Jacek Zalewski typuje sukcesy i porażki miesiąca

opublikowano: 30-05-2019, 22:00

W górę

Wołodymyr Zełenski

Po zmianach konstytucyjnych Ukraina już nie jest typową poradziecką republiką prezydencką. Niemniej triumf 41-letniego Wołodymyra Zełenskiego to wydarzenie obalające politologiczne teorie. Telewizyjny komik bez jakiegokolwiek doświadczenia i zaplecza, który zdobył na Ukrainie popularność serialem „Sługa narodu”, umiejętnie zbudował wizerunek postaci spoza skorumpowanej i zgranej klasy politycznej. Jego kampania oparta była na opozycji wobec dotychczasowych elit ze wszystkich opcji. Zdołał przekonać do siebie wyborców z różnych grup wiekowych i regionów kraju, jednak nawet jego entuzjaści nadal nie wiedzą, co ich wybraniec na kadencję 2019-24 w ogóle zamierza. Na inaugurację przyszedł do Rady Najwyższej pieszo, złożył przysięgę i oznajmił o… rozwiązaniu rady. W praktyce oznacza to tylko przyspieszenie terminu wyborów z 27 października 2019 r. na początek września. W obecnym ustroju prezydent bez zaplecza parlamentarnego jest figurantem, co Wołodymyr Zełenski dobrze rozumie. Chce powtórzyć ścieżkę Emmanuela Macrona i na fali triumfu prezydenckiego zdobyć dla swojej partii „Sługa narodu” większość w Radzie Najwyższej.

Wojciech Kuśpik

Twórca i prezes zarejestrowanego w 2008 r. Polskiego Towarzystwa Wspierania Przedsiębiorczości (PTWP) w Katowicach zorganizował w 2009 r., przy wsparciu programowym europosła Jerzego Buzka, Europejski Kongres Gospodarczy (EKG). Jego tegoroczna 11. edycja była zatem kalendarzowym jubileuszem. Na początku impreza krążyła po różnych obiektach, przełomem stało się ukończenie w 2015 r. przez miasto Międzynarodowego Centrum Kongresowego (MCK), stanowiącego zespół z halą Spodek. Grupa PTWP została naturalnym zwycięzcą przetargu na wieloletniego operatora MCK. Od tego czasu EKG urósł w siłę, w 11. edycji wzięło udział 12 tys. uczestników, nie licząc rzeszy startupowców. Kongres jest w kategorii wielkości niedoścignionym liderem tego typu imprez w Polsce. W uznaniu doświadczenia katowickiego organizatora ONZ powierzyła MCK goszczenie w grudniu 2018 r. szczytu klimatycznego COP24.

W dół

Theresa May

Po wielu miesiącach brexitowej szamotaniny wewnętrznej i zewnętrznej, następnego dnia po wybraniu 73 posłów brytyjskich do Parlamentu Europejskiego na kadencję 2019-24 (nikt nie wie po co), Theresa May wreszcie oznajmiła o zrezygnowaniu 7 czerwca z kierowania Partią Konserwatywną. Oznacza to automatyczne odejście także ze stanowiska premiera rządu Jej Królewskiej Mości, jednak wybranie i obsadzenie następcy może potrwać przez całe wakacje. Samokrytycznie przyznała, że jej największą porażką była niemożność sfinalizowania brexitu na cywilizowanych warunkach, zgodnie ze szczegółową umową unijno-brytyjską. Premier aż trzykrotnie usiłowała przeprowadzić w Izbie Gmin jej ratyfikację, ale za każdym razem dostawała kontrę również od znacznej części własnego klubu. Była to sytuacja niespotykana w dziejach brytyjskiego parlamentaryzmu. Szefowa rządu znajdowała się między młotem a kowadłem, usiłując rozwiązać problem politycznej kwadratury koła. Trzeba jednak pamiętać, że Theresa May konsumowała brexitowy pasztet upieczony przez Davida Camerona, bo to on jest sprawcą całego nieszczęścia. Trudno mieć pretensję, że jako ambitna minister wygrała rywalizację o schedę po premierze. Jej osobiste konto obciąża jednak bezmyślne rozpisanie wkrótce potem przedterminowych wyborów. Przecież rząd przejęła z komfortem bezwzględnej większości w Izbie Gmin, ale chciała jeszcze więcej. Efekt jej nadmiernej ambicji okazał się początkiem końca, ponieważ głosowanie wygrała, ale większość absolutną straciła i do utworzenia rządu musiała się posiłkować partyjką z Irlandii Północnej. Obecnie Theresa May już tylko administruje, ale wszystkie uprawnienia premiera stuprocentowo zachowuje. Mogłaby zatem całkowicie bezkarnie wykonać pożegnalną zagrywkę, po której naprawdę przeszłaby do historii, akurat odwrotnie niż David Cameron. Powinna po prostu wycofać z Rady Europejskiej rządową notyfikację wystąpienia Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej i byłby spokój. Brytyjskie eurowybory przeprowadzone 23 maja zyskałyby wtedy sens.

Sukces

Historyczne osiągnięcie niezależnych mediów

Posukcesie „Kleru” Wojciecha Smarzowskiego, który tylko w polskich kinach obejrzało ponad 5,2 mln widzów, kolejną rewelacją stał się dokument „Tylko nie mów nikomu” Tomasza i Marka Sekielskich. Surowy obraz bez towarzyszących reklam miał od 11 maja 2019 r. na YouTubie ponad 21 mln odsłon. Widownia emisji w TVN przekroczyła 2,2 mln, telewizja WP przyciągnęła 0,17 mln, porównywalna była widownia stacji Polvision w Chicago. Niestety, tak poruszającego filmu absolutnie nie pokaże realizująca ponoć misję TVP. „Tylko nie mów nikomu” powstał dzięki zbiórce w crowdfundingowym serwisie Patronite.pl — uzyskano 450 tys. zł. Taki model sfinansowania odbudował fundament demokracji, jakim są wolne media. Środki przekazu w Polsce znajdują się pod coraz większą presją potężnych lobby, takich jak ekipa tzw. dobrej zmiany, Kościół, biznes. Dokumentu obnażającego pedofilię znanych księży nie wyprodukowałaby nie tylko zideologizowana TVP, lecz także stacje komercyjne, bo bałyby się reakcji Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji lub kłopotów z prokuraturą. Widzów „Tylko nie mów nikomu” oburza przede wszystkim ukrywanie przez Kościół molestowania dzieci i przerzucanie winnych księży do innych parafii. Współczują ofiarom, podziwiając ich spokój w konfrontacji z dawnymi ciemiężycielami. Zdjęcia robione ukrytą kamerą nie są szlachetnym środkiem kina dokumentalnego, ale w tym wypadku zaistniała konieczność ich wykonywania, bo inaczej filmu by w ogóle nie było. Bracia Sekielscy zasłużenie zbierają medialne nagrody i już prowadzą kolejną zbiórkę kwoty 0,5 mln zł — na dokument o ciemnych sprawkach SKOK-ów.

Porażka

Kodeks karny rzucony do kampanii wyborczej

Odnotowany powyżej sukces filmu odpalił polityczną minę przed wyborami do Parlamentu Europejskiego i spowodował błyskawiczne przeforsowanie przez PiS nowelizacji Kodeksu karnego. Wśród uchwalonych w biegu przez Sejm aż 109 zmian zaostrzających prawo karne najwyżej około 10 można realnie zaliczyć do wątku antypedofilskiego, a reszta nie ma związku. Nowela została przepchnięta w 48 godzin, chociaż regulamin Sejmu nakazuje rozpatrywanie nowelizacji kodeksów nie wcześniej niż 14 dni po dostarczeniu projektów posłom. Marszałek Marek Kuchciński jednak uznał, że mimo tytułu „ustawa o zmianie ustawy — Kodeks karny oraz niektórych innych ustaw” i faktycznej zawartości to… nie nowelizacja kodeksowa! Nawet w epoce tzw. dobrej zmiany aż takiego podeptania kanonów legislacyjnych — wszak kodeksy to ustawy hierarchicznie stojące zaraz za konstytucją — jeszcze nie było. Do eurokampanii rzucony został także Senat. Druga izba na szczęście poprawiła około 30 największych błędów wychwyconych w wersji Sejmu przez przerażonych karnistów. Dodatkowe posiedzenie odbyło się jednak specjalnie w piątek 24 maja, w ostatnich godzinach przed ciszą wyborczą, by temat walki tzw. dobrej zmiany z pedofilią zdominował przekaz z Senatu w zasilanych budżetowymi miliardami mediach publicznych.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy