Dopłaty zabiją hazard

Dawid Tokarz
opublikowano: 2007-04-02 00:00

Rząd na gwałt szuka pieniędzy na obiecane Narodowe Centrum Sportu. Czy zarżnie rynek prywatnego hazardu, wart 5,5 mld zł?

podatki

Powstał pomysł 10-procentowej dopłaty do gier

Rząd na gwałt szuka pieniędzy na obiecane Narodowe Centrum Sportu. Czy zarżnie rynek prywatnego hazardu, wart 5,5 mld zł?

Jest nowa koncepcja sfinansowania Narodowego Centrum Sportu (NCS), którego budowę w trakcie kampanii samorządowej zapowiedział Jarosław Kaczyński. To wiadomość dobra. Zła jest taka, że pomysł jest absurdalny!

Dopłaty dla wszystkich

Zgodnie z planami rządu, ponad dwie trzecie z 1,225 mld zł potrzebnych na NCS zapewni nowelizacja ustawy hazardowej, nad którą pracuje specjalny zespół, powołany przez wicepremier Zytę Gilowską. Dotarliśmy do najnowszej wersji noweli. Przewiduje ona nowe obciążenia dla całego prywatnego hazardu. Chodzi o specjalną dopłatę do gier hazardowych wysokości 10 proc., którą mają być objęte kasyna, salony gier, bukmacherzy i automaty, czyli tzw. jednoręcy bandyci.

— To kompletne nieporozumienie. Z wpłat na żetony (tzw. drop) w kasynie zostaje 18, maksymalnie 20 proc. (tzw. win). Przepis o dopłacie wysokości 10 proc. dropu sprawi, że branża automatycznie stanie się nierentowna. Jak to możliwe, że urzędnicy resortu finansów, zajmujący się hazardem na co dzień, mogą wymyślać takie rzeczy? — zastanawia się Jacek Sabo, członek zarządu Orbis Casino.

Pikanterii sprawie dodaje fakt, że nowela zwalnia kasyna z dopłat, jeśli klient kupuje żetony nie w kasie, ale przy stołach. Specjaliści nie mają wątpliwości: taki sztuczny zapis sprawi, że znikną kasy, a wszyscy będą kupować żetony bezpośrednio u krupiera.

Przegrać, nie grając

Na planach wprowadzenia dopłat suchej nitki nie zostawiają też operatorzy automatów o niskich wygranych (AoNW) i salonów gier.

— W założeniu dopłata miałaby być wnoszona przez klienta, który grając np. za 1 zł, wpłacałby dodatkowe 10 gr. Tyle że każdy automat musiałby mieć dwa wrzutniki na monety, co jest niewykonalne. Jeśli zaś dopłatę mielibyśmy wnosić my, byłby to nowy podatek. A nowela zakłada już podwyżkę podatku od gier ze 125 do 180 EUR za automat miesięcznie — mówi Dominik Michael, rzecznik Izby Gospodarczej Producentów i Operatorów Urządzeń Rozrywkowych, zrzeszającej większość firm z branży AoNW.

— Gracze często, w poszukiwaniu tzw. bonusów, wrzucają pieniądze kolejno do wielu automatów. Po wprowadzeniu dopłat musieliby z każdej wpłaty odprowadzić 10 proc. Skutek? Klient mógłby w ogóle nie zagrać, a i tak stracić wszystkie pieniądze! — wtóruje mu Jan Kosek, wiceprezes PRU Filmotechnika, operatora ponad dwudziestu salonów gier.

Efekt bumerangu

Równie wielkie kontrowersje budzi objęcie dopłatami zakładów bukmacherskich, które, narażone na konkurencję nielegalnych serwisów internetowych, zarejestrowanych w rajach podatkowych, już dziś są na progu rentowności.

— Dopłaty sprawią, że zupełnie nieopłacalne będzie obstawianie faworytów, a ten sposób preferuje większość graczy. To jakiś poroniony, nieprzemyślany pomysł. Skończy się tym, że wszystkie legalne firmy bukmacherskie zainstalują się na Gibraltarze czy Arubie, ludzie w nich zatrudnieni stracą pracę, a budżet — wpływy z podatków — ocenia analityk rynku hazardu.

Wszędzie na świecie część pieniędzy z gier trafia na różne cele społeczne, jednak w formie podatków, a nie dopłat, które są polskim ewenementem. Dziś płaci je już Totalizator Sportowy.

— Specyfika dopłat polega na tym, że są wnoszone jeszcze przed grą, zmniejszając jej kwotę wypłaty. To dlatego na wygrane w Totalizatorze Sportowym idzie nie 50 proc., jak w innych krajach, ale około 42 proc. wpłaconych przez graczy pieniędzy. Państwowy gigant nie zyskuje nowych klientów i zamiast się rozwijać, stoi w miejscu. W rezultacie budżet inkasuje znacznie mniej, niż mógłby. Tak samo będzie, jeśli dopłatami objęte zostaną inne sektory rynku — kwituje inny ekspert.

Kasy na stadion jak nie ma, tak nie ma

Pieniędzy na Narodowe Centrum Sportu wciąż nie ma. Rząd już weryfikuje terminarz inwestycji.

W październiku 2006 r. na specjalnie zorganizowanej konferencji premier Jarosław Kaczyński, Tomasz Lipiec, minister sportu, i Kazimierz Marcinkiewicz, ówczesny kandydat na prezydenta Warszawy, z wielką pompą w samym sercu kampanii samorządowej zapowiedzieli: do 2010 r. na terenach Stadionu Dziesięciolecia powstanie Narodowe Centrum Sportu (NCS).

— Są na to pieniądze — zapewniał premier.

Pieniędzy jak nie było, tak nie ma, a rząd jedynie zapewnia „PB”, że „dołoży wszelkich starań”, by NCS powstało przed mistrzostwami Europy w piłce nożnej w 2012 r. (o ich organizację ubiegamy się wspólnie z Ukrainą).

W wartym 1,225 mld zł kompleksie poza stadionem na 70 tys. widzów, halą widowiskowo-sportową na 15 tys. i krytą pływalnią na 4 tys. mają się znaleźć: restauracje, sklepy, centrum kongresowe i hotel. Zdecydowaną większość (825 mln zł) planowanej na lata 2007-10 inwestycji ma pokryć Fundusz Rozwoju Kultury Fizycznej (FRKF), który dziś zarządza pieniędzmi ze specjalnych dopłat do gier, urządzanych przez Totalizator Sportowy (finansowane są z nich mniejsze inwestycje sportowe).

Nowe fundusze dla FRKF ma zapewnić nowela ustawy hazardowej. Jako że wejdzie ona w życie najwcześniej pod koniec 2007 r., na NCS fundusz potrzebuje po 275 mln zł rocznie. Tymczasem do tej pory rząd proponował jedynie wprowadzenie nowych dopłat do loterii audioteksowych (tzw. audiotele). Tyle że te, jak ujawniliśmy w „PB”, dałyby nie 275 mln zł, a najwyżej 1 mln zł rocznie!

W tej sytuacji rząd postanowił wyciągnąć pieniądze na NCS z prywatnego hazardu. Wiele wskazuje jednak na to, że to źródło okaże się suche (piszemy o tym w tekście obok). A to nie koniec problemów. Zgodnie z rządowymi planami przy budowie NCS pieniądze z FRKF miało uzupełnić 160 mln zł z budżetu państwa (pierwsze 60 mln zł dopiero w 2008 r.) oraz 240 mln zł z kasy Warszawy. Tyle że — jak ujawniliśmy w „PB” — w budżecie stolicy na NCS nie ma ani złotówki. Co więcej, od kiedy władzę w Warszawie sprawuje Hanna Gronkiewicz-Waltz, rząd w ogóle nie zaproponował jej rozmów w tej sprawie. To jednak, jak zapewniono nas w Ministerstwie Sportu, ma się wkrótce zmienić. [DTK]

SPECJALNIE DLA PULSU

Marek Oleszczuk

były dyrektor Departamentu Gier Losowych i Zakładów Wzajemnych w Ministerstwie Finansów

To absurdalne rozwiązanie

Pomysł objęcia dopłatami wszystkich sektorów hazardu nie jest nowy. Przy okazji poprzednich nowelizacji ustawy o grach i zakładach wzajemnych zgłaszali go posłowie, argumentując tak: jeśli płaci Totalizator Sportowy, niech płacą także inni. I wtedy, i teraz jestem przeciwny temu rozwiązaniu. Powód? Jest ono absurdalne i niewykonalne.

Sama konstrukcja dopłat jest nie najlepsza. Tym quasi-podatkiem zarządzają bowiem fundusze celowe, nad którymi budżet państwa nie ma pełnej kontroli. Poszczególne gry różnią się też od siebie zasadniczo i nie można ich traktować tak samo pod względem obciążeń.

Najważniejsze jednak są problemy techniczne, związane z poborem dopłat. Chodzi m.in. o tempo gry. W grach liczbowych od wniesienia stawki do losowania mija pewien czas, a w kasynie czy na automatach gra jest dynamiczna: każda wygrana może być kolejną stawką, od której znów powinno wnieść się dopłatę. Dodatkowo: stawką nie muszą być pieniądze, ale np. żetony czy kredyty. Jak od nich uiścić dopłatę?

Przy niskiej rentowności firm hazardowych realizacja tego pomysłu po prostu zarżnie branżę hazardową. I w efekcie wpływy do budżetu i na cele społeczne zamiast wzrosnąć, spadną.

Możesz zainteresować się również: