Bądź panem swojego kalendarza

Uważasz, że doba powinna trwać o dwie, trzy godziny dłużej? Czasu wystarczyłoby ci na wszystko, gdybyś umiał właściwie z niego korzystać

Towarzyska, zawsze uśmiechnięta, tryskająca energią — Carla, sekretarka w dużej kancelarii prawnej w Londynie, wyglądała jak dziewczyna z plakatu reklamującego zadowolenie z pracy. Przełożeni chwalili ją za poczucie humoru, błyskotliwość, solidność i wiele innych cech, które warto mieć w swoim CV. Wystarczyło jednak nieco głębiej poskrobać, aby ten obraz stracił żywe barwy. Pod maską optymizmu i charyzmy kryła się Carla przygaszona, smutna i wyczerpana. A wszystko przez to, że nikomu nie umiała powiedzieć „nie”. Kłopoty z odmawianiem zrujnowały kobiecie życie osobiste. Porzucił ją partner, ponieważ po powrocie do domu zawsze włączała komputer, by dokończyć biurową robotę. Odeszła też jej najlepsza przyjaciółka — z dwumiesięcznym wyprzedzeniem Carla zdobyła bilety na koncert Bruce’a Springsteena, ostatecznie jednak nie przyszła, bo za ważniejsze uznała przygotowanie firmy do audytu. Paradoksalnie, zaszkodziła także swojej karierze — ze zmęczenia zaczęła popełniać błędy, za co dostała oficjalne upomnienie. O swoich problemach biedaczka opowiedziała Kevinowi Duttonowi i Andy’emu McNabowi, autorom książki „Odkryj w sobie psychopatę i osiągnij sukces”. Wyjątkowy duet: doktor nauk psychologicznych i legendarny brytyjski komandos z SAS pomogli zahukanej sekretarce przeobrazić się w sekretarkę asertywną. Jednym z ubocznych efektów tej metamorfozy jest osiągnięcie przez nią biegłości w zarządzaniu swoim kalendarzem — Carla już nie daje sobie wcisnąć dodatkowych obowiązków, jeśli kolidują one z jej priorytetami. — Skoro dotychczasowy sposób załatwiania spraw nie przynosi dobrych rezultatów, trzeba mieć odwagę zacząć robić wszystko inaczej. Wiąże się to z czymś bolesnym dla większości ludzi — rezygnacją ze swoich nawyków i przyzwyczajeń — komentuje Julia Izmałkowa, psycholog i właścicielka firmy badawczej Izmałkowa Consulting.

Zobacz więcej

WYKRĘT: Mam za mało czasu, jestem zmęczony, z niczym się nie wyrabiam — takie narzekania to wymówka. Można stać się człowiekiem zorganizowanym i wydajnym. Ale wymaga to zerwania ze swoimi przyzwyczajeniami — mówi Julia Izmałkowa, psycholog i właścicielka firmy badawczej Izmałkowa Consulting. Grzegorz Kawecki

Pożytki z leniuchowania

Od asertywności tylko krok do poczucia sprawstwa, czyli wiary we własną skuteczność. To — według Piotra Palikowskiego, prezesa Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami — kolejny warunek, aby stać się panem swojego czasu. Ale zaznacza: przekonanie, że nasze wysiłki przynoszą oczekiwane rezultaty, to nie stan permanentny. Przeciwnie: nieustannie powinniśmy sobie udowadniać, że nasze życie nie jest jak liść zerwany i miotany przez wiatr, lecz jak samolot, za którego sterem siedzimy. — Może zabrzmi to śmiesznie, ale poczucie sprawstwa osiągam codziennie rano przy ścieleniu łóżka. Ta rzecz zawsze mi się udaje, bez względu na to, jak bardzo jestem jeszcze zaspany i niekontaktujący. Od tej prostej czynności przechodzę do nieco bardziej wymagającej. Stopniowo zwiększam poziom trudności, aż wreszcie mogę wziąć się za sprawy większego kalibru — jak organizacja konferencji, pisanie raportu lub prezentacja przed setkami ludzi biznesu — wskazuje Piotr Palikowski. A Grzegorz Wierchowiec, analityk i specjalista w tworzeniu marek osobistych, zauważa, że to podejście współgra z japońską metodą kaizen, która polega na tym, by zamiast od razu porywać się na niemożliwe, robić serie małych kroków. Dzięki temu będziemy systematycznie doskonalić siebie, swój zespół lub przedsiębiorstwo. — O coś podobnego chodzi w sztukach walki, których jestem miłośnikiem — minimalny wysiłek ma przynosić maksymalne efekty. Na ringu czy macie wygrywają nie ci, którzy się forsują, lecz ci, którzy umieją oszczędzać swoje siły. A nawet więcej — którzy wiedzą, jak wykorzystać siłę rywala przeciwko niemu — tłumaczy Grzegorz Wierchowiec. Bardzo podobają mu się słowa Billa Gatesa: „Do najtrudniejszego zadania wybrałbym kogoś leniwego. On zawsze znajdzie najprostszy sposób, żeby to zrobić”. Sęk w tym, że zachodni świat biznesu stawia raczej na rozwiązania siłowe. Im większy jest opór, na który napotykamy, tym bardziej powinniśmy się starać, wzajemnie motywować i walczyć ze swoją niemocą — przekonują guru rozwoju osobistego i efektywności.

— Zapełniony po brzegi kalendarz, wyśrubowane plany kwartalne, nieubłaganie zbliżające się terminy — to wszystko każe nam działać na granicy swoich możliwości. Ale jak długo można bezkarnie eksploatować swój organizm? Wcześniej czy później jego mechanizm się zatnie, odmówi posłuszeństwa, co przyjmie formę nerwicy, depresji lub zawału serca — ostrzega prezes Piotr Palikowski.

Nie łap zbyt wielu srok

Wśród nawoływań menedżerów o wzmożenie zaangażowania ginie rozsądny głos przedstawicieli ruchu slow life, którzy zachwalają życie bez pośpiechu, zgodne ze swoim wewnętrznym rytmem. Ich przesłanie skierowane do ofiar pracoholizmu i wypalenia zawodowego brzmi: „Kiedy ogarnie cię zmęczenie lub zniechęcenie albo stracisz wenę, utnij sobie drzemkę, zagraj w tenisa, idź do kina. Nie patrz na zegarek. Zanurz się w relaksie, zabawie, w miłym towarzystwie. Pozwól ciału odpocząć, a myślom swobodnie płynąć. Kto wie, dokąd cię to zaprowadzi”. Pod tą filozofią obiema rękami podpisuje się Austin Kleon, amerykański krzewiciel kreatywności, którego dwie książki „Twórcza kradzież” i „Kradnij jak artysta: dziennik” ukazały się na polskim rynku. Od hiperaktywności łatwo przechodzi do nicnierobienia. Uwielbia też proste, niewymagające myślenia obowiązki domowe, jak sprzątanie, mycie naczyń czy prasowanie koszul. Wtedy — zapewnia — wpadają mu do głowy najlepsze pomysły. Wtóruje mu Janko Grassere, holenderski ekspert od nowych technologii w służbie zdrowia. Mentalne lenistwo — twierdzi — mobilizuje umysł do przeorganizowania wcześniej zdobytych informacji. Robiąc badania za pomocą metody obrazowania mózgu, odkrył, że w chwilach tzw. zawieszenia organ ten zużywa zaledwie 5 proc. energii mniej niż w stanie wzmożonej aktywności. To oznacza, że kiedy odpoczywamy, nasze szare komórki działają niemal tak samo intensywnie jak wtedy, gdy za wszelką cenę próbujemy rozwiązać jakiś problem. A może odpowiedzią na brak czasu jest wielozadaniowość (ang. multitasking)? Promujący tę metodę trenerzy za wzór uczestników swoich szkoleń stawiają Napoleona, który w tym samym czasie pisał podobno kilka listów, i św. Tomasza z Akwinu, który równocześnie dyktował trzy traktaty filozoficzne. Czy słusznie?

— Wyrzućmy koncept multitaskingu do kosza. Badania wielokrotnie pokazały, że to nie służy ani nam, ani innym. Kiedy jesteśmy rozproszeni, robimy dużo błędów, a jakość pracy spada. Jedna rzecz na raz. Piszemy raport, nie sprawdzamy e-maili. Sprawdzamy maile, trzymajmy się z dala od Facebooka. Jesteśmy na spotkaniu, słuchamy, nie twittujemy — mówi Julia Izmałkowa.

W przypadku lekarza ciągłe przełączanie się z czynności na czynność może zakończyć się przepisaniem pacjentowi złego leku. W przypadku pilota — katastrofą lotniczą.

— Nie wyobrażam sobie, bym podczas prowadzenia auta mógł załatwiać sprawy służbowe przez telefon. Nawet przygotowując agendę konferencji, staram się całkowicie skupić na tym zadaniu. Robienie wielu rzeczy w danym momencie to najprostsza droga do utraty energii i stresu — przekonuje Piotr Palikowski. Rad dotyczących zarządzania sobą w czasie jest bez liku. Najlepsza brzmi: mniej znaczy więcej!

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mirosław Konkel

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Firmy / Bądź panem swojego kalendarza