteka Załuskich była. O trzeciej z południa trębacze dali sygnał i cały orszak wyruszył jak następuje: 24 Tatarów konno ze służby królewicza Jakuba. Dziesięcioro sań po 4 koni jeden przed drugim, na każdych sankach inna muzyka, to jest: Żydzi z cymbałami, Ukraińcy z teorbanami, trębacze, fajfry, janczarowie zebrani z różnych dworów. Następowały sanie okryte perskimi kobiercami, albo lampartami, sobolami i różnemi drogiemi futrami. Koni było u każdych sań po cugu, strojnych w pióra, czuby, kokardy, kutasy, na każdych saniach państwo, po kilka osób płci obojej, a około sań młodzież dworska konno. Takich ekwipażów było 107, trudno dać któremu pierwszeństwo, bo wszystkie celowały doborem koni, kosztownością futer i liberyi, osobliwie hajduków. Na końcu były sanki w kształcie Pegaza. (...) Wszyscy goście zajechali naprzód do dworu Sapieżyńskiego, potem do księżny Radziwiłłowej, potem do wojewody Potockiego, do młodego księcia Lubomirskiego, do pana kasztelana Lubelskiego i do Ujazdowa. Gdzie tylko przybyli, zaraz gospodarz oddał klucz do piwnicy, a gospodyni od spiżarni. Każdemu z gości wolno było do uczęstowania brać wszystko podług woli. Wszędzie grała kapela; tańczono chwilkę i ruszono dalej. Ostatni zajazd był do Wilanowa, gdzie oboje królestwo Jchmość byli gościom radzi z całego serca; częstowano wszystkich, a nawet służbę dworską, co trwało do późna. Cały orszak wracał przy pochodniach, których było 800”.
Kmiotki bose
Łukasz Gołębiowski, wychowany w XVIII wieku, podaje, że kuligi inicjowali młodzi chłopcy, ale czasami do tych narad włączały się skrycie dziewczyny i ich matki, „lubiące jeszcze pohulać”. Spod pióra Gołębiowskiego wyszedł opis kuligu wcześniej zapowiadanego, który był przede wszystkim radosnym tanecznym spotkaniem. Rozpisywano kolejność zajazdów, gdzie mają się zaczynać, jak długo mają trwać i gdzie się kończyć. Od domu do domu posyłano laskę z kulą na wierzchu, zwołując kulig. Przy obmyślaniu klucza odwiedzin dbano o to, by nikomu nie uchybić, nie urazić, nie zajeżdżać do domu, gdzie obchodzono żałobę. I rzeczywiście: „niemałej potrzeba było trafności, dokładnej ludzi i wszystkich całej rodziny osób znajomości, niepospolitej biegłości, ażeby wszelkie zawady usunąć, nie narazić się nigdzie, podobać wszędzie. Z jakąż niecierpliwością czekano wśród tych narad pierwszych śniegów, jak się cieszono, gdy wszystko posłużyło, i niebo samo sprzyjało pospolicie tym niewinnym zabawom”.
Młodzi zbierali się u swego „przywódcy” — naczelnika zabawy, formowano kuligowy orszak z saneczkami, pochodniami i muzyką i ruszano najpierw do domu, gdzie dużo było dziewcząt. Obyczaj kazał, by jechać o zmroku, przy świetle kaganków i pochodni i brzęku dzwonków.
Do wsi wjeżdżano z muzyką — wśród wesołych okrzyków — aż „wybiegały kmiotki i całe ich rodziny na pół już nagie i bose, ze snu ocucone, przypatrywać się z uśmiechem temu widokowi. Wylatywały i odzywały się psy wszystkie całej wioski; tak z powiększającym się coraz szumem i hukiem w otwartą wpadano bramę i zajeżdżano przed mieszkanie gospodarza”.
Po powitaniach, wstępnych grzecznościach i pozdrowieniach zaczynały się tańce. „Przerywano je coraz kielichami za zdrowie uprzejmego i łaskawego gospodarza, za zdrowie rodziny, sąsiadów i i gości miłych. Doczekano się tym sposobem na gwałt przyrządzanej obfitej wieczerzy, po której znowu następowały pląsy, śpiewy, do białego rana nieraz. (...) Tymczasem przysposobiono się w domu do śniadania, lub obiadu następnego, wybrano się nareszcie w podróż, a jeśli gospodarz nie mógł, jechała przynajmniej żona z córkami w dom drugi z kolei, tak wszędzie zabierając ze sobą rodzinę u której gościli. Powiększał się kulig, coraz bardziej przybywało panien, mężatek, coraz więcej młodzieży, sanek, ochoty. Gdzie majętniejsi, bardziej uprzejmi, tam i kilka dni zabawiono” i wtedy czas umilano sobie rozmowami, śmiechami, żarcikami i różnymi grami, a nawet polowaniami i »łówką ryb«. Kobiety czasami również brały udział w polowaniu lub zostawały w domu z gospodynią i jej rodziną i wyręczały właścicielkę w bawieniu gości. A najważniejsze było dla wszystkich to, by „utrzymać wesołość, ażeby i goście byli zadowoleni, i gospodarz uradowany i wdzięczny”. I znów do następnego dworu „wpadano w zwykłych, to w najstrojniejszych ubiorach, to w zręcznie dobranych maskach. Wśród przebierańców zwykle pierwszy wpadał Arlekin kuligowy z trzepaczką i śpiewał skacząc: Ej kulig! kulig! kulig! Komu za późna przypadła kolej, upewniwszy naczelników zabawy o dobrem u siebie przyjęciu, o gotowości wszelkiej, łączył się wcześniej z kuligiem, by dłużej tych zabaw używać. Goście zadawalali się zarówno najwspanialszym jak i skromnym ugoszczeniem. Jeśli zauważono, że gdzie coś brakować może to w najdelikatniejszy sposób ten zwierzyny, ten ryb nadesłał, lub trunków jakich, sanie wreszcie były pełne zapasów, które nieznacznie wpływały w ręce kucharzy, posługaczy, a przy odjeździe, domownicy byli obficie obdarowani”. (Gołębiowski).
Gdy dwór pękał w szwach i nie było gdzie położyć gości, nocleg dawał proboszcz, organista, folwark czy karczmarz, a nawet wiejskie chałupy specjalnie na tę okoliczność obite kobiercami wypożyczonymi ze dworu.
Miłosne zapędy
A „obok zabaw, ileż się nie ułatwiało interesów, układów, narad obywatelskich nawet, ileż powstało miłości, skojarzeń, związków ślubnych? Znalazł młodzian sposobność być umieszczonym koło swej dziewicy, tulić ją od zimna, częściej z nią mówić, bawić i jej się podobać” — pisze Gołębiowski.
Rzeczywiście — w saniach ważyły się miłosne losy rycerzy Wołodyjowskiego i Nowowiejskiego: „Pan Wołodyjowski pochylił się prędko do ucha Krzysi i rzekł: Zaklinam waćpannę, byś siadła ze mną... Siła mam do mówienia. Dobrze — odpowiedział panna Drohojowska. (...) Wołodyjowski z Krzysią siedli w jedne sanie, Nowowiejski z Baśką w drugie i ruszyli bez woźniców”.
Gołębiowski wielekroć podkreśla, że podczas kuligu nie znano przedrwiwań, kłótni, pojedynków: „Nie-porozumienie jakie topiło się w winie, uściskach braterskich, lub prośbach dziewiczych. Kto widział chociażby cień tych zabaw, przyzna z rozrzewnieniem jak ludzki, jak uprzejmy, gościnny, dobroduszny był ten naród. Ta gromada podobna do alpejskiej śnieżnicy, gdzie spadła, to dla tego jedynie, by wesołość pomnożyć, starożytny obyczaj zachować, serca zbliżać, wspólnych uciech doznawać, nie zaś klęski nanosić”.
Zabawa zabawą, ale jak możliwe były podróże saniami do odległych przecież dworów? Znano kilka typów sań. Ich wygląd wydawał się tak pospolity, że ani Gloger, ani skrupulatny Gołębiowski nie poświęcają im wiele uwagi. Kitowicz utyskuje na zmieniającą się modę w wyglądzie czy zdobieniach sań i z przekąsem zauważa, że panowie jej ulegają. Całkiem sprawne sanie odkłada się do lamusa i sprowadza z zagranicy nowe, bo nie wypada zamawiać w polskich warsztatach. Były więc sanie małe i duże, wytworne i skromnie zdobione, półkryte i bez daszku, chłopskie i pańskie, niekiedy nawet pudła od powozów na jedne płozy, lekkie pojedyncze, podwójne, poczwórne... Na wąskie, leśne drogi brano jednokonne saneczki. Tył sań zdobiły wycięte z drzewa ząbki, filarki, a u bogatych rzeźby: orła, pelikana, niedźwiedzia, Murzyna, syreny. Popsute sanie wyrzucano na poddasze spichlerzy, wozowni, lamusów.
Fusaki, dachy i derki
Świetny opis sań i podróży nimi dał kilka lat temu Zbigniew Morawski. Można sobie wyobrazić, ile czynności należało wykonać, ile zapomnianych dziś przedmiotów należało zabrać, by odbyć sannę: „Wielkie sanie, prócz normalnych płóz miały jeszcze płozy boczne, ustawione poziomo. Przy szybkiej jeździe chroniły one sanie, zsuwając się z kolein, od obicia się o drzewo czy kamień. Do takiej jazdy potrzebne było całe wyposażenie. Siadając do sań najpierw wciągało się na siebie sięgający do pasa fusak, później na płaszcz czy futro wkładało się dachę, czyli olbrzymich rozmiarów dwustronne futro. Pod spodem było one zrobione z pieśców, syberyjskich białych lisów, a pokryte z wierzchu futrem renifera. Pasażer stojąc, owijał się w taką dachę, podnosząc jej wysoki kołnierz tak, aby zasłaniał twarz aż po oczy. Potem siadało się i zapinało na znajdujące się w obu bocznych poręczach kołki baranicę, czyli rodzaj ogromnej derki podbijanej kożuchem. Zasłaniała ona całe nogi i sięgała aż do pasa. Saniami jeździło się w największe mrozy, nawet i po 20 kilometrów”.
Dlaczego kuligi były tak udane? Może dlatego, że węgrzyn był tani, zabawa — w mrozy, gościnność — bezgraniczna, a skłonność do uniesień towarzyskich — słowiańska.
