Ginący świat Barbaigów

Agnieszka Rodowicz
opublikowano: 01-10-2011, 20:45

Blask ognia odbija się w źrenicach i bransoletach kobiet. Jest niezwykle — pierwotnie i błogo. Czujemy się jak w czasach, gdy pierwsi ludzie na Ziemi rozpalali ogień...

Czwartego dnia pobytu w Tanzanii — podczas samodzielnej eskapady w góry Uluguru — doświadczamy napadu z bronią w ręku. Więcej nie ryzykujemy. Aby znowu się zapuścić w głąb kraju, szukamy przewodnika.

Zobacz więcej

Kobieta w wiosce Barbaigów

Agencja Kahembe z Babati organizuje m.in. trekkingi do wiosek Barbaigów, dbając, by jak najmniej zakłócać ich życie, a jej właściciel — Joas Kahembe — część zarobionych pieniędzy oddaje na budowę szkoły w Babati. Dlatego z lżejszym sercem wydajemy 180 dolarów (po 45 od osoby za dzień, miało być 55, ale udało się utargować). W zamian dostajemy opiekę przewodnika, jedzenie, nocleg w chacie Barbaigów i w hoteliku pod górą Hanang. Za transport i napoje (jedziemy z Babati autobusem) płacimy dodatkowo. Zostawiamy ciężkie plecaki w biurze pana Kahembe, biorąc tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Niestety, organizator nie wspomniał, że w górach jest zimno, a w chacie Barbaigów nie możemy liczyć na żadne okrycie...

 

Zielony krater

Deo, przewodnik, prowadzi nas na dworzec autobusowy — wielki pusty plac w centrum Babati, po którym wiatr pędzi tumany czerwonego pyłu. Czekamy godzinę, dwie, trzy… W końcu rozklekotany zabytek z lat 60. zabiera nas w kierunku Hanang. Przepiękna droga biegnie wzdłuż Rift Valley — cudownie zielonej doliny z pastwiskami, polami kukurydzy i bananowców, winnicami. Mijamy biedne miasteczka z gliny, blachy falistej i rozbijanych na płasko puszek po oleju. Po trzech godzinach i 70 km telepania się po bezdrożach stajemy w miasteczku Katesh. Mieścina przycupnęła u podnóża góry Hanang, czwartej co do wysokości w Tanzanii. Porośnięta drzewami góra wygląda jak nakryta miękkim, zielonym aksamitem.

Deo idzie na targ kupić jedzenie, my zaopatrujemy się w wodę i ruszamy dalej. Wędrując ścieżką między rządkami kukurydzy, mijamy kobiety niosące na głowach chrust i dzieciaki wracające ze szkoły. Dwaj chłopcy idą z nami jakiś czas, próbując rozmawiać w mieszance kisuahili z angielskim. Pozują do zdjęć, robiąc głupie miny i wygibasy.

Po półgodzinnym marszu pod niewielkie wzniesienie ścieżka gubi się między kolczastymi krzakami. Czerwoną ziemię zastępuje kamieniste podłoże. Przed nami otwiera się widok na krater wygasłego wulkanu u stóp Hanang. Jego wnętrze jest jeszcze bardziej zielone niż cała okolica, pasą się krowy i kozy, rosną drzewa. W porze deszczowej tworzy się tu jezioro. Teraz nie ma nawet kałuży, od dawna nie padał deszcz.

 

Śmiech hien

Kiedy docieramy do zagrody rodziny Barbaigów, zmierzcha się. Deo woła głośno: Hodi, hodi? — pytając, czy możemy wejść. Nikt nie odpowiada. Wchodzimy ostrożnie do obejścia. Na klepisku między dwoma domkami bawi się dziecko. Za drugą chatą widzimy mężczyzn leżących na krowiej skórze. Deo przedstawia nam gospodarza Ilukę i jego starszego brata. Po chwili pojawia się reszta domowników. Dwie żony gospodarza, dwoje małych dzieci i dwóch młodych mężczyzn — kuzynów. Właśnie zaganiają kozy do małego domku z drewnianych żerdek. Pomagają im dwa białe, bardzo chude pieski, które — podobnie jak ludzie — poruszają się jakby w zwolnionym tempie. Do zagrody otoczonej wałem z ziemi i płotem z kolczastych gałęzi mężczyźni wprowadzają też krowy. Kóz jest ze dwadzieścia, krowy — trzy.

Szybko zapada zmrok. Mężczyźni zamykają obejście, układając długie, suche gałęzie w przerwie między płotem z kolczastych gałęzi. Ostre jak brzytwa konary to ostrokół — nie przedrze się żaden zwierz ani człowiek. Zastanawiamy się, przed czym muszą się barykadować. Po chwili słyszymy odpowiedź. Hie, hie, hie — rozlega się wokół histeryczny szczek-śmiech. W okolicy żyją też leopardy. Dawniej były również lwy, ale najstarsi mężczyźni nie widzieli ich już od bardzo dawna…

 

Jak ludzie pierwotni

Obie żony gospodarza gotują dla nas kolację. Pierwsza ma 70 lat, druga — 23. Wyglądają jak babka z wnuczką. Starsza umiejętnie rozpala ogień między dwoma kamieniami ułożonymi na klepisku. Młodsza przebiera ryż. Siedzimy w chacie z drewnianych żerdek oklejonych krowimi odchodami i ziemią. Domek ma dach z gałęzi i niski otwór wejściowy. Nie ma okien ani komina. Dym snuje się po lepiance, szukając dziury w ścianie. Kobiety zgodnie gospodarują. Myją naczynia solą z odrobiną wody. Gotują w żeliwnych garnkach, pod które wsuwają drobne gałązki zebrane w obejściu przez kilkuletnią dziewczynkę — córkę młodszej żony. W garnkach bulgocze papka z kukurydzy. Wokół niemal kompletne ciemności. Tylko blask ognia odbija się w źrenicach i bransoletkach kobiet. Drugie dziecko, synek, gaworzy przytroczone chustą do pleców młodszej żony. Jest niezwykle: pierwotnie i błogo. Czujemy się jak w czasach, gdy pierwsi ludzie na Ziemi rozpalali ogień... Jemy z małych miseczek, kucając na klepisku razem z gospodarzami. Na kolację jest ryż z afrykańskim szpinakiem i cebulą. Mimo że tak proste, danie jest pyszne.

 

Bezcenna latarka

Po kolacji gospodarze odstępują nam jedno z pomieszczeń. Nie ma drzwi, na ziemi stoi prycza z gałęzi nakryta krowią skórą. Przez szpary w ścianach zaglądają tysiące gwiazd. Zasypiamy, trzęsąc się z zimna, bo w nocy temperatura jest całkiem nieafrykańska.

O piątej budzą mnie odgłosy porannej krzątaniny. Rodzina już wstała. Iluka z bratem i kuzynami popijają papkę z kukurydzy herbatą z imbirem i kardamonem. Potem powędrują pięć kilometrów przez góry do wodopoju, prowadząc zwierzęta. Wrócą wieczorem, przynosząc wiadro wody. Piętnaście litrów musi starczyć rodzinie na cały dzień: do picia, gotowania i zmywania. Żeby się umyć, muszą pójść do jeziora. Robią to raz na miesiąc.

Zanim mężczyźni wyruszą na pastwiska, urządzają pokaz. Wynoszą z chaty wielkie naczynia wydrążone w tykwach. Służą do wyrobu piwa, warzonego z wody, miodu leśnych pszczół i korzenia, którego nazwy nasz przewodnik nie zna. Podobno piwo jest bardzo mocne. Kiedy Barbaigowie sobie popiją, zaczynają tańczyć. Nigdy nie robią tego jednak na pokaz.

Po prezentacji tykw, Iluka z bratem i kuzynem rzucają włócznią i strzelają z łuku. Nie bardzo im to wychodzi. Barbaigowie byli koczowniczym plemieniem wojowników i pasterzy. Tradycyjnie trudnili się też wyrobem tykwowych naczyń. Teraz jednak nikt nie chce ich kupować, Afrykę zalał plastik z Chin, a Barbaigowie od dawna nie mają z kim walczyć. Władze Tanzanii próbują zmienić ich koczownicze zwyczaje, zmuszając do osiadłego trybu życia. Nasi gospodarze mieszkają w zagrodzie pod górą Hanang od 40 lat, pasąc krowy i kozy w suchych okolicznych sawannach. Raz w miesiącu idą na targ do Katesh sprzedać jedną z kóz. Mogą dzięki temu kupić ryż, tabakę, tytoń, herbatę, cukier i materiał w drobną kratkę — odzienie mężczyzn. Na poletku obok zagrody kobiety uprawiają kukurydzę. Zbierają kolby, łuskają i suszą ziarno. A potem ucierają je dwoma kamieniami na drobną kaszkę. Ugotowana w wodzie papka — ugali — to podstawowa dieta. Przez kilka miesięcy w roku, gdy krowy są cielne, rodzina ma też pół litra mleka dziennie. Gdy rok jest dobry, mogą sobie pozwolić na gotowaną fasolę i ryż. Zdarza się jednak, że jedzą tylko ugali. Owoce i warzywa to luksus. Pojawiają się tylko wtedy, gdy przychodzi Deo z turystami. Poza stadkiem zwierząt, rodzina Iluki nie ma nic… Sandały wycinają z opon samochodowych, obywają się bez prądu. Nawet plastikowa miseczka jest tu rarytasem. Największy skarb rodziny to latarka na korbkę, podarowana przez jednego z zagranicznych gości.

 

Żona za krowę

Barbaig może mieć tyle żon, na ile go stać. Każdą dostaje za 2-3 krowy. A krowa jest warta około 40 tys. szylingów. Dlatego Barbaigowie nie jedzą na co dzień mięsa. Nie stać ich na to. Czasami, przy wyjątkowym święcie, ubiją kozę. Krowy to majątek i inwestycja. Kiedy Barbaig dobije targu z ojcem swej żony, musi jej zbudować osobny dom i zapewnić utrzymanie. Dlatego rzadko który ma więcej niż jedną małżonkę. 65-letni Iluka dopiero niedawno postarał się o drugą. Młoda żona i jej dzieci to gwarancja przedłużenia rodu. I większa liczba rąk do pracy. A to pozwala zwiększyć hodowlę zwierząt i uprawę kukurydzy. Poza tym Barbaigowie, choć nie znają pojęcia "genetyka", instynktownie wierzą, że różnorodność genetyczna jest ważna dla przetrwania rodziny. Więcej żon, większa szansa na wyjątkowo mądre lub silne dzieci. Żony współpracują ze sobą. Starsza traktuje młodszą jak córkę. Zajmuje się jej dziećmi, gdy młoda pracuje w polu albo zbiera chrust. Wspólnie gotują, wyprawiają koźle skórki, z których szyją spódniczki z frędzelkami. Na jedną potrzeba skór z 10 kóz. Spódnice, pomalowane ochrą na czerwono, zakładają przy najważniejszych uroczystościach, takich jak ślub. Na co dzień chodzą w łachmanach ze szmateksu.

 

Szczęście w nieszczęściu

Na śniadanie dostajemy biały chleb ze słonym masłem, banana i herbatę. Na obiad będzie znowu ryż z zielonymi nitkami szpinaku. Barbaigowie jedzą tylko dwa razy dziennie. Rano i wieczorem. I żyją. Są szczupli, wysocy, umięśnieni i… przystojni. Starsza żona błyska do nas bielutkimi jak mleko zębami. Mimo siedemdziesiątki na karku jest pogodna i silna. Pracuje od świtu do zmroku. Barbaigowie nie chodzą do lekarza, leczą się aloesem rosnącym w obejściu. Dzieci nie chodzą do szkoły. Najbliższa jest w Katesh — dwie godziny drogi od ich zagrody. W jedną stronę. Mimo to ci ludzie nie wydają się nieszczęśliwi. Wręcz przeciwnie. Może dlatego, że innego życia nie znają... Nawet książka to rarytas. Kiedy wpada im w ręce nasz przewodnik, wnikliwie studiują każde zdjęcie. W mig rozpoznają, czy żyrafa na fotografii to samiec czy samica. Dawniej Barbaig musiał udowodnić, że jest mężczyzną, zabijając lwa. Iluka dokonał tego w młodości. Ale dziś Barbaigowie są przepędzani ze swych ziem. Na dawnych terenach łowieckich powstają parki narodowe zwiedzane przez bogatych turystów. Dzieci Iluki zobaczą króla zwierząt wyłącznie na fotografii. A i to nie jest pewne. Barbaigowie to najuboższy lud Tanzanii, nie mają pieniędzy na książki, edukację. Nie umieją czytać. Pierwsza żona Iluki nie zna nawet oficjalnego języka Tanzanii — kisuahili. Mówi tylko w języku barbaig, który nie ma formy pisanej. Mimo to udaje się nam porozumieć. Bez słów. Zachwycamy się wspólnie pięknem tanzańskiego krajobrazu skąpanego w złocistym, popołudniowym słońcu. Musimy ruszać w drogę powrotną. Barbaigowie wracają do swego życia, niemal niezmienionego od tysięcy lat. Widocznie zmiany nie są im potrzebne do szczęścia.

Agnieszka Rodowicz

Foto: autorka

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Rodowicz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu