Cztery piętra tortu

Patrycja Pustkowiak
opublikowano: 16-04-2021, 14:15

Zaczęła skromnie, od muffinków, które lubili jej koledzy z pracy. Tak bardzo, że zdecydowała się piec je nie tylko dla przyjemności. Dziś jej firma Słodki Muffin to dobrze prosperujący biznes, a jej tortem delektował się nawet Paul McCartney.

Już na początku kariery musiała podołać ważnemu wyzwaniu. Zrobić tort urodzinowy dla samego Paula McCartneya w 2013 r. Wszystko zaczęło się od współpracy ze Stadionem Narodowym – przygotowywała babeczki na jego specjalne zamówienie. Miesiąc później odbywał się tam koncert słynnego muzyka. Dostała telefon z propozycją przygotowania dla niego tortu. Dostała na to… 24 godziny. Nie chciała przepuścić takiej okazji. Nie spała całą noc i upiekła biało-czerwony tort. Podobno bardzo smakował McCartneyowi. Dziś ma swoją pracownię Słodki Muffin na warszawskiej Pradze, a torty stały się jej specjalnością.

Muffinek z niespodzianką

Firma z pasji:
Firma z pasji:
Ula Stępniak, właścicielka Słodkiego Muffina, nie sądziła, że przekuje zamiłowanie do pieczenia ciast w dobrze prosperujący biznes. Przekonali ją koledzy z pracy. Kiedy tylko przynosiła zrobione przez siebie smakołyki, znikały w minutę. „Powinnaś to robić zawodowo” – słyszała coraz częściej.
materiały prasowe

Nic jednak nie zapowiadało, że zostanie mistrzynią wypieków. Skończyła turystykę i rekreację, potem przez kilka lat pracowała w dziale obsługi klienta firmy zajmującej się kotłami olejowymi i gazowymi oraz systemami solarnymi. W zmaskulinizowanej branży była jedną z nielicznych kobiet, jednak świetnie się tam odnajdywała. Kryzys przyszedł po trzech latach pracy i, co ciekawe, gdy dostała propozycję awansu.

– Zaproponowano mi kierowanie działem obsługi klienta. Najpierw się ucieszyłam, lecz wkrótce zrozumiałam, że tego nie chcę. Chwila otrzeźwienia przyszła, kiedy odbierałam syna z przedszkola. Wychowawczyni zapytała, kim jestem. Nie znała mnie, bo zawsze ktoś odbierał dziecko za mnie. Zaczęłam się zastanawiać nad swoim życiem. Mąż przypomniał mi, że przez trzy lata nie byliśmy na porządnych wakacjach. Kiedy już wyjeżdżaliśmy, siedziałam z laptopem na kolanach i telefonem przy uchu. Coś jest nie tak, pomyślałam – wspomina Ula Stępniak.

I wtedy zaczęła piec. Dlaczego? Przyznaje, że kojarzyło jej się to z dzieciństwem, ze wspomnieniem babci, z którą ucierała ciasto w makutrze. Relaksowało ją to po ciężkim dniu pracy. Poza tym robiła to dla syna. Kilkulatek nie chciał przekonać się do jedzenia warzyw i owoców, więc szukała sposobów na sprytne ich przemycenie w pysznej formie. Muffinek z jabłkami był strzałem w dziesiątkę. Nie sądziła jednak, że przekuje swoją pasję w dobrze prosperujący biznes. Przekonali ją koledzy z pracy. Kiedy tylko przynosiła zrobione przez siebie smakołyki, znikały w minutę. „Powinnaś to robić zawodowo” – słyszała coraz częściej.

Wszystko na jedną kartę

Słodkie koncepcje:
Słodkie koncepcje:
Właścicielka Słodkiego Muffina przygotowuje torty głównie dla klientów indywidualnych – na śluby, komunie, urodziny. Nie waha się też realizować dziwacznych zleceń, choćby takich jak czarny tort halloweenowy.
materiały prasowe

W 2011 r. poczuła, że jest na to gotowa. Rzuciła pracę i z dnia na dzień założyła jednoosobową pracownię cukierniczą Słodki Muffin mieszczącą się… w jej własnym domu – 30-metrowej kawalerce. Teoria cukiernictwa też sprawiała jej niejakie problemy.

– Babcia nauczyła mnie, że biszkopt trzeba mieszać w jedną stronę. Wtedy nie wiedziałam nawet dlaczego. Teraz już wiem: wytwarzają się włókna glutenowe i biszkopt ma odpowiednią strukturę – śmieje się Ula Stępniak.

W myśl zasady „praktyka czyni mistrza” zaczęła piec. Najpierw muffinki. Potem – reagując na potrzeby rynku – babeczki. Jednocześnie szukała dróg dotarcia do klienta firmowego. Pierwsze poważne zamówienie dostała od firmy Dove.

– Poproszono mnie o zrobienie porcji babeczek z logotypem. Nie umiałam jeszcze wtedy nanosić logo na masę cukrową, więc wszystko ręcznie rysowałam. To była męka! – przyznaje właścicielka słodkiego biznesu.

Coraz wyższe torty

Z czasem zaczęła szukać sposobów na usprawnienie produkcji. Czytała amerykańskie blogi cukiernicze, podnosiła kwalifikacje. Po czterech miesiącach otworzyła swoją pracownię. W 20-metrowy lokal włożyła wszystkie oszczędności z pracy w korporacji: 40–50 tys. zł. Na szczęście nie potrzebowała kredytu. Na swoją działalność próbowała też pozyskać dofinansowanie, ale odmówiono jej go – nie była profesjonalnym cukiernikiem.

Nie poddawała się: od małych babeczek przeszła do kilkupiętrowych tortów. Założyła stronę internetową, zresztą, jak wspomina ze śmiechem, dość siermiężną. Od początku miała też fanpage na Facebooku. I zaczęła pisać bloga.

– Ktoś mi doradził, że to dobrze działa na SEO. Choć wtedy jeszcze nie wiedziałam, co to jest SEO. Ale zaczęłam pisać. Opowiadałam o swoich sukcesach i porażkach w branży, zamieszczałam przepisy. Przygotowałam też swoją ofertę i wysłałam ją do firm czy wedding plannerów – opowiada przedsiębiorczyni.

Portale społecznościowe i poczta pantoflowa sprawiły, że jednoosobowy biznes, z którego na początku trudno było nawet opłacić ZUS, zaczął przynosić coraz lepsze dochody. Liczba zamówień urosła z pięciu tygodniowo do 70. Wiele z nich to – tak jak chciała właścicielka – klienci firmowi, którzy odpowiadają za 70 proc. przychodu jej firmy. Wprawdzie dostaje dużo zamówień indywidualnych, ale opiewających na niższe sumy – około kilkuset złotych za zamówienie. Solidna porcja babeczek, jakie przygotowuje dla firmy, daje jej około tysiąca złotych.

Tylko natura

Ula Stępniak nie sięga po półśrodki. Cała jej produkcja to naturalne składniki, nie korzysta z polepszaczy smaków.

– Kiedy po raz pierwszy pojechałam na targi cukierniczo-piekarskie, byłam w szoku. Na każdym rogu ktoś oferował mi mieszankę cukierniczą, z której robi się biszkopt czy babeczki. Uważałam, że to bez sensu: robić słodycze z proszku. Ale zrozumiałam też, dlaczego w sklepach są często takie tanie. Kilogram proszku kosztuje około 20 zł, tymczasem kiedy kupię ekologiczne jajka po złotówce za sztukę, cukier czy mąkę, to znacznie podwyższy koszt produkcji – wskazuje właścicielka Słodkiego Muffina.

Mimo że w dobrym sezonie potrafi tygodniowo zużyć nawet 700 jaj i 80 kg mąki, postanowiła się trzymać postanowień. Przygotowując swoje słodkości, nie stosuje żadnych konserwantów ani polepszaczy smaku. Sama robi ekstrakt z lasek wanilii, używa naturalnych konfitur czy sezonowych owoców. Dlatego jej produkty kosztują wprawdzie około 40 proc. więcej niż te z cukierniczych sieciówek, ale klienci mogą mieć pewność, że nie znajdą w środku sztucznych składników.

Auto pełne ciast

Rozwój:
Rozwój:
Firma powstał w 20111. Klienci firmowi, odpowiadają za 70 proc. przychodu Słodkiego Muffina. Wprawdzie Ula Stępniak dostaje dużo zamówień indywidualnych, ale opiewających na niższe sumy – około kilkuset złotych za zamówienie. Solidna porcja babeczek, jakie przygotowuje dla firmy, daje jej około tysiąca złotych.
materiały prasowe

Trudne momenty? W tej branży – oczywiście w normalnych czasach, czyli tych sprzed pandemii – przypadają na maj i czerwiec. Wtedy startują śluby i komunie, a zamówień jest cała masa. W zasadzie sezon trwa do października.

– W tym czasie bywa, że pracuję i po 16 godzin. To ciężka, fizyczna praca. Trzeba odchorować ból kręgosłupa, karku. Czasem mam ochotę to rzucić, ale pasja do wypieków zawsze wraca – przyznaje Ula Stępniak.

Swoją największą wpadkę zapamięta jednak na całe życie.

– W piątek wieczorem dekorowałyśmy 13 tortów weselnych na sobotę. Jeden z nich, czteropiętrowy, spadł w całości na podłogę o godzinie 20. Nowy tort powstał w nocy. Wykańczałyśmy go rano. Kiedy miałyśmy ruszyć z tortami na wesele, okazało się, że nasze auto-chłodnia nie chłodzi, padł agregat. Szybko udało się wypożyczyć inny samochód. W trasie zaliczyłyśmy ostre hamowanie, cztery torty się wywróciły. Musiałyśmy wrócić do pracowni i stawiać je na nogi. Żadna z par weselnych nie zorientowała się, że coś poszło nie tak, ale z ostatnim tortem dojechałyśmy na przyjęcie kwadrans przed północą – wspomina.

Marzenie o normalności

Zapytana, czy ma jakieś tortowe specjalności, odpowiada, że wszystko zależy od trendów w cukiernictwie. Kiedyś królowały wyroby oblane masą cukrową, z kwiatami, które też były z niej zrobione, ozdobione koronkami itp. Teraz klienci zamawiają rzeczy skromniejsze, tzw. naked albo semi-naked cake, w których widać warstwę kremu czy jakieś niedoskonałości, na przykład krzywo leżącą malinę, a ozdabia je się owocami lub prawdziwymi kwiatami. Ta moda bardziej jej się podoba.

Torty przygotowuje głównie dla klientów indywidualnych – na śluby, komunie, urodziny. Wcześniej szczegółowo omawia koncepcję, lecz nie waha się też realizować dziwacznych zleceń, choćby takich jak cały czarny, upiorny tort halloweenowy. W jej produkcji ważniejszy jednak jest klient firmowy, a ten zamawia raczej mniejsze słodycze z logotypami, ciasteczka, babeczki, candy bary. W czasach pandemii wszystko stoi na głowie. Zamówień jest mniej, więc znowu dużo pracuje sama.

– Jestem przeszczęśliwa, kiedy dostaję zamówienie na sto babeczek. Teraz robię jednak przeważnie małe torty dla 10–20 osób na przyjęcia domowe. Zdarzają się śluby, ale cywilne, z malutkim torcikiem – mówi Ula Stępniak.

Zapytana o plany na przyszłość, odpowiada, że chce po prostu powrotu do normalności, kiedy urządzano duże przyjęcia rodzinne czy firmowe, a muffinki rozchodziły się jak świeże… słodkości.

Ula Stępniak, właścicielka Słodkiego Muffina, wystąpi podczas organizowanej przez „Puls Biznesu” konferencji Power to Women / 15‑16 czerwca 2021 / online /. Opowie m.in. tym, jak stworzyć biznes ze „zwykłej” umiejętności.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane