Sześć lat. Tyle czasu mija od szczytu Rady Europejskiej w Lizbonie. Wtedy przedstawiciele państw członkowskich UE przyjęli pewną strategię. Jej najważniejszy cel to „uczynienie z Unii do 2010 r. najbardziej konkurencyjnej, dynamicznej, opartej na wiedzy, zdolnej do trwałego rozwoju, z większą liczbą lepszych miejsc pracy gospodarki świata”.
Plan ambitny. Stworzenie społeczeństwa informacyjnego, rozwój sfery badań, wdrażanie najnowocześniejszych technologii, stymulowanie przedsiębiorczości. Niestety — ambicje ambicjami, a z realizacją krucho. Nikt chyba już się nie łudzi, że uda się do 2010 r. dogonić najbardziej konkurencyjną gospodarkę świata — Stany Zjednoczone.
W styczniu Komisja Europejska podsumowała minione lata i wezwała państwa członkowskie do rzetelnego realizowania ambitnych celów. W ten głos powinni wsłuchać się polscy urzędnicy rozpatrujący wnioski o dotacje.
Upragnionej innowacyjności nie podniesie bowiem odmawianie dotacji projektom, w których wykorzystuje się nowoczesne technologie, z powodu wątpliwych „uchybień formalnych” we wniosku. A wszystko z powodu trudności z jednoznaczną interpretacją pojęć, takich jak „licencja na oprogramowanie komputerowe”. I tak — to, co cały świat uznaje za sposób nabywania praw do korzystania z narzędzi informatycznych, dla naszych urzędników nie zawsze jest jednoznaczne.
Pytanie — jak urzędnicze decyzje mają się do celów strategii lizbońskiej? I znowu nasuwa się skojarzenie z pięścią i nosem.