Frank: fakty i mity

opublikowano: 10-03-2015, 00:00

Mocne wahnięcia kursu CHF pozbawiły ludzi pamięci. Czas sporządzić białą księgę franka, żeby zobaczyć, kto co mówił i robił w sprawie kredytów walutowych.

Jutro mija termin ultimatum, jaki Komisja Nadzoru Finansowego (KNF) wyznaczyła bankom na przedstawienie pomysłów na rozwiązanie problemów frankowego kredytu. W ubiegłym tygodniu opisaliśmy 10 roboczych scenariuszy, co zrobić z kredytami walutowymi, przygotowanych przez doradców z E&Y. Banki są podzielone głównie w kwestii przewalutowania. Część branży uważa, że trzeba pozbyć się franka, raz na zawsze odsuwając groźbę wahań kursowych od sektora bankowego i gospodarki. Inni bronią trwałości podpisanych przed laty umów.

W marcu 1998 wynosił 2,2535 (początek wykresu).
Wyświetl galerię [1/2]

Kurs franka

W marcu 1998 wynosił 2,2535 (początek wykresu).

Wszyscy zdają sobie sprawę, że problem frankowców może zostać rozegrany przeciwko bankom przez polityków, tak łatwo zapominających o tym, co mówili o kredytach walutowych przed laty. Podobnie zresztą jak nadzór, którym dzisiaj kierują te same osoby co w latach 2005-06.

Żeby w rzetelny sposób prowadzić debatę o frankowcach, trzeba cofnąć się 10 lat, do lat 2005-08 i przypomnieć tamtą atmosferę, nastroje, komentarze. Sprawdzić, co kto mówił, jakie działania były podejmowane. Nie chodzi o rozliczanie i szukanie winnych — bo prawda jest taka, że w piersi powinni uderzyć się wszyscy: nadzór, urząd antymonopolowy, politycy — na czele z PiS — banki, pośrednicy kredytowi, media i wreszcie sami klienci.

Frank szwajcarski pojawił się w Polsce na długo przed hossą na rynku hipotecznym, bo już pod koniec lat 90., za sprawą

Banku Austria Creditanstalt (BACA), który pod koniec lat 90. zaczął oferować zamożniejszym klientom frankowe kredyty detaliczne. Były one o 27 proc. tańsze od wysoko oprocentowanych kredytów złotowych. Inne banki w tamtym czasie również kredytowały konsumenckie potrzeby walutą, tyle że w dolarach. BACA uznał, że CHF jest znacznie stabilniejszy w dłuższym horyzoncie niż dolar.

Prawdziwą karierę frank zaczął robić za sprawą kredytu samochodowego, który pojawił się na początku 2000 r. i w latach 2001-03 odpowiadał za sfinansowanie zakupów dwóch trzecich samochodów kupionych na raty. Stąd był już tylko krok do rynku nieruchomości. Frank zadomowił się na nim na dobre w 2005 r., kiedy dwa na trzy kredyty klienci brali właśnie w nim i na koniec roku zadłużenie w tej walucie wzrosło już do 30 mld zł. Obecnie wartość portfela frankowego wynosi około 150 mld zł.

 

Fakty: Co zrobił nadzór w sprawie franka przed kryzysem 2008 r.

W 2004 r. nadzór bankowy, zlokalizowany wówczas w NBP, przestrzegał, że dostęp do kredytów walutowych jest za szeroki i zbyt łatwy. Rok później z Głównego Inspektoratu Nadzoru Bankowego (GINB), którym kierował wtedy Wojciech Kwaśniak, obecny wiceprzewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego (KNF), zaczęły napływać informacje o przygotowywanych ograniczeniach dla walutowego kredytowania. Z pierwszych przecieków jesienią 2005 r. wynikało, że GINB chce wprowadzić całkowitą prohibicję na wszystkie kredyty niezłotowe. W grudniu nadzór oświadczył jednak, że szlabanu nie będzie, będą jednak ograniczenia. W lutym 2006 r. Leszek Balcerowicz, prezes NBP, wyjaśniał: „Nadzór, który jest od tego, żeby zapewniać bezpieczeństwo banków, depozytów w bankach, a to są przecież nasze depozyty, musi nad tym czuwać i analizuje w jaki sposób to ryzyko ograniczyć. Ale mogę powiedzieć, że na pewno to nie będzie jakiś zakaz”. W tym samym miesiącu nadzór wysłał bankom listę proponowanych zmian: portfel kredytów walutowych nie może przekroczyć trzykrotności kapitałów własnych banku; kredyt walutowy tylko dla klienta z wkładem własnym minimum 30 proc. wartości nieruchomości; obowiązek precyzyjnego informowania kredytobiorcy o ryzyku związanym z zadłużaniem się w walutach obcych. Skończyło się jednak na strachu i ostateczna wersja rekomendacji S, obejmującej zbiór zaleceń dotyczących kredytów walutowych, była znacznie łagodniejsza od pierwotnych zamierzeń nadzoru. Nie znalazły się w niej ograniczenia kapitałowe dla banków ani wymóg posiadania wkładu własnego. Zaostrzone zostały natomiast zasady liczenia zdolności kredytowej dla ubiegających się o finansowanie w walucie obcej, która powinna być minimum 20 proc. wyższa niż w przypadku klienta złotowego. Poza tym banki miały obowiązek najpierw zaoferować kredytobiorcy kredyt złotowy, a dopiero potem walutowy, objaśniając ryzyko kursowe i stopy procentowej, co zainteresowany musiał potwierdzić podpisem, że wysłuchał, zrozumiał i akceptuje ryzyko. Rekomendacja S weszła w życie w lipcu 2006 r. Całkowity zakaz kredytowania w walucie klientów zarabiających w złotym pojawił się dopiero osiem lat później.

Z DUŻEJ CHMURY…: Wojciech Kwaśniak, szef nadzoru bankowego, ostatecznie zaaplikował bankom łagodny zestaw reguł kredytowania w walucie. [FOT. TP]

 

Fakty: Co robili regulatorzy rynku: Ministerstwo Finansów, UOKiK, rząd

W walce o prawo do zadłużania się w walucie ręce podali sobie przedstawiciele polski liberalnej i solidarnej. Za utrzymaniem dostępu do kredytów walutowych opowiadał się Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK), obsadzony wówczas przez ludzi kojarzonych z PO. Rzeczniczka UOKiK chwaliła w grudniu 2005 r. nadzór za to, że nie pogonił franka z Polski. „Argument ochrony klientów przed ryzykiem kursowym jest słuszny, ale wprowadzenie ograniczeń w udzielaniu kredytów walutowych byłoby rozwiązaniem zbyt daleko idącym. Dobrze, że nadzór bankowy wykluczył najbardziej radykalną opcję zakazu udzielania takich kredytów”. Cezary Banasiński, prezes UOKiK, w sierpniu 2006 r. napisał do portalu Money.pl: „Ostateczna decyzja, jaki rodzaj kredytu wybrać, zawsze powinna należeć do konsumenta”. Z nadzorem — i Leszkiem Balcerowiczem — ostro walczył rząd Kazimierza Marcinkiewicza. „Ograniczenie kredytów walutowych może zahamować rozwój budownictwa mieszkaniowego” — prorokowało Ministerstwo Budownictwa w lutym 2006 r. Zyta Gilowska, szefowa resortu finansów i wicepremier, przemawiała zupełnie w duchu liberalizmu, że restrykcje utrudnią obywatelom „podjęcie jakiejś gry kredytowej”. Obywatele „wprawdzie zdaniem niektórych lekkomyślnie trochę korzystali z kredytów denominowanych w walutach obcych, ale — moim zdaniem — obywatele są dorośli i mają prawo do pewnej dozy lekkomyślności w podejmowaniu decyzji”. Kazimierz Marcinkiewicz na wieść o wejściu w życie rekomendacji S powiedział: „Nie rozumiem polityki utrudniania dostępu do kredytów i nie zgadzam się z nią”. Bardzo ostry sprzeciw wobec zmian wprowadzonych przez nadzór ogłosił klub parlamentarny PiS, wieszcząc, że ich „skutkiem będzie zmniejszenie możliwości nabywania przez obywateli (szczególnie przez osoby młode) własnych mieszkań. Rozwiązanie problemu deficytu mieszkaniowego w Polsce ma dla nas priorytetowe znaczenie, a walutowe kredyty mieszkaniowe były niewątpliwie czynnikiem sprzyjającym nabywaniu mieszkań po znacznie niższych kosztach”. Czas pokazał, że rekomendacja S nie wprowadziła właściwie żadnych zakłóceń w nabywaniu mieszkań.

WŁOSKIE DOŚWIADCZENIA: Pekao, którym kierował Jan Krzysztof Bielecki, korzystając z doświadczeń matki — banku Unicredit — która na walutach sparzyła się we Włoszech i Austrii, nigdy nie udzielał kredytów frankowych. [FOT. WM]

 

Mity: Banki wymyśliły franka, żeby zarabiać na kredytobiorcach

Na początku banki były za całkowitym zakazem dla kredytów walutowych. „Nie mogę narażać siebie i klientów na nadmierne ryzyko tylko po to, żeby zwiększyć bieżące zyski banku” — latem 2005 r. mówił Jan Krzysztof Bielecki, prezes Pekao. Szef ING Banku Śląskiego przekonywał, że pożyczanie w walutach obcych na mieszkanie to „skrajna nieodpowiedzialność”. Jesienią 2005 r. Związek Banków Polskich wysłał do nadzoru list popierający całkowity zakaz kredytowania w walutach. „Podstawowym zagrożeniem jest wzrost kursów walut. W takiej sytuacji ludzie nie mają na spłatę kredytów w większej masie. Powstaje wówczas problemspołeczny” — tłumaczył przedstawiciel ZBP. Potępienie waluty udało się przeforsować za sprawą dużych banków: Pekao, PKO BP, BZ WBK i ING BSK. Z tej czwórki tylko pierwszy z nich pozostał CHF-free i nigdy nie oferował kredytów frankowych. Bardzo długo, bo do lata 2008 r., przed frankiem bronił się ING BSK. Ostatecznie jednak wyszedł na rynek walutową hipoteką w najgorszym momencie, kiedy kurs złotego osiągnął historyczne minimum wobec CHF. Z koalicji antywalutowej wyłamał się PKO BP. BZ WBK również z niej wystąpił, chociaż z czasem wprowadził zaporowe warunki dla zainteresowanych frankiem.

 

Fakty: Jak banki kusiły frankiem

Kiedy PiS sprzeciwiało się rekomendacji S, argumentowało, że „zalecenie nadzoru doprowadzić może do także do niemożności udzielania kredytów walutowych przez mniejsze banki, które żeby utrzymać się na rynku, będą zmuszone do podwyższenia oprocentowania kredytów we frankach, co może oznaczać dla nich utratę większości klientów, a w skrajnych przypadkach bankructwo”. Jak się miało okazać, mali poradzili sobie doskonale. Kredyt frankowy był jak dopalacz, dzięki któremu małe banki nabrały masy i stały się zawodnikami pierwszoligowymi. Przykładowo: Millennium w 2004 r. miał w bilansie 1,5 mld zł kredytów mieszkaniowych. Cztery lata później — 22 mld zł. Jak na sterydach rósł Dombank, hipoteczne ramię Getinu, który we frankową hossę wchodził z 1,3 mld zł kredytów mieszkaniowych, a zakończył z portfelem o wartości 10,9 mld zł. O klienta trzeba było jednak mocno walczyć, ponieważ konkurencja zrobiła się ostra. Na rynku pojawiły się pomysły, jakich nie powstydziłyby się amerykańskie banki. Nie było u nas wprawdzie kredytów typu NINJA (No Income No Job No Assets), oferowanych każdemu, ale pojawił się np. „kredyt na gębę”, czyli na oświadczenie o źródle i wysokości zarobków. Żeby dostać kredyt, nie trzeba było mieć meldunku w kraju (ukłon wobec zarobkowej emigracji) ani stałej umowy o pracę (wystarczyło przepracować sześć miesięcy na umowie czasowej). Były banki, które dawały pieniądze osobom z zapisem w BIK, studentom bez dochodu i uregulowanych spraw wobec wojska (wystarczyło poręczenie rodziców). Kredyt frankowy rozkładany był nawet na 50 lat, a w jednym z banków klient mógł spłacać dług do 100. roku życia. Standardem był limit 75 lat. Pojawił się kredyt na mieszkanie na wynajem, dla klientów bez zdolności kredytowej. Dług miał być spłacany z czynszu za wynajem. Absolutnym standardem było finansowanie we franku całego zakupu nieruchomości. GE Money dawał kredyt na 100 proc. LtV plus wydatki i opłaty, Lukas Bank na 102 proc. LtV, PKO BP na 104 proc., Polbankć na 105 proc., mBank i Multibank oraz Nordea na 110 proc., a Dombank aż na 130 proc. Zdolność kredytowa zależała od kalkulatora w banku. We wrześniu 2007 r. czteroosobowa rodzina z dochodami 3,5 tys. zł w Kredyt Banku mogła liczyć na 348 tys. zł we frankach, 330 tys. zł w DomBanku, 317 tys. w Lukasie i tylko 175 tys. w mBanku, a w Citi Handlowym zaledwie na 173 tys. zł.

 

Mit: Klienci nie wiedzieli o ryzyku

Ania i Bartek są małżeństwem. Właśnie zamienili hipotekę w dolarach na frankową i płacą 2,5 proc. odsetek zamiast 5,75 proc. Kredyt wzięli na 100 proc. LtV, choć mieli oszczędności, jednak pieniądze wpłacili na fundusze inwestycyjne, na których można zarobić 10 proc. „Lepiej obracać tymi pieniędzmi, które zaoszczędzą na zmniejszeniu miesięcznej raty. Są naukowcami, liczby ich przekonują. Oczywiście 10 proc. zysku na funduszach nikt nie zagwarantuje. „Ale ryzykiem jest życie” — mówili dziennikarce „Dużego Formatu” w sierpniu 2006 r., dodając: „Kredyt daje nam wolność”. W reportażu występują jeszcze dwa małżeństwa również zadłużone i również szczęśliwe. Podtytuł artykułu sporo mówi o tamtych czasach: „Szamoczą się z kredytami. Ale gdyby nie kredyt, nie mieliby nic”. Takie były nastroje wśród ludzi, którzy obecnie uważają się za uwięzionych przez franka. Wbrew dzisiejszej narracji frank wcale nie był ostatnią deską ratunku dla szukających finansowania na własne lokum, bo w złotych nie mieliby zdolności kredytowej. Po walutę często sięgali ludzie zamożniejsi, którzy wybierali walutę, żeby kupić jeszcze większe mieszkanie. Statystyki KNF pokazują, że w portfelu frankowymwystępuje nadzwyczaj duży odsetek kredytów wielkokwotowych. W 2007 r. banki udzieliły 6,5 tys. kredytów o wartości powyżej 600 tys. zł i ani jednego tak dużego kredytu złotowego. Po duże kredyty ludzie sięgali jeszcze chętniej w 2008 r., kiedy frank zaliczał historyczne minima. W III kw., gdy kurs sięgnął dna, aż 3,2 tys. kredytobiorców zaciągnęło zobowiązania o nominale ponad 600 tys. zł w szwajcarskiej walucie. Kolejne 7,5 tys. pożyczyło z banków między 450 a 600 tys. zł. W latach boomu kredytowego ludzie na franka głosowali własnymi zelówkami. Potrafili kalkulować, jak Ania i Bartek. Kiedy w 2006 r. stopy procentowe w NBP zaczęły spadać, w górę poszedł popyt na kredyty złotowe. W I kw. 2007 r. produkcja złotowa przewyższyła sprzedaż we franku. Po serii podwyżek w kolejnych kwartałach i w 2008 r. (z 4 do 6 proc.) szala głęboko przechyliła się na stronę CHF. W 2008 r. tylko jedna czwarta kredytów przypadła na złote. Wyrazem tamtych nastrojów może być akcja Money.pl „Chcemy ryzykować” w obronie kredytów walutowych. Tak jak dzisiaj frankowcy pikietują w miastach, tak w latach miłości do franka odbywały się protesty przeciw ograniczeniom w dostępie do walut.

 

Obywatele „wprawdzie zdaniem niektórych lekkomyślnie trochę korzystali z kredytów denominowanych w walutach obcych, ale — moim zdaniem — obywatele są dorośli i mają prawo do pewnej dozy lekkomyślności w podejmowaniu decyzji” powiedziała Zyta Gilowska, minister finansów styczeń-czerwiec 2006

 

Fakty: Bezkrytyczne media i eksperci

Popyt na franka napędzali rozmaici eksperci w serwisach internetowych i święcących tryumfy pośrednictwach kredytowych, często bezrefleksyjnie cytowani przez media. Wciąż grana jest ta sama melodia, że rata we franku jest niższa niż w złotym. Jeśli mowa jest o ryzyku kursowym, to tylko w kontekście wysokości raty. W kwietniu 2007 r. jedna z gazet pisała: „Frank szwajcarski realnie będzie coraz tańszy. Może się nawet okazać, że oddamy bankowi mniej, niż pożyczyliśmy”. A oto cytat z lata 2008 r. „Aby raty kredytów w złotym i franku się zrównały, to frank musiałby kosztować 2,80-2,90 zł, czyli około 50 proc. więcej niż obecnie. A takiego scenariusza obecnie nie jest sobie w stanie wyobrazić żaden analityk”. Jeden z takich analityków poproszony o poradę, jaki kredyt brać, odpowiedział: „Ja bym dzisiaj brał kredyt we frankach szwajcarskich. Złoty jest bardzo mocny, ale może się jeszcze umacniać. Raty wyrównałyby się, gdyby frank kosztował ponad 3 zł, a kosztuje dziś 2,1”. To było w czerwcu 2008 r., w przededniu wybuchu kryzysu. Tylko że o kryzysie mało kto nad Wisłą wiedział, a jeśli nawet coś słyszał, to się go nie obawiał. W styczniu 2008 r. Jan Krzysztof Bielecki zapytany, czy podziela zdanie George’a Sorosa, że czeka nas najgorszy kryzys od 1945 r., odpowiedział „Nie wierzę w taki kryzys. Ryzyko recesji — przynajmniej dwóch kwartałów z ujemnym wzrostem — pozostaje niskie. W wyniku globalizacji wzrosła nie tylko częstotliwość, ale też zasięg zawirowań na rynku finansowym, jednak globalizacja sama z siebie nie powoduje pogłębienia kryzysu”.

 

Fakty: Nadzór a przewalutowanie

Ci sami politycy, którzy kilka lat wcześniej protestowali przeciw ograniczeniom na rynku kredytów walutowych, w 2013 r., pod wpływem wieści płynących z Budapesztu, gdzie od dwóch lat trwał proces zamiany franków na forinty, zaczęli coraz częściej mówić o konieczności przewalutowania portfela frankowego również w Polsce. Jesienią tego roku KNF opublikowała raport o skutkach przewalutowania, szacując koszty takiej operacji dla sektora na 44,4 mld zł. Strata banków wyniosłaby 36 mld zł. Siedem banków musiałoby zostać pilnie dokapitalizowanych, a trzy stałyby się niewypłacalne. W lutym 2014 r. Andrzej Jakubiak, przewodniczący KNF, tłumaczył senatorom, że nadzwyczajna pomoc frankowcom byłaby trudna do zaakceptowania ze względów społecznych. „W szczególności byłaby ona niesprawiedliwa w stosunku do kredytobiorców, którzy zaciągnęli kredyt w złotych, bo ponieśli wyższe koszty. Niesprawiedliwy wobec tych, którzy się nie zadłużyli”. Dalej pytał: „A co się stanie z kredytobiorcami, którzy zaciągnęli kredyt w złotych, kiedy znowu wzrośnie inflacja i bank centralny zacznie podnosić stopy procentowe? Czy wtedy też będą podejmowane nadzwyczajne działania, zmierzające do tego, ażeby ograniczyć koszty odsetkowe, jakie oni ponoszą z tego tytułu?”. W styczniu 2015 roku Andrzej Jakubiak, tym razem w Sejmie, bez wcześniejszych konsultacji z Komitetem Stabilności Finansowej ogłosił plan przewalutowania portfela frankowego po obecnym kursie. Szef nadzoru oszacował koszt operacji na 25 mld zł, który zostałby rozłożony na 20- -25 lat. W skali roku pozwoliłoby to zmniejszyć straty banków do 1-1,2 mld zł, co stanowi równowartość 7 proc. zysku.

CHORĄGIEWKA: Wypowiedzi Andrzeja Jakubiaka, szefa KNF, z ostatnich tygodni dotyczące konieczności przewalutowania franków stoją w sprzeczności z deklaracjami składanymi przed senatorami w ubiegłym roku. [FOT. WM]

 

Mit: W bankach nie było franków, kredyty to jedynie zapisy księgowe

Pogląd forsowany przez jednego z byłych wiceministrów finansów! W latach 2005-09 bardzo nieliczne banki wypłacały kredyt w walucie. Zasadniczo na rynku występowały dwa rodzaje kredytów frankowych: denominowane w CHF i indeksowane do CHF. W obydwu przypadkach, choć kredyt był wyrażony w walucie, klient dostawał do ręki złote, co było wskazane m.in. ze względów podatkowych.To, że kredytobiorca franka nie widział na oczy, nie oznacza, że bank, jak chcą niektórzy, sprzedał mu rodzaj opcji walutowej. We współczesnej bankowości nie trzeba mieć depozytów w danej walucie czy nawet papierów dłużnych, żeby udzielać w niej kredytów. Spora część polskich banków finansowała akcję kredytową we frankach, korzystając z pożyczek i kredytów od spółek matek. Inne finansowały się na rynku swapowym. Operacja polega na wzajemnej pożyczce między polskim bankiem a zagranicznym partnerem. Pierwszy z nich pożycza franki, a w zamian udziela pożyczki w złotych, stanowiących równowartość franków plus prowizja za transakcję. Po umówionym okresie banki zwracają sobie pożyczki wraz z należnymi odsetkami.

BYŁY FRANKI CZY ICH NIE BYŁO: Witold Modzelewski, wiceminister finansów w latach 90., zadał niedawno 5 pytań bankowcom, z których już pierwsze jest dla pytającego dyskwalifikujące: Czy kredytom frankowym odpowiadały zaciągnięte przez banki kredyty w tej walucie, czy też nie było tu jakichkolwiek franków albo były to kwoty o niewspółmiernie niskim poziomie? [FOT. WM]

 

Mity: Banki zarobiły na wzroście kursu franka

Informacja często powielana po 15 stycznia, sugerująca, że na wzroście wartości portfela kredytowego, po wyskoku kursu franka, zarobiły banki, pobierając marżę liczoną od wartości kredytu. To prawda, tyle tylko że od wartości wyrażonej we frankach, a ta nie zmieniła się.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: EUGENIUSZ TWARÓG

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy