Cywilizacyjnie mamy problem

opublikowano: 19-08-2021, 20:00

Paniczne ewakuowanie się zachodniej cywilizacji z Afganistanu ma wymiar niezrównanie większy niż samo wycofanie sił militarnych.

Niepodległe od 1747 r. górzyste państwo przeżywało już wiele krwawych wojen, zamachów i zmian ustroju, islamizację, komunistyczną ateizację, ostrą reislamizację, bywało również zajmowane przez obce wojska, które zawsze przepędzało. Związek Radziecki wdarł się krwawo na dekadę 1979-89, obecnie Organizacja Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO) przebiła kalendarzowo tamtą agresję aż dwukrotnie, w latach 2001-21. Akcentuję podmiotowość NATO, albowiem po zamachach z 11 września 2001 r. na World Trade Center i Pentagon pierwszy raz od utworzenia sojuszu w 1949 r. został użyty artykuł piąty traktatu „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. To różnica w stosunku do wojny w Iraku, która była interwencją amerykańsko-brytyjską z udziałem chętnych, w tym Polski.

Skutkiem klęski NATO jest powrót do władzy drugiego w skali fanatyzmu reżimu islamskiego. Pierwsze miejsce zajmował samozwańczy kalifat na terytorium Iraku i Syrii z lat 2014-19, który został skutecznie zduszony. Głównie jednak dlatego, że był nowotworem na tkance państw islamskich realnie istniejących, które dla usunięcia guza skorzystały z pomocy niewiernych. Afganistan to państwo rzeczywiste, które znowu przejął religijny ekstremizm. Wobec prymitywnego talibanstanu inne ortodoksyjne islamizmy, panujące np. w republikańskim Iranie czy królewskiej Arabii Saudyjskiej, jawią się oazami liberalizmu. Dlatego świat staje przed naprawdę wielkim problemem, wszak poprzednie rządy talibów stworzyły Al Kaidzie cieplarniane warunki do uderzenia na amerykańskiego szatana.

Przed jego 20. rocznicą nasilają się w USA rozliczenia za porażkę w Afganistanie. Odwetową interwencję prowadziło czterech prezydentów, po dwóch republikańskich i demokratycznych. Zakończył akurat demokrata Joseph Biden, politycznie bardzo słusznie, chociaż operacyjnie i taktycznie beznadziejnie. Notabene po 1945 r. obie największe wojny USA – koreańska 1950-53 oraz wietnamska 1961-75 – zostały rozpoczęte przez demokratów, zaś zakończone za rządów republikańskich. Na narodowym pasażu w Waszyngtonie przy memoriałach poległych (Korea – 33,6 tys. Amerykanów plus 3,1 tys. sojuszników, Wietnam odpowiednio – 58,3 tys. plus 5,2 tys., rannych kilka razy więcej) dzisiaj nikomu już nie przychodzi do głowy stawianie pytań. Będąc tam rozglądałem się, zwłaszcza koło poruszającej tzw. ściany wietnamskiej, gdzie mogłyby zostać dostawione proporcjonalnie mniejsze (Irak – 3,5 tys., Afganistan – ponad 2,3 tys.) upamiętnienia Amerykanów poległych w obu najnowszych wojnach. Notabene dla grobowych białych słupków na cmentarzu Arlington miejsca wystarczy na jeszcze kilka wojen…

Joseph Biden przejdzie do historii jako prezydent, który zgasił w Afganistanie amerykańskie światło. Ale nie płynnie, nagle musiał wyrwać wtyczkę z kontaktu.
fot. Stefani Reynolds/CNP/Bloomberg

U nas mimo politycznego zgiełku nie słychać pytania, kto generalnie jest odpowiedzialny za polskie ofiary. Irak przyniósł 28 śmierci, Afganistan aż 44, do tego trzeba doliczyć kilkuset rannych. Powód jest bardzo prozaiczny, otóż postanowienia o wysyłaniu kontyngentów zgodnie podpisywali wszyscy XXI-wieczni prezydenci: Aleksander Kwaśniewski, Lech Kaczyński, Bronisław Komorowski i Andrzej Duda, z kontrasygnatami całej galerii premierów. Polityczna różnorodność tej listy blokuje wszelkie potencjalne zarzuty. Ponadpartyjna brutalna prawda brzmi: w kompletnie obce afgańskie bagno (irackie było jednak bliższe) weszliśmy w akcie solidarności z Wielkim Bratem. Po wspólnej rejteradzie z Afganistanu wypada trzymać się przekonania, że Polska zainwestowała w artykuł piąty, z którego oby nigdy nie musiała skorzystać.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane