Czytasz dzięki

Złotemu na razie nie grozi droga liry

opublikowano: 12-05-2020, 22:00

Rynki wschodzące — do których zaliczana jest Polska — przypominają ostatnio pole minowe. W powietrze wyleciały już waluty Turcji, Brazylii i Argentyny. Czy kryzys walutowy zagrozi też Polsce?

„Gdy Wall Street kichnie, reszta świata łapie grypę” — trawestacja starego powiedzonka ekonomistów w dzisiejszych czasach nabiera nowego znaczenia. Koronawirusowy kryzys sparaliżował przede wszystkim Europę i Stany Zjednoczone, lecz jego bezpośrednie konsekwencje najszybciej odczuli mieszkańcy krajów rozwijających się. Nośnikiem zakażenia były w ich przypadku rynki walutowe.

Rzeź emerging markets

Marcowa panika na rynkach finansowych zmasakrowała tzw. rynki wschodzące. Globalna ucieczka do dolara doprowadziła do potężnej deprecjacji walut w takich krajach, jak Turcja, RPA, Brazylia, Meksyk czy Argentyna. Co więcej, kwiecień nie przyniósł odbicia na rynkach wschodzących, choć na Wall Street (a zwłaszcza na Nasdaqu) obserwowaliśmy spektakularną zwyżkę. Najgorętszym ogniskiem koronawirusowego kryzysu walutowego stała się Brazylia. Od początku roku real stracił do dolara aż 30 proc.

O drugie miejsce walczą południowoafrykański rand i meksykańskie peso — obie waluty osłabiły się po przeszło 20 proc. Niezaleczony do końca kryzys walutowy odnowił się w Turcji, gdzie lira pogłębia minima z lipca 2018 r. i od początku stycznia straciła do dolara około 16 proc. Marcowe straty zaczęły za to odrabiać chilijskie peso (około -10 proc.) i indonezyjska rupia (-6,5 proc.). W każdym przypadku przyczyny tak silnej zapaści krajowej waluty są nieco inne. Ale wspólnych mianowników nie brakuje.

Pierwszym jest zmasowany odpływ kapitału z rynków wschodzących w ogólności. Od początku 2020 r. tylko z dłużnych funduszy emerging markets (EM) odpłynęło jakieś 40 mld USD — wynika z danych EPFR. I jest to największy odpływ od 5 lat. Szefowa MFW mówiła o odpływie aż 100 mld USD. Po drugie, na wielu rynkach wschodzących sporym problemem jest zadłużenie krajowych podmiotów (rządów, banków, przedsiębiorstw, a nawet gospodarstw domowych) w dolarze amerykańskim.

Niektóre EM radośnie zadłużały się w dolarze, gdy ta waluta była względnie tania, a stopy procentowe Fedu rekordowo niskie. Teraz muszą spłacać zobowiązania przy znacznie wyższym kursie, co przypomina casus polskich frankowiczów, lecz na większą skalę. Po trzecie, jedną z pierwszych ofiar koronawirusowego zamknięcia gospodarki padły rynki surowcowe. Ceny ropy naftowej są o blisko 60 proc. niższe, niż były na początku roku. Platyna potaniała o 20 proc., węgiel o 17 proc., a miedź o 15 proc. A to właśnie kraje rozwijające się są często eksporterami surowców. Niższe ceny tych ostatnich uderzają w bilanse płatnicze i per saldo zwiększają odpływ twardej waluty z kraju.

Podobny wpływ makroekonomiczny ma załamanie turystyki,która w przypadku np. Turcji jest podstawową gałęzią eksportu. Dodatkowo wiele rządów zdecydowało się na ogromne pakiety fiskalne, co w praktyce sprowadza się do pożyczenia i wydania ekwiwalentu kilku (lub nawet kilkunastu) procent produktu krajowego brutto. Te pieniądze skądś trzeba pożyczyć i z braku krajowych oszczędności zwykle oznacza to emisję obligacji dla inwestorów zagranicznych. Po czwarte, przez rynki wschodzące w marcu i kwietniu przetoczyło się istne tsunami obniżek stóp procentowych. Wśród 50 największych gospodarek świata tylko w siedmiu główna stopa procentowa banku centralnego przekracza obecnie 6 proc.

Przy czym poza Turcją są to kraje praktycznie nieinwestowalne — bo albo właśnie zbankrutowały (Argentyna), albo są objęte amerykańskimi sankcjami (Iran, Wenezuela), albo ich rynki finansowe są zbyt egzotyczne (Pakistan, Nigeria). Część inwestorów mogła więc dojść do wniosku, że takie oprocentowanie długu nie zapewnia adekwatnego wynagrodzenia za ponoszenie — i to obecnie znacznie podwyższonego — ryzyka inwestycyjnego. Zwłaszcza w kontekście prawdopodobnej fali obniżek ocen ratingowych, będących konsekwencją wszelakich tarcz finansowych i pakietów fiskalnych.

Nie wszystkie jajka się stłukły

Najbardziej poszkodowane waluty z grona rynków wschodzących straciły po 20- 30 proc., co należy uznać za bardzo gwałtowną deprecjację, leżącą na pograniczu określenia „kryzys walutowy”. Ale część jajek z koszyka emerging markets spisała się nieco lepiej. Polski złoty od początku roku stracił do dolara niespełna 10 proc. To dużo, ale jeszcze nie jest to katastrofa. Podobne spadki zaliczyły czeska korona i węgierski forint. Ale już lej rumuński oddał niespełna 5 proc., a malezyjski ringgit 5,5 proc. Przed deprecjacją wobec dolara amerykańskiego obronił się jego tajwański imiennik.

251dc9e0-90f6-11e9-bc42-526af7764f64
To musisz wiedzieć dziś rano
Codzienny newsletter z najważniejszymi informacjami dla inwestorów.
ZAPISZ MNIE
To musisz wiedzieć dziś rano
autor: Kamil Zatoński
Wysyłany codziennie
Kamil Zatoński
Codzienny newsletter z najważniejszymi informacjami dla inwestorów.
ZAPISZ MNIE

Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa.

Kliknij w link w wiadomości, aby potwierdzić subskrypcję newslettera.
Jeżeli nie otrzymasz wiadomości w ciągu kilku minut, prosimy o sprawdzenie folderu SPAM.

Wydaje się, że kraje naszego regionu w tym kryzysie są w lepszym położeniu niż rynki wschodzące spoza Europy. Po pierwsze, nie jesteśmy aż tak uzależnieni od wpływów z turystyki. Po drugie, nie jesteśmy eksporterami ropy naftowej (niższe ceny tego surowca wręcz nam pomagają). Po trzecie, zarówno Polska, jak i Węgry oraz Czechy nie mają problemów z deficytem na rachunku bieżącym. I wreszcie po czwarte, jako region geograficznie bliski strefie euro jesteśmy mniej narażeni na skutki przerwania globalnych łańcuchów dostaw.

Zachowanie rynków walutowych na razie jest zbieżne z oceną siły finansowej krajów rozwijających się, o jaką na początku maja pokusił się „The Economist”. Wpływowy tygodnik za najsilniejsze uznał gospodarki Botswany, Tajwanu, Korei Płd. i Peru. Kraje te charakteryzuje względnie niski poziom długu publicznego, niskie zadłużenie zagraniczne, wysokie rezerwy walutowe oraz niskie koszty obsługi zadłużenia. Dopiero pod koniec trzeciej dziesiątki tego ratingu znalazły się Rumunia, Meksyk, Kolumbia czy Brazylia. Turcja uplasowała się na odległej, 44. lokacie (na 66 krajów), RPA jeszcze niżej, a Argentyna wylądowała pod koniec szóstej dziesiątki. Nie było niespodzianki — ranking ten zamknęła Wenezuela.

Silny jak Polska?

Polska wypadła w tym zestawieniu zadziwiająco dobrze, lokując się na 13. pozycji, pomiędzy Wietnamem a Nigerią. A wyżej niż Czechy (19.), Rumunia (27.) czy Węgry (49.). Patrząc na parametry makroekonomiczne naszego kraju, w zasadzie niepokoi tylko jedno: stan finansów publicznych. Komisja Europejska prognozuje, że tegoroczny deficyt fiskalny Polski wyniesie aż 9,5 proc. produktu krajowego brutto. W całej Unii gorsze saldo sektora finansów publicznych w 2020 r. mają zaraportować jedynie Hiszpania (-10,1 proc. PKB), Włochy (-11,1 proc.) i Francja (-9,9 proc.).

Ponieważ w poprzednich latach dobrej koniunktury rządowi ani razu nie udało się wypracować całorocznej nadwyżki fiskalnej, to w koronawirusowy kryzys wchodzimy z bardzo małym buforem po stronie zadłużenia. Na koniec 2019 r. polski dług publiczny stanowił 46 proc. PKB. Przy oczekiwanym silnym spadku PKB i gigantycznej tegorocznej dziurze w kasie państwa (choć w znacznej mierze wypchniętej z budżetu centralnego do Polskiego Funduszu Rozwoju) rok 2020 mamy zakończyć z długiem publicznym stanowiącym aż 58,5 proc. PKB.

A to już bardzo blisko konstytucyjnego limitu 60 proc. Konsekwencją będzie albo ostre zaciskanie pasa w przyszłorocznym budżecie, albo utrata wiarygodności po ewentualnym przekroczeniu ograniczenia zawartego w ustawie zasadniczej. Jest jeszcze jedno ryzyko związane z długiem państwa. Chodzi o program „ilościowego poluzowania”, jaki od marca prowadzi Narodowy Bank Polski. NBP w masowych ilościach skupuje obligacje skarbowe, nawet specjalnie nie kryjąc się z tym, że kupuje je niemal bezpośrednio od ministra finansów. Na razie rynki finansowe zdają się przymykać na to oko.

W myśl zasady, że nie czas żałować róż, gdy płoną lasy. Ale gdy koronawirusowe szaleństwo dobiegnie końca, to kontynuacja procederu monetyzowania długu skarbu państwa przez NBP może poważnie zaszkodzić złotemu. A trudno liczyć na to, aby politycy dobrowolnie odstawili tak silny narkotyk, jakim jest finansowanie deficytu budżetowego przez bank centralny. Reasumując, na razie Polsce raczej nie grozi regularny kryzys walutowy na wzór turecki czy argentyński. Z drugiej strony głównym ryzykiem dla złotego pozostaje stan finansów publicznych, obecnie znajdujących się pod kroplówką NBP.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Krzysztof Kolany

Polecane