Hossa za oceanem zaskoczyła TFI

Amerykańskie obligacje, najlepsza w zeszłym roku lokata kapitału, wciąż biją rekordy cenowe na przekór decyzjom krajowym zarządzających

Napływające od początku maja niepokojące informacje wystarczyły, by indeksy giełdowe zanurkowały. Najwyżej w historii znalazły się natomiast ceny amerykańskich obligacji skarbowych. Niestety, nawet te krajowe fundusze, których polityka pozwala na inwestycje na tym rynku, nie do końca potrafią to wykorzystać.

Wśród funduszy otwartych te inwestujące w obligacje dolarowe można policzyć na palcach jednej ręki. Większość z nich od zyskujących głównie w okresach niepewności papierów skarbowych woli obligacje korporacyjne, pod względem zachowania przypominające do pewnego stopnia akcje. Jeden z funduszy na rekordowej hossie za oceanem wręcz traci. To Investor FIZ, który utrzymuje krótką pozycję w instrumentach pochodnych na papiery tego typu. Efekt? W kwietniu strata funduszu wyniosła 8 proc.

Bezpieczeństwo w cenie

W ostatnich dekadach przeciwko papierom emitowanym przez rząd największej gospodarki świata grać jednak nie było warto. Wszystko za sprawą hossy, która na tym rynku zaczęła się jeszcze w latach 70. W ciągu ostatnich 30 lat papiery 10-letnie na minusie zamknęły rok tylko trzy razy. W tym czasie dawały zarobić średnio 10 proc. rocznie.

To wynik nawet nieco lepszy od tego, jaki osiągnął indeks giełdy nowojorskiej Dow Jones. W ubiegłym, kryzysowym, roku okazały się jedną z najlepszych inwestycji na całym świecie. W złotych papiery 30-letnie przyniosły stopę zwrotu sięgającą 58 proc.! Skąd takie powodzenie? To najlepsze schronienie przed kryzysem, jakie może sobie wymarzyć inwestor. Rząd USA jest zadłużony w dolarze, na którego druk ma wpływ. W przeciwieństwie do innych krajów Ameryce bankructwo więc nie grozi. Rynek obligacji USA przyciąga też płynnością.

Na przekór giełdom

Obligacyjna hossa zza oceanu wręcz przyspiesza, kiedy koniunktura się pogarsza. W 2008 r., kiedy wybuchł kryzys finansowy, w dolarach dały zarobić 19 proc. W 2011 r., gdy pogłębiły się kłopoty strefy euro, przyniosły 13-procentowe zyski (papiery 30-letnie zyskałyjeszcze więcej, bo — odpowiednio — 41 i 36 proc.). Straty przyniosły natomiast w 2009 r., kiedy giełdy w spektakularnym stylu odrobiły znaczną część strat z wcześniejszej bessy. Papiery 10-letnie zniżkowały wtedy o 3 proc., 30-latki zanurkowały o 26 proc.

Dzięki zachowaniu odwrotnemu do rynków akcji i temu, że kwotowane są w zyskującym w czasie dekoniunktury dolarze, amerykańskie obligacje rządowe mogłyby być znakomitym dodatkiem do portfela akcji i pomagałyby ograniczyć wahania wartości giełdowych inwestycji. Samodzielne stworzenie ich portfela może jednak przekraczać możliwości wielu inwestorów. By było to opłacalne, trzeba dysponować kapitałami sięgającymi przynajmniej kilkudziesięciu tysięcy dolarów. Z pomocą inwestorom mogą przyjść instrumenty CFD dostępne na platformach brokerów internetowych.

Znacznie szersze grono inwestorów ma dostęp do oferty funduszy. Dwa dedykowane specjalnie obligacjom dolarowym to KBC Dolar FIZ oraz PKO Papierów Dłużnych USD. W ciągu roku przyniosły zyski sięgające 21,3 proc. oraz 23,6 proc., mimo że w portfelach kładą nacisk na papiery korporacyjne, kosztem niżej oprocentowanych skarbowych. Spośród funduszy uniwersalnych wyróżnia się Amplico Obligacji Światowych, w którego portfelu obligacje emitowane przez podmioty amerykańskie stanową 31 proc. W ciągu 12 miesięcy przyniósł 21,5-procentową stopę zwrotu.

Ze znakiem zapytania

Jednak po tym, jak w ubiegłym roku rentowności papierów 10-letnich spadły do poziomu najniższego w historii, windując tym samym cenę, coraz więcej inwestorów obawia się rychłego końca imponującej hossy. W czasie największych zawirowań inwestorzy pożyczali amerykańskiemu skarbowi nawet na 1,72 proc. Wielu inwestorów tylko z największym trudem potrafi sobie wyobrazić, by kupujący mogli akceptować jeszcze niższe rentowności. To jednak nie jest wcale wykluczone.

— Nadeszły czasy, kiedy inwestorzy nieraz muszą wręcz dopłacać, by aktywa przechowywać w bezpiecznym miejscu. Przykładem są bony emitowane przez rząd Niemiec. Ich rentowności są ujemne — zwraca uwagę Paweł Mizerski, zarządzający AXA FIO.

Zdaniem Pawła Mizerskiego, o większych spadkach cen obligacji nie można mówić przy braku poważniejszego zagrożenia inflacją w USA i bez sygnałów, że ożywienie w światowej gospodarce nabiera tempa. Na tych polach wciąż nie widać zagrożenia dla obowiązującej tendencji. Inflacja wciąż nie jest problemem. Gdy tylko Fed przestaje drukować dolary, ceny w Ameryce znów zastygają w miejscu. Amerykańskie przedsiębiorstwa nie spieszą się do podnoszenia cen, bo wciąż mają wolne moce produkcyjne. Po raz kolejny słabnie też koniunktura. Pokazuje to indeks niespodzianek ekonomicznych dla dziesięciu największych gospodarek, sporządzany przez Citigroup.

Miesiąc temu z impetem spadł poniżej zera, a to oznacza, że dane makro, dotychczas wspierające ceny akcji, zaczęły sprawiać niemiłe niespodzianki. To — kosztem akcji — faworyzuje obligacje. Koronnym argumentem obligacyjnych byków jest jednak czuwający na posterunku Ben Bernanke. Szef Fedu dba, by rynkowe stopy procentowe nie wzrosły, szkodząc wątłemu ożywieniu. Posiadacze obligacji mają więc po swojej stronie potężnego sojusznika.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marek Wierciszewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu