Depardieu w lamborghini

Karol Jedliński
02-09-2008, 00:00

Takie rzeczy tylko na małej giełdzie. Tutaj, sprzedając marzenia, traci się ostatnio po kilkadziesiąt procent. Choć nie zawsze.

Już prawie 60 spółek przeprowadziło ofertę dla inwestorów i weszło na New Connect (NC). Jednak stopa zwrotu jedynie 16 z nich jest dziś na plusie. Wartość walorów kilkudziesięciu firm, od momentu debiutu, spadła w większości o 25-60 proc. Są takie, które atakują 90 proc. w dół.

— Na New Connect sprzedaje się marzenia — lubi powtarzać Ludwik Sobolewski, prezes GPW.

Statystycy giełdy podkreślają imponującą liczbę debiutów oraz niezłą płynność NC. Mniej rozmarzeni komentują: ten rynek umiera. Co na to spółki? Walczą. Nazwy mają niezłe, ich plany brzmią efektownie. Takie Veno, któremu marzy się superpojazd. Żeby się czegoś dowiedzieć, trzeba pojechać na warszawską Pragę-Południe, do siedziby. Stare, PRL-owskie budynki. Pewnie kiedyś były nowoczesnymi biurowcami, dziś wyglądają jak zapomniany szpital powiatowy.

— Do spółki Veno, jestem umówiony — zagajam do strażnika w budce.

Ochroniarz robi wielkie oczy. Resztki TV4 tu są. Firma windykacyjna nazywa się inaczej, znalazł też „Glob”. To Agencja Prasowo-Informacyjna Spółdzielnia Pracy. Podaję numer pokoju.

— A rzeczywiście, coś tu wynajmują. Jeszcze — rzuca na odchodne.

Megasuper coś

Wnętrze budynku rzeczywiście telewizyjne, filmowe. Można by tu kręcić „Czterdziestolatka” bez wydatków na dekorację. Drzwi do maleńkiego biura Veno nie chcą się szeroko otworzyć. Przeszkadza odklejona wykładzina podłogowa.

— Krajowa superstrzała — taką wizję kreśli przede mną Arkadiusz Kuich, prezes Veno.

Parę dni wcześniej jego firma puściła w media supernews: budujemy pierwszy polski supersamochód. Megasilnik (nawet tysiąc koni), megaosiągi (w mgnieniu oka do setki) i megadesign (kosmiczne materiały). Polski składak z najlepszych części, za kilkaset tysięcy złotych. Ferrari się chowa. Łukasz Tomkiewicz, prezes Veno Automotive, na zdjęciach na laptopie pokaże mi, jak powstawała koncepcja auta. Ot, grupka ludzi w pokoju, skupionych wokół komputera. Oszałamiające. Tak oszałamiające, że pewien południowoafrykański portal motoryzacyjny o tym projekcie napisał: „podróbka Lamborghini, mogą mieć proces”. Szef Veno nie może powiedzieć, gdzie jest produkowany samochód, kto chce go kupić, kiedy zmienią leciwą stronę internetową. Po półtora miesiąca dzwonię do Arkadiusza Kuicha po wieści:

— Zrobiliśmy dobry PR na zachodzie Europy, mamy odzew. Samochód? Trwają prace. Nie wcześniej niż na koniec roku będziemy mogli go pokazać — zdaje relację.

Spółka na NC nie radzi sobie najgorzej. Jest ósma pod kątem stopy zwrotu z inwestycji, realizuje kolejną emisję. Napędzą ją i marzenie o superstrzale, i wspomnienie wzrostu o 1900 proc. w superdebiucie. Choć podobno wtedy komuś przy zleceniu kupna zera się pomyliły.

Na północ, do Bułgarii

Na bardziej przyziemne sprawy postawiła spółka, która jest pierwsza. Wobec wciąż nienotowanej na GPW firmy AD. Drągowski pozostaje przecież jedyną spółką z branży obrotu nieruchomościami na giełdzie. Nosi w nazwie człon „Północ”, można więc obstawiać, że jest z Wybrzeża. Pudło. Czerwona latarnia New Connect, czyli spółka o najniższej stopie zwrotu, działa głównie na południu Polski. Co nie znaczy, że nie marzy o ekspansji w rejony Gdańska. Spółka Północ Nieruchomości debiutowała na New Connect w zeszłym roku. Co z tego, że profil spółki nijak nie pasuje do lansowanej definicji NC. Ta mówi o „odrębnym rynku przeznaczonym dla spółek innowacyjnych, nowych technologii, w początkowym stadium rozwoju”. Kilka milionów udało się zebrać. Wzrost na otwarciu wyniósł nieco ponad 2 proc. Do rachunków wziął się zaraz Piotr Sumara, prezes spółki:

— Prawie 6 mln zł pójdzie na ekspansję terytorialną, otwieranie nowych oddziałów własnych i franczyzowych. Resztę funduszy przeznaczymy na systemy zarządzania, a 1 mln zł na rozwój usług uzupełniających naszą ofertę.

Po dziesięciu miesiącach inwestorzy mogą kupić akcje Północ Nieruchomości o ponad 80 proc. taniej od ceny oferowanej przed debiutem. Wtedy miała sześć biur, dziś już dwanaście. Trafiła się nawet akwizycja. Prospekt obiecywał przejęcia i siedem nowych placówek. Plan zrealizowany, zawiniła dekoniunktura? Kwerenda prospektu i archiwów prasowych niekoniecznie potwierdza tę tezę.

Pierwszy kwartał 2008 miał zaowocować m.in. dwoma biurami w Warszawie, drugi placówką w Łodzi, a trzeci w Poznaniu — mówią źródła.

Zaczął się czwarty kwartał i w wyżej wymienionych miastach logo spółki Północ Nieruchomości nie uświadczysz. Są biura w mniejszych miastach, m.in. w Tarnowie i w Rzeszowie. Jak zmieniła się strategia spółki, pokazują punkty otwarte w Chrzanowie, Nowym Sączu czy w Bochni. A przecież inwestorzy zaczytani w dokumenty ofertowe firmy dostali niegdyś jasny sygnał: w pierwszej kolejności interesują nas ośrodki powyżej 100 tys. ludności. Skoro i na tę półkę nie udało się dotąd wskoczyć, to z rezerwą należy potraktować rozważania geograficzne.

Spółka pod uwagę bierze Rumunię, Bułgarię, ale też Anglię i Irlandię — zapowiadała prasa.

Nie sprecyzowano, czy przypadkiem nie chodziło o plany wakacyjne.

Gerard, lej do pełna

A jak wakacje, to może w drugim domu, gdzieś w górach? Poleca facet z charakterystycznym nosem. Trzecie z sześciorga dzieci związku blacharza i gospodyni domowej. Filmowy Obelix. To Gerard Depardieu, przybywa na pomoc polskiemu budownictwu. A konkretnie firmie Stark Development z Katowic. Spółka pieniądze zebrane na New Connect wydała, jak zapowiadała, i nawet zostało jej trochę na marketing. Fundusze poszły głównie na bank ziemi w uroczych zakątkach południowej Polski. Profil inwestycji to tzw. drugie domy. Z pomysłem. Bojaźń przed dekoniunkturą pobudza wyobraźnię. Stark proponuje więc do chałupy także wina (nawet 40 butelek rarytasów do własnej piwniczki) wybrane przez Depardieu.

— Jestem zakochany w Polsce i bywam tu regularnie. Jesteście bardzo otwarci i przebojowi, z dużą fantazją. Konsumpcja wina u was rośnie i wkrótce przewyższy sprzedaż wódki — miał powiedzieć aktor.

A Starka przygoda z NC, oczami inwestora, nie wzbudza już takiego entuzjazmu. Prawie 80 proc. na minusie. Za to inna głośna spółka małej giełdy, ViaGuara, zapewne słowa aktora znad Sekwany ma w poważaniu. Ich maszynką do zarabiania pieniędzy jest przecież kolorowa wódka z ekstraktem z brazylijskiego zielska. Koszty rozkręcania biznesu powodują jednak, że ViaGuara nie przyniesie zysków jeszcze przez kilka lat. Być może nie zapewni też profitów swoim długofalowym inwestorom. Ci na razie są pod kreską nawet 70 proc. na akcji. Pocieszyć ich może stuprocentowy wzrost sprzedaży napoju ViaGuara w zeszłym roku. Do tego spółka sprzedała wszystkie akcje oferowane w ramach niedawnej emisji. A jedna butelka kolorowego trunku jest dziś warta jakieś 250 walorów ViaGuary. I w takim przeliczniku, ciągle drożeje. n

Zwykle pod wozem, czasem na wozie, czyli losy spółek z New Connect

1. Na czerwono, ale z kapitałem

Krzysztof Berzyński, prezes zarządzający ViaGuary, inwestuje pieniądze z niedawnej udanej emisji. Marzy mu się marka o sile Tequili czy Becherovki. Rada dla posiadaczy papierów spółki: nie bądźcie wstrząśnięci i zmieszani. Czekajcie na zyski.

2. Trend nie podbudowuje

Wiślany Brzeg, Punkt Jarzębata, Bukowe Atelier, Błękitna Enklawa. To nie tytuły rozdziałów „Ani z Zielonego Wzgórza”, lecz nazwy inwestycji prowadzonych przez spółkę Piotra Cholewy. Stark Development, jak wszyscy w branży, odczuł spowolnienie. A na to rynek akcji jest wyjątkowo czuły.

3. Dekada i co dalej

W przyszłym roku Północ Nieruchomości będzie obchodzić dziesięciolecie. Prezes Piotr Sumara chciał w tym samym czasie przenieść spółkę na GPW. Plan ambitny, ale na razie firma wolałaby chyba opuścić ostatnie miejsce w rankingu zwrotu z inwestycji na New Connect. No i wreszcie założyć przyczółek w stolicy.

4. Ryba się nie psuje

Warszawa, przy Moliera. Ten adres zna już za dużo osób. Jeśli zdobędzie się tam jakimś cudem miejsce, można poobcierać się o celebrities i spotkać szefa całego interesu. Tomasz Romanik, prezes Sakany udowodnił, że na barach sushi można się wzbogacić. Otwiera kolejne i daje zarobić inwestorom, nawet kilkaset procent od debiutu.

5. Z piskiem opon

Rozpala wyobraźnię, ma dobry PR. Cztery koła, które na razie pozostają w sferze programów komputerowych, to obietnica Arkadiusza Kuicha, prezesa Veno. Supersamochód potrafi błyskawicznie podciągnąć kurs.

Lamborghini wozi gnój

Prawie pięć procent produkcji tego modelu trafi do muzeum. Powstanie jedynie 21 sztuk. Cena: 3,5 mln zł. To Lamborghini Reventon — samochód, na którym, zdaniem wielu, wzorowało się Veno, tworząc swój superpojazd. Oni przeszli skróconą ścieżkę, bo założyciel firmy Ferruccio Lamborghini, zaczynał od produkcji ciągników. Pokłócił się ze swoim kolegą Ferrari, obruszonym na wieść, że jego samochody nie są doskonałe. Lamborghini zbudował własnego ścigacza, lepszego. Ale marketing miał gorszy, więc w latach 70. ogłosił bankructwo. Kupiony przez Chryslera, potem trafił w ręce syna prezydenta Indonezji. Wreszcie w 1998 firmę przejęło Audi. Od tej pory sprzedaż modeli Lamborghini wzrosła z 300 do 2,6 tys. sztuk rocznie.

Zanim chluśniem

Zanim chluśniem

Wiecznie zielony płożący krzew. Pijąc wódkę od ViaGuary, warto pamiętać o roślinie z dorzeczy Amazonki i Pary. Paulinia guarana, zwana także ciernioplątem lub osmętą, ma nasiona, z których sporządza się gorzko-kwaśny napój. Nazwa trunku pochodzi zaś od nazwy plemienia Guarani. Jak działa? Pobudza do życia, zwalcza cellulit.

Dostali, kupili, dołują

300

mln zł

Taką sumę od nowych akcjonariuszy dostały spółki na New Connect.

2,55

Tyle kosztowała akcja Północ Nieruchomości w styczniu. Teraz jest po 1,66 zł.

9

stopa zwrotu tylu spółek z New Connect jest poniżej minus 60 proc.

Bikiniarz i winiarz

W tym roku skończy 60 lat. Gérard Depardieu ma własne winnice, stąd współpraca ze Stark Development w projekcie przydomowych winotek. Wychował się w biednym środowisku. Gdy miał 12 lat, uciekł ze szkoły podstawowej i włóczył się, mieszkając m.in. z prostytutkami. Zarabiał na kradzionych samochodach i czarnorynkowych transakcjach, za co na trzy tygodnie trafił do więzienia. Część wakacji spędzał z babką na lotnisku w Orly, czasem jeździł do dalekiej ciotki ojca, u której pasał krowy. W początku lat 60. utrzymywał się z dorywczych prac. W 1965 r. dotarł do Paryża, trafił do teatru objazdowego. W kinie zadebiutował rolą bikiniarza, potem zagrał 120 innych ról. Oscara (jeszcze?) nie dostał.

Karol Jedliński

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

/ Depardieu w lamborghini